Tag: radio

  • Psychologia mediów. Dlaczego ten głos nie pozwala Ci przełączyć?

    Psychologia mediów. Dlaczego ten głos nie pozwala Ci przełączyć?

    Jedną z nocnych rozmów pamiętam nie jak stenogram, lecz jak… sens. Po niemal trzydziestu latach słowa mogły się trochę przesunąć, ale znaczenie zostało we mnie dokładnie tam, gdzie było. Prowadziłem wtedy Nocny Patrol, gdzieś przede mną ciągnęła się stara, betonowa A4, służbowy Centertel gubił zasięg, a noc robiła z drogi długi, ciemny tunel. Po jednym z wejść antenowych, na 19 kanale CB radia odezwał się do mnie kierowca. Nie pytał o objazd, wypadek ani pogodę. Powiedział mniej więcej tak, „Niech pan jeszcze mówi. Jadę sam i dobrze wiedzieć, że ktoś też jest na tej drodze”.

    To zdanie nauczyło mnie o radiu więcej niż niejeden wykład z teorii mediów.

    Człowiek nie zawsze włącza radio, żeby otrzymać wiadomość. Czasem chce usłyszeć, że świat po drugiej stronie szyby nadal istnieje, ktoś czuwa, noc ma jakiś porządek, a jego samotna podróż jest przez chwilę wspólnym doświadczeniem. Wtedy radio przestaje być urządzeniem, stacją, formatem i częstotliwością. Staje się obecnością.

    Dzisiaj, kiedy patrzę na tamte lata jako psycholog, dziennikarz i onegdaj badacz mediów, lepiej rozumiem, co działo się pomiędzy moim mikrofonem a człowiekiem w jadącym gdzieś samochodzie. Właśnie ta niewidoczna przestrzeń jest dla mnie najciekawszym obszarem psychologii mediów. Nie sam komunikat, lecz to, co komunikat robi z uwagą, emocjami, pamięcią, poczuciem bezpieczeństwa i wyobraźnią odbiorcy.

    Informacja mówi, co się wydarzyło. Psychologia mediów pyta, co wydarzyło się w człowieku, kiedy o tym usłyszał.

    Psychologia mediów bada spotkanie bez spotkania

    Psychologię mediów najczęściej definiuje się jako dziedzinę badającą relacje człowieka z mediami i technologią. Interesują ją uwaga, pamięć, emocje, motywacja, wpływ społeczny, identyfikacja, tworzenie nawyków, wiarygodność źródeł, odbiór przekazu i zachowania podejmowane pod jego wpływem. To definicja poprawna, ale brzmi trochę tak, jakby powstała w pomieszczeniu, w którym nigdy nie zapaliło się czerwone światło antenowe.

    Dla mnie psychologia mediów jest nauką o spotkaniu, które odbywa się bez fizycznej obecności. Dziennikarz nie siedzi obok słuchacza, a jednak może wpłynąć na jego napięcie, ocenę sytuacji i decyzję. Potrafi go uspokoić, ostrzec, zirytować, przestraszyć albo skłonić do zatrzymania samochodu. Odbiorca nie zna prowadzącego prywatnie, lecz rozpoznaje jego sposób oddychania, tempo mowy, ironię, charakterystyczne pauzy oraz chwilę, w której głos nagle staje się poważniejszy.

    Medium nie jest więc rurą, przez którą płynie gotowa informacja. Tworzy środowisko psychologiczne. Ten sam komunikat przeczytany w portalu, pokazany w telewizji i wypowiedziany nocą w radiu może zostać odebrany zupełnie inaczej, ponieważ każde medium inaczej zarządza czasem, uwagą, dystansem i wyobraźnią.

    Psychologia mediów nie pyta wyłącznie, co powiedziałem. Pyta, dlaczego słuchacz zwrócił na to uwagę, jak nadał temu znaczenie, co zapamiętał, czego nie zrozumiał, komu zaufał i dlaczego następnego dnia ponownie włączył tę samą stację. Bada również drogę odwrotną, czyli sposób, w jaki reakcje publiczności, telefony, wiadomości i wyniki słuchalności zmieniają osobę siedzącą przy mikrofonie. Radio kształtuje słuchacza, ale słuchacz również kształtuje radio.

    Radio nie pokazuje i właśnie dlatego pozwala zobaczyć

    Telewizja daje odbiorcy gotowy kadr. Radio zostawia mu puste miejsce, które człowiek musi wypełnić własną wyobraźnią. Gdy mówię o mokrym asfalcie, niebieskim świetle odbijającym się w karoserii i ciszy po odjeździe karetki, każdy słuchacz tworzy inną scenę. Nie widzi dokładnie tego, co widziałem ja. Buduje obraz z własnych wspomnień, doświadczeń, lęków i dróg, którymi sam kiedyś jechał.

    W tym sensie radio nie jest uboższą telewizją. Jest medium współtworzonym przez odbiorcę. Ma zresztą najtańszego i najbardziej pracowitego scenografa na świecie. Jest nim umysł słuchacza.

    Badania Emmy Rodero nad przekazem audialnym pokazały, że opisowe efekty dźwiękowe i przestrzenne budowanie sceny mogą wzmacniać wyobrażenia mentalne oraz uwagę. Nie wynika z tego, że reportaż trzeba zasypać syrenami, trzaskaniem drzwi i dramatyczną muzyką. Dźwięk pozbawiony znaczenia szybko staje się hałasem. Pobudza, lecz niekoniecznie pomaga zrozumieć.

    W Nocnym Patrolu naturalną scenografią były odgłosy drogi, deszczu, silnika, policyjnego radia i głosy ludzi obecnych na miejscu. Ich siła nie polegała na atrakcyjności technicznej. Potwierdzały obecność reportera. Mówiły słuchaczowi, że nie czytam komunikatu w ciepłym studiu, lecz jestem tam, gdzie właśnie dzieje się coś ważnego.

    Dźwięk stawał się dowodem obecności, ale nigdy nie mógł zastępować sprawdzania faktów. Syrena w tle potwierdza, że przyjechały służby. Nie mówi jeszcze, kto zawinił, ile osób zostało poszkodowanych ani jaki będzie finał zdarzenia. Psychologia mediów uczy, że sugestywny dźwięk może wyprzedzić rozumienie. Dziennikarska odpowiedzialność nakazuje nie pozwolić, by emocjonalny obraz stał się ważniejszy od prawdy.

    Głos dociera wcześniej niż argument

    Zanim słuchacz zrozumie sens pierwszego zdania, zaczyna oceniać osobę, która je wypowiada. Phil McAleer, Alexander Todorov i Pascal Belin wykazali, że ludzie tworzą zaskakująco spójne pierwsze wrażenia dotyczące cech mówiącego już na podstawie bardzo krótkiego słowa. W ich eksperymencie trwające około czterech dziesiątych sekundy „hello” wystarczało, aby pojawiały się oceny związane między innymi z sympatią, wiarygodnością i dominacją.

    Dla radiowca jest to wiadomość trochę niewygodna. Mikrofon nie przekazuje wyłącznie słów. Przekazuje napięcie, pośpiech, niepewność, protekcjonalność, znudzenie i sztuczną emfazę. Mogę napisać znakomite wejście, a potem unieważnić je tonem, który mówi słuchaczowi, że sam nie wierzę w czytany tekst. Mogę też wypowiedzieć zwyczajne zdanie w taki sposób, że odbiorca poczuje obecność człowieka, a nie pracownika obsługującego antenę.

    Nie wierzę przy tym w jeden idealny „głos radiowy”. Przez lata rozgłośnie produkowały charakterystyczny ton prezentera, trochę zbyt gładki i trochę zbyt zachwycony wszystkim, jakby każda zapowiedź pogody była otwarciem festiwalu, a każda piosenka właśnie zmieniała historię muzyki. Prezenter, który przez trzy godziny udaje entuzjazm, zaczyna brzmieć jak człowiek sprzedający odkurzacz o trzeciej nad ranem.

    Skuteczny głos powinien być zgodny z treścią, sytuacją i osobowością prowadzącego. W wiadomościach potrzebuję klarowności. W rozmowie spokoju i reaktywności. W relacji terenowej wiarygodnej energii. W nocnej audycji bliskości, która nie udaje poufałości. Autentyczność nie oznacza mówienia wszystkiego, co przyjdzie mi do głowy. Oznacza zgodność pomiędzy tym, co mówię, jak mówię i dlaczego w ogóle zabieram głos.

    Słuchacz wraca po człowieka, którego właściwie nie zna

    Badacze mediów od dawna opisują relacje paraspołeczne, czyli poczucie znajomości z osobą medialną mimo jednostronnego charakteru kontaktu. W radiu mechanizm ten działa wyjątkowo mocno, ponieważ znajomy głos wchodzi w prywatną przestrzeń człowieka. Towarzyszy mu w samochodzie, kuchni, pracy, nocnym dyżurze oraz wtedy, gdy w domu nie ma nikogo innego.

    Alan Rubin i Mary Step, badając słuchaczy talk radio, zauważyli, że więź paraspołeczna z ulubionym prowadzącym wiązała się z częstszym i bardziej intencjonalnym słuchaniem. Odbiorcy częściej traktowali takiego gospodarza programu jako ważne źródło informacji i przypisywali mu wpływ na własne poglądy lub zachowania.

    Z kolei Benedikt Spangardt, Nicolas Ruth i Holger Schramm pokazali eksperymentalnie, że osobowość radiowego prezentera może wpływać na zamiary słuchaczy wobec stacji. Ważnymi mechanizmami okazały się interakcja paraspołeczna i doświadczenie przepływu, czyli stan, w którym człowiek angażuje się w to, czego słucha, i nie ma potrzeby szukania kolejnego bodźca.

    Nie wyciągam z tych badań wniosku, że prowadzący powinien produkować fałszywą bliskość. Słuchacze szybciej niż niejeden dyrektor programowy wyczuwają sztuczne ciepło, mechaniczny śmiech i poufałość tworzoną z instrukcji. Relacja powstaje przez powtarzalność, przewidywalność wartości, konsekwencję i drobne oznaki prawdziwej obecności.

    Jeżeli o tej samej porze codziennie pojawia się znajomy głos, człowiek zaczyna włączać go do rytmu własnego dnia. Nie zna prezentera, ale wie, czego może się po nim spodziewać. Zaufanie w radiu jest więc mniej podobne do jednego wielkiego olśnienia, a bardziej do drogi, którą przejeżdża się wielokrotnie i po pewnym czasie zna każdy zakręt.

    Radio na żywo ma przewagę chwili, której nie można odtworzyć

    Podcast mogę zatrzymać, cofnąć i odłożyć na jutro. Radio na żywo wydarza się teraz. To jego ograniczenie i jednocześnie największa siła. Słuchacz wie, że po drugiej stronie mikrofonu także płynie czas. Może pojawić się nowa informacja, telefon, błąd, śmiech, cisza albo coś, czego nie przewidział żaden scenariusz.

    Żywa antena tworzy wspólnotę chwili. Tysiące osób słyszą ten sam głos w tym samym momencie, chociaż znajdują się w różnych samochodach, domach i miastach. Nagranie może być doskonalsze technicznie, ale nie ma już ryzyka teraźniejszości. W radiu na żywo odbiorca uczestniczy w czymś, co powstaje również dla niego i przy nim.

    Nieprzewidywalność trzeba jednak dawkować. Jeśli wszystko jest zapisane co do sylaby, audycja traci oddech. Gdy nic nie jest przygotowane, swoboda szybko zamienia się w chaos, a chaos rzadko bywa tak fascynujący, jak sądzi prowadzący, który go właśnie wyprodukował.

    Dobry program na żywo potrzebuje konstrukcji wystarczająco mocnej, by utrzymać sens, i dostatecznie elastycznej, by dopuścić życie. W Nocnym Patrolu teraźniejszość była oczywista. Jechałem, widziałem, sprawdzałem i mówiłem. Dzisiaj przestrzegałbym jednak reporterów przed myleniem obecności z epatowaniem dramatem. Człowiek na miejscu wypadku nie staje się rekwizytem tylko dlatego, że dziennikarz ma mikrofon i dobre wejście antenowe.

    Psychologia mediów bez etyki bardzo łatwo zmienia się w instrukcję skuteczniejszego naruszania cudzych granic.

    Uwaga nie jest własnością prowadzącego

    Radiowcy lubią mówić, że „mają słuchacza”. To wygodny język branżowy, ale psychologicznie fałszywy. Uwaga zawsze należy do odbiorcy i może zostać wycofana w dowolnej sekundzie. Słuchacz niczego mi nie obiecywał. Nie podpisał umowy, że wytrzyma pięć minut nudnego monologu tylko dlatego, że ja mam jeszcze dwie kartki tekstu.

    Radio najczęściej towarzyszy innej czynności. Odbiorca prowadzi samochód, pracuje, gotuje, szuka kluczy, rozmawia z dzieckiem albo sprawdza telefon. Jego zasoby poznawcze są ograniczone, a nadawca konkuruje nie tylko z inną stacją, lecz także z całym światem.

    Modele ograniczonej pojemności przetwarzania przekazów medialnych przypominają, że człowiek dysponuje skończoną ilością zasobów potrzebnych do zauważania, rozumienia i zapamiętywania informacji. Z tego powodu większa liczba bodźców nie zawsze oznacza większą uwagę. Szybszy montaż, głośniejszy podkład, cztery nazwiska, pięć liczb i trzy poboczne historie mogą pobudzić, a jednocześnie utrudnić zrozumienie.

    Badania Emmy Rodero nad tempem, intonacją i gęstością informacji w przekazach radiowych prowadzą do praktycznego wniosku, który intuicyjnie zna wielu dobrych prezenterów. Mowa powinna być wystarczająco dynamiczna, aby nie zgubić uwagi, lecz na tyle umiarkowana, by odbiorca zdążył zbudować znaczenie. Szybkość nie zawsze jest energią. Czasem jest jedynie lękiem prowadzącego przed ciszą.

    Dlatego w radiu na żywo potrzebne jest krótkie resetowanie kontekstu. Przypominam, o czym mówimy, nazywam jedną najważniejszą myśl, oddzielam fakt od komentarza i nie zakładam, że każdy słucha od początku. Radio jest strumieniem, do którego ludzie wchodzą w różnych miejscach. Prowadzący musi budować mosty dla spóźnionych, nie zanudzając tych, którzy są z nim od pierwszej minuty.

    Nie ma nudnych tematów, są tematy bez stawki

    Utrzymanie słuchacza nie polega na ciągłym podnoszeniu napięcia. Gdy wszystko jest szokujące, niewiarygodne, przełomowe i już za chwilę, po pewnym czasie nic nie jest ważne. Ludzka uwaga reaguje na niepewność, zmianę oraz obietnicę uzyskania odpowiedzi. Zaufanie reaguje natomiast na to, czy nadawca dotrzymuje złożonej obietnicy.

    Przed wejściem antenowym zadałbym sobie pięć prostych pytań. Do kogo teraz mówię? Dlaczego ten człowiek ma zostać ze mną przez następną minutę? Jaki jeden obraz albo sens powinien zapamiętać? Jaką obietnicę dalszego ciągu składam? W którym momencie ją domknę?

    To mój autorski model pracy, wynikający z doświadczenia radiowego i późniejszego patrzenia na komunikację oczami psychologa. Nie potrzebuję do niego magicznych technik wpływu. Potrzebuję dyscypliny i świadomości, że każde wejście zabiera słuchaczowi fragment uwagi, za który powinien otrzymać coś wartościowego.

    Dobre otwarcie nie musi krzyczeć. Może rozpocząć scenę, nazwać zmianę, zadać uczciwe pytanie albo powiedzieć odbiorcy, dlaczego sprawa dotyczy właśnie jego. Następnie trzeba poprowadzić myśl w czytelnym rytmie, dać jeden konkretny detal i doprowadzić do znaczenia.

    Jeżeli zapowiadam odpowiedź, powinienem jej udzielić. Niedomknięcie bywa sztuką. Notoryczne zwodzenie odbiorcy jest tylko zużywaniem zaufania.

    Każdy format radiowy odpowiada na inną potrzebę

    Poranny program buduje rytuał i orientację. Słuchacz budzi się, sprawdza pogodę, sytuację na drogach, najważniejsze wydarzenia i emocjonalny klimat dnia. Prowadzący nie musi być najzabawniejszą osobą w kraju. Powinien pomóc człowiekowi przejść z prywatnego półsnu do społecznej rzeczywistości. Duet może tu działać znakomicie, jeśli rozmowa ma prawdziwą dynamikę, a nie jest zawodami w głośnym śmianiu się z żartów, których nikt poza studiem nie zrozumiał.

    Drive time, czyli pasmo powrotów, opiera się na użyteczności i regulowaniu napięcia. Kierowca jest zmęczony, przeciążony, czasem zły. Potrzebuje informacji krótkiej, lokalnej i możliwej do zastosowania, ale także głosu, który nie dodaje chaosu do chaosu. Nocny Patrol i Dzienny Patrol wyrastały właśnie z takiej realnej potrzeby, zanim aplikacje zaczęły prowadzić człowieka przez każdy korek.

    Talk radio i phone-in wykorzystują potrzebę uczestnictwa, identyfikacji oraz konfrontowania własnego zdania z opiniami innych. Telefon od słuchacza zmienia audycję z monologu w wydarzenie społeczne. Gospodarz musi jednak potrafić słuchać, nazywać główną myśl rozmówcy i pilnować granic. Upokorzenie dzwoniącego może chwilowo pobudzić publiczność, lecz wszystkich pozostałych uczy, że antena nie jest bezpiecznym miejscem wypowiedzi.

    Newswheel, czyli powtarzalny cykl wiadomości, pogody, ruchu i krótkich rozmów, odpowiada na sposób korzystania z radia informacyjnego. Człowiek wchodzi do strumienia na kilka lub kilkanaście minut. Powtórzenie nie jest tutaj wadą, ale architekturą formatu, pod warunkiem że najważniejsze informacje pozostają klarowne, a kolejne aktualizacje rzeczywiście coś wnoszą.

    Nocna audycja rozmowna działa inaczej. Tempo może zwolnić, pytania mogą stać się głębsze, a cisza przestaje być techniczną katastrofą. Badania nad codziennymi praktykami słuchania prowadzone przez Amandę Krause wskazują, że odbiorcy mogą wiązać radio z komfortem, wspólnotą, relaksem i regulowaniem nastroju. Prezenter nie zastępuje realnej relacji, lecz może sprawić, że samotna przestrzeń nie będzie całkiem pusta.

    Reportaż i feature radiowy uruchamiają uwagę narracją, bohaterem, konfliktem, dźwiękiem i zmianą. Tutaj odbiorcy nie zatrzymuje konkursowe pytanie, lecz potrzeba poznania dalszego losu człowieka. Format muzyczny z wyrazistym prowadzącym opiera się natomiast na kuratorstwie i tożsamości. Słuchacz może znaleźć piosenkę sam, ale wraca do osoby, której gust, wiedza i sposób opowiadania pomagają mu tę piosenkę przeżyć.

    Słuchacza przy mikrofonie utrzymuje się słuchaniem

    Jeżeli mówiąc o słuchaczu przy mikrofonie, mam na myśli także osobę, która dodzwoniła się do programu, najważniejszym narzędziem prowadzącego nie jest kolejne pytanie. Jest nim dowód, że poprzednia odpowiedź została naprawdę usłyszana.

    Używam imienia, krótko odzwierciedlam sens wypowiedzi, dopytuję o jeden konkret i pozwalam sobie na sekundę ciszy. Rozmówca nie może czuć, że stał się tylko trampoliną do następnej efektownej kwestii gospodarza.

    Na żywo szczególnie łatwo pomylić dynamikę z przerywaniem. Dobre tempo rozmowy nie polega na tym, że nikt nie kończy zdania. Powstaje wtedy, gdy pytanie prowadzi do odpowiedzi, odpowiedź wpływa na kolejne pytanie, a odbiorca słyszy rozwój rozmowy, nie odczytywanie przygotowanej listy.

    Psycholog powiedziałby, że człowiek angażuje się mocniej, gdy doświadcza sprawczości i bycia rozumianym. Radiowiec może powiedzieć to prościej. Najlepsza rozmowa zaczyna się wtedy, gdy prowadzący przestaje czekać wyłącznie na własną kolej mówienia.

    Dane pokazują zasięg, ale nie tłumaczą całej więzi

    Według danych Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w drugim kwartale 2026 roku radia słuchało codziennie blisko 63 procent Polaków w wieku od 15 do 75 lat, czyli około 18,4 miliona osób. Przeciętny czas słuchania wynosił cztery godziny i siedem minut. Te liczby przeczą łatwej opowieści o śmierci radia. Pokazują również, że walka o uwagę nie dotyczy medium marginalnego.

    Jako badacz nie zatrzymałbym się jednak na zasięgu i udziale w czasie słuchania. Pytałbym, w której minucie ludzie odchodzą, po jakim typie wejścia wracają, jakie tematy uruchamiają telefony, czy odbiorcy zapamiętują główną informację i czy potrafią rozpoznać wartości programu. W transmisji internetowej można analizować retencję, momenty odpływu, ponowne uruchomienia i aktywność wokół audycji. W klasycznym radiu pozostają badania słuchalności, eksperymenty programowe, dzienniczki, telefony, wiadomości i jakościowe rozmowy ze słuchaczami.

    Żaden wskaźnik nie powinien jednak udawać człowieka. Wysokie pobudzenie może zatrzymać odbiorcę, ale nie musi budować zaufania. Kontrowersja potrafi zwiększyć liczbę komentarzy, a jednocześnie obniżyć wiarygodność prowadzącego. Psychologia mediów pomaga interpretować dane, ponieważ pyta nie tylko, czy słuchacz został, lecz także w jakim stanie emocjonalnym został i co zabrał ze sobą po wyłączeniu odbiornika.

    Psychologia mediów nie jest nazwą manipulacji

    Wiedzę o uwadze można wykorzystać do klarowniejszego informowania albo do konstruowania coraz skuteczniejszych przynęt. Wiedzę o emocjach da się zastosować, by odpowiedzialnie opowiedzieć o tragedii, albo by wycisnąć z niej kilka minut sensacji. Mechanizm może być podobny, lecz intencja, sposób użycia i konsekwencje pozostają zupełnie inne.

    Jako psycholog i dawny reporter uważam, że skuteczność nie może być jedynym kryterium dobrej pracy medialnej. Prowadzący wpływa na pobudzenie odbiorcy, jego poczucie zagrożenia, ocenę innych ludzi i społeczną temperaturę rozmowy. W sytuacji kryzysu powinien oddzielać fakty od hipotez, unikać niepotrzebnej drastyczności, nie diagnozować ludzi na odległość i nie zmieniać cudzego cierpienia w dekorację własnego programu.

    Paradoksalnie właśnie takie ograniczenia pomagają budować długotrwałą uwagę. Odbiorca może na chwilę zatrzymać się przy krzyku, ale wraca do miejsca, w którym spodziewa się sensu. Radio nie wygra z algorytmami, stając się bardziej agresywnym algorytmem. Może wygrać żywą odpowiedzialnością, lokalnością, niepowtarzalnością chwili i głosem, który potrafi być blisko bez przekraczania granic.

    Krzyk zatrzymuje na moment. Wiarygodność przyprowadza słuchacza jutro.

    Po drugiej stronie mikrofonu zawsze jest jedna osoba

    Badania pokazują miliony słuchaczy, lecz przy mikrofonie nie wolno mówić do milionów. Tłum nie ma kuchni, samochodu, bezsennej nocy ani drogi do domu. Ma je pojedynczy człowiek. To właśnie do niego mówię.

    Psychologia mediów daje dziennikarzowi język potrzebny do zrozumienia tego, co dobry radiowiec często przeczuwał intuicyjnie. Uwaga jest ograniczona. Głos tworzy pierwsze wrażenie szybciej niż argument. Wyobraźnia słuchacza stanowi część przekazu. Powtarzalność buduje rytuał. Autentyczność nie oznacza braku przygotowania. Napięcie wymaga domknięcia. Relacja jest ważniejsza od popisu, a słuchanie bywa potężniejszym narzędziem niż mówienie.

    Gdybym miał dzisiaj ponownie zapalić czerwone światło i rozpocząć program na żywo, przygotowałbym fakty, konstrukcję oraz pierwsze zdanie. Resztę zostawiłbym uważności. Bo słuchacza nie utrzymuje się przy radiu siłą. Daje mu się powód, żeby został.

    Radio zaczyna się przy mikrofonie, ale wydarza się dopiero w człowieku.

    Robert Erben Błaszczyk

    Psycholog, psychotraumatolog, dziennikarz i badacz mediów, twórca Nocnego Patrolu, Dziennego Patrolu i Powietrznego Patrolu Radia Klakson.

    Wybrane źródła i opracowania

    American Psychological Association, Society for Media Psychology and Technology, materiały dotyczące zakresu psychologii mediów

    Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, „Ranking liderów rynku radiowego w II kwartale 2026”, 16 lipca 2026

    Komitet Badań Radiowych, „Raport RADIO 2025”

    McAleer P., Todorov A., Belin P., „How Do You Say ‘Hello’? Personality Impressions from Brief Novel Voices”, PLOS ONE, 2014

    Rodero E., „See It on a Radio Story. Sound Effects and Shots to Evoked Imagery and Attention on Audio Fiction”, Communication Research, 2012

    Rubin A. M., Step M. M., „Impact of Motivation, Attraction, and Parasocial Interaction on Talk Radio Listening”, Journal of Broadcasting and Electronic Media, 2000

    Spangardt B., Ruth N., Schramm H., „How Radio Presenter Personalities Influence Listeners’ Interactions with Radio Stations”, Journal of Radio and Audio Media, 2016

    Krause A. E., „The Role and Impact of Radio Listening Practices in Older Adults’ Everyday Lives”, Frontiers in Psychology, 2020

  • Między eterem a asfaltem: radiowa szkoła życia

    Między eterem a asfaltem: radiowa szkoła życia

    „Nocny Patrol” to audycja, która przez od 1995 do 2002 roku była nie tylko programem radiowym, ale i symbolem pewnej epoki. Zaczęło się to w 1992 roku od prostego pomysłu – przenieść na antenę to, co słychać w CB-radiu. Jeszcze zanim powstało Radio Klakson, a działo się to w Radiu Frank we Wrocławiu, pojawiła się idea, by połączyć dziennikarstwo z nocnymi wyprawami na autostradę A4. W tamtych czasach w Polsce dopiero rodziło się przekonanie, że kierowcy mogą tworzyć wspólnotę, dzielić się informacjami i wspierać na trasie. Nie istniały żadne aplikacje, bowiem telefony komórkowe stanowiły tymczasem źródło westchnień zaczynających swoje biznesy pierwszych polskich przedsiębiorców, a internet… Internet był opisany jako nadchodzącą przyszłość. Dlatego „Nocny Patrol” stał się miejscem, w którym anonimowi uczestnicy ruchu mogli się wypowiedzieć, a radio zaczęło pełnić rolę towarzysza w podróży. Czego nie chcę tu napisać – ta audycja miała również czysto osobiste fundamenty związane ze śmiercią na drodze, która dotknęła osobę bliską naszej redakcji z radia Frank. Ponad 30 lat później wiem, że bez tej wspólnej naszej młodzieńczej tragedii nigdy nie powstałby „Nocny Patrol” w Radiu Klakson. Te dwie sytuacje dzieło kilka lat. A jednak moc drogowego dramatu, jaka dotknęła młodych wówczas prezenterów z dawno zapomnianego Radia Frank wpłynęła na kształt programu w Klaksonie. I to jak!

    Tworzenie programu wymagało nie tylko energii, ale też ogromnej dyscypliny. Nocne wyprawy na autostradę, zbieranie informacji, rozmowy z kierowcami i dyspozytorami przeplatały się z codziennymi obowiązkami w radiu. Często wyglądało to tak, że po całej nocy jazdy, z adrenaliną w żyłach, trzeba było natychmiast prowadzić inne audycje – jak listy przebojów czy pasma muzyczne. Taka logistyka i balansowanie między różnymi zadaniami były możliwe tylko dzięki młodzieńczej energii i pasji do mikrofonu Roberta Błaszczyka.

    Były też momenty, które zostaną w pamięci na zawsze. Te dramatyczne i te humorystyczne. Jednym z takich zapadających w pamięć wspomnień była podróż z Nysy do Wrocławia w samych slipkach – mokre ubrania suszyły się na desce rozdzielczej. Po dotarciu do studia wystarczyło wskoczyć w wilgotne jeszcze skarpetki i zasiąść przed mikrofonem, jakby nic się nie wydarzyło. Takie chwile najlepiej oddają atmosferę tamtych lat – pełną improwizacji, poświęcenia i, nie miejcie żalu o to określenie, ale pozytywnego szaleństwa, bez którego trudno byłoby to wszystko wykreować, a potem unieść.

    Ale „Nocny Patrol” to nie tylko wyzwania i odpowiedzialność. To także przeciwieństwo innych audycji – zwłaszcza list przebojów, takich jak PLP 50, PLP 30 czy PLP BIS. Prowadzone w duetach, pełne humoru i spontaniczności, były weekendową dawką rozrywki dla słuchaczy i okazją do odreagowania napięcia dla prowadzących po bardziej wymagających, nocnych programach. Śpiewane na żywo piosenki, rozmowy z dzwoniącymi słuchaczami, kartki pocztowe i faksy zalewające studio – wszystko to tworzyło niepowtarzalny klimat sobotnich audycji. Ta różnorodność – z jednej strony poważny, odpowiedzialny „Patrol”, a z drugiej lekka, rozrywkowa lista – budowała barwny obraz życia radiowego pełnego kontrastów.

    Z perspektywy czasu widać, że to były lata pełne czegoś więcej niż tylko radiowych doświadczeń. „Nocny Patrol” uczył odpowiedzialności, refleksu i radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Listy przebojów z kolei pokazywały, jak nawiązywać kontakt ze słuchaczem, jak rozumieć jego emocje i potrzeby. Razem stały się fundamentem, na którym można było później budować inne ścieżki zawodowej kariery Roberta Błaszczyka – nawet w dziedzinach takich jak psychologia, gdzie kluczowe jest zrozumienie człowieka i jego przeżyć.

    Dziś „Nocny Patrol” pozostaje w pamięci jako symbol tamtych lat – odwagi, poświęcenia i radiowej pasji. Dla jednych był źródłem informacji, dla innych towarzyszem w trasie, a jeszcze dla innych – po prostu częścią młodości spędzoną przy radiu. Dla autora – Roberta Błaszczyka – był szkołą życia, która pokazała, że radio to coś więcej niż fale eteru: to więź między ludźmi, których łączy wspólna droga – nawet jeśli trwa tylko kilka godzin nocnej podróży.

    A na koniec w radiu po długiej zapowiedzi czas oczywiście na kolejny kawałek wytworni Erben Music. Trudno nie doszukiwać się tu pasji autora do twórczość Dawida Lyncha…

  • Radio w samochodzie – koniec ery czy początek nowej drogi?

    Radio w samochodzie – koniec ery czy początek nowej drogi?

    Pamiętam, kiedy pierwszy raz usiadłem za kierownicą własnego samochodu. Przekręciłem kluczyk, w głośnikach zabrzmiała znajoma melodia z lokalnej stacji, a ja poczułem, że zaczyna się podróż. Radio w samochodzie było wtedy czymś oczywistym – towarzyszem, przewodnikiem, czasem nawet powiernikiem w długiej trasie.

    Ta strona, na której czytasz ten tekst, miała początkowo powstać tylko po to, by wspominać akcję „Nocny Patrol”. Jednak od momentu, gdy zaczęli pisać do mnie czytelnicy – prosząc o moje aktualne opinie i spostrzeżenia na temat radia jako kanału komunikowania – wiedziałem, że muszę poszerzyć jej tematykę. I tak zaczęła się moja podróż w głąb współczesnego radia. Liczę, że po przeczytaniu tego artykułu zostawicie swoje komentarze – zarówno słuchacze, jak i dziennikarze.

    Złota era radia na czterech kołach

    Jeszcze niedawno radio samochodowe było królem dróg. Włączenie FM podczas porannego dojazdu do pracy czy weekendowej trasy na wakacje było rytuałem łączącym kierowców na całym świecie. Jako dziennikarz radiowy i badacz mediów pamiętam poranne audycje, w których głos prowadzącego stawał się znajomym głosem dnia. Wiadomości, raporty drogowe, muzyka – wszystko było na wyciągnięcie ręki, a raczej – na przekręcenie pokrętła. Choćby sukces opisanej tu wielokrotnie akcji „Nocny Patrol” pokazuje ówczesny sens i zapotrzebowanie na swoiste „radio kierowców”.

    Radio przetrwało narodziny telewizji, modę na płyty CD, pojawienie się internetu i odtwarzaczy MP3. Ale dziś mierzy się z przeciwnikiem, który zmienił zasady gry – z cyfrową rewolucją.

    Cyfrowy kierowca – zmiana nawyków słuchania

    Kiedyś wybór był prosty: radio, kaseta czy płyta. Teraz każdy kierowca ma w kieszeni smartfon z nielimitowanym dostępem do YouTube, Spotify, Apple Podcasts, Audible czy Rumble. Sam łapię się na tym, że w trasie przełączam między aplikacjami – raz słucham muzyki z playlisty, raz podcastu, a innym razem wiadomości z radia.

    Badania Edison Research („Infinite Dial 2024”) pokazują, że 82–85% dorosłych Amerykanów nadal słucha radia co tydzień. To imponujące, ale czas poświęcany na słuchanie maleje, zwłaszcza wśród osób w wieku 18–34 lat. Ci, którzy dorastali ze smartfonem w ręku, często traktują radio jako ciekawostkę, a nie główne źródło muzyki czy informacji.

    USA – bastion radia, ale z wyraźnymi pęknięciami

    W wynikach badań słuchalności z USA zauważyłem, że radio FM i AM wciąż ma mocną pozycję w samochodach. 42% kierowców deklaruje, że to ich główne źródło audio w trasie. Na drugim miejscu są serwisy streamingowe (34%), a na trzecim – podcasty i audiobooki (26% razem).

    Mocne strony amerykańskiego radia to:

    • Audycje poranne i popołudniowe tworzące poczucie wspólnoty.
    • Talk radio, zwłaszcza o profilu politycznym i sportowym.
    • Format „classic hits” i country – uwielbiane w mniejszych miastach.

    Jednak nawet najlepsza stacja musi dziś konkurować z tym, że Spotify i Apple Music dają muzykę bez reklam, a podcasty – ulubionych prowadzących o dowolnej porze.

    Japonia – tradycja kontra YouTube

    W Japonii radio nigdy nie było tak dominujące jak w USA. Tamtejsza kultura komunikacji publicznej ograniczała rolę radia, ale w mniejszych miastach i na wsiach wciąż ma wiernych fanów, szczególnie wśród osób 40+.

    W Tokio YouTube przejmuje funkcję głównego źródła muzyki. W samochodach częściej słychać playlisty z telefonu niż fale FM. Podcasty dopiero zdobywają popularność, na razie w formach krótkich – językowych, edukacyjnych, rozrywkowych.

    Raport Japan Commercial Broadcasters Association (2024) potwierdza, że radio wygrywa tam w lokalnych wiadomościach i kulturze, ale przegrywa w muzyce z serwisami streamingowymi.

    Nowi gracze na drodze – YouTube, Rumble, Spotify

    Nie jest już tak, że radio walczy tylko z innymi stacjami. Dziś największymi konkurentami są platformy:

    • YouTube – gigant, który stał się największą „stacją muzyczną” świata.
    • Rumble – zyskujący popularność wśród odbiorców o konserwatywnych poglądach, alternatywa dla tradycyjnego talk radio.
    • Spotify, Apple Podcasts, Audible – personalizacja i brak ograniczeń czasowych.

    Jako badacz widzę tu jeden wspólny mianownik – kontrolę treści przejął słuchacz.

    Koniec raportów drogowych?

    Jeszcze 20 lat temu nikt nie wyobrażał sobie poranka bez raportu drogowego w radiu. Dziś Google Maps, Waze czy Apple Maps, czy Yanosik w Polsce dają kierowcy aktualne informacje, proponują objazdy i uwzględniają korki oraz pogodę.

    Radio nadal wygrywa jednak w kryzysie. W USA – w komunikatach pogodowych i Amber Alert. W Japonii – w ostrzeżeniach o trzęsieniach ziemi czy tsunami. W sytuacjach nadzwyczajnych to wciąż najszybszy kanał dotarcia do kierowców.

    Co naprawdę słychać w samochodach?

    Z najnowszych badań (Edison Research, Statista, IFPI) wynika:

    • Muzyka – numer jeden, niezależnie od źródła.
    • Podcasty – najszybciej rosnąca kategoria.
    • Audiobooki – popularne w USA, mniej w Azji.
    • Programy informacyjne – doceniane przez kierowców 40+.
    • Treści wideo odtwarzane w tle – YouTube, Twitch, transmisje sportowe.

    W USA w 2024 roku podział wygląda tak:
    Radio AM/FM – 42%
    Streaming muzyki – 34%
    Podcasty – 17%
    Audiobooki – 7%

    Dokąd zmierza radio samochodowe?

    Prognozy są jasne: radio nie zniknie, ale będzie inne. W USA utrzyma się jako medium towarzyszące, oparte na lokalności i unikalnych treściach. W Japonii stanie się bardziej niszowe, skupione na kulturze i komunikatach kryzysowych.

    Dla branży lekcja jest oczywista – trzeba być tam, gdzie słuchacz. To oznacza obecność w aplikacjach, integrację z systemami w samochodach, tworzenie podcastów z fragmentów audycji, a nawet wideo.

    Patrząc na to z perspektywy dziennikarza, który spędził tysiące godzin w studiu i w terenie, wiem jedno – radio w samochodzie nie umiera. Zmienia się, dostosowuje, walczy o uwagę w świecie, gdzie kierowca ma pod ręką całą bibliotekę świata.

    I właśnie o tym chcę tu rozmawiać – dlatego liczę na komentarze słuchaczy i dziennikarzy.

  • Po ciemnej stronie radia

    Po ciemnej stronie radia

    Jeep z napisem Patrol stał na jednym z nieczynnych wiaduktów autostrady. Pod tym wiaduktem pędziły samochody, każdy w swoją stronę. Robert w Jeepie słuchał ostatnich taktów piosenki Stana Ridgwaya, Camouflage, by za chwilę rozpocząć kolejne wejście w programie Nocny Patrol.

    Była zwykła noc. Może trochę chłodniejsza. Piątek, a właściwie już sobota. Na ulicach wciąż dało się wyczuć echo klubów, w mieszkaniach światła gasły jedno po drugim. A w eterze… głos Roberta Erbena. Taki, jak trzeba. Dokładny. Uważny. Taki, który nie krzyczał, nie dopowiadał. Po prostu był. I mówił do tych, którzy jechali. Albo nie mogli zasnąć. Albo chcieli wiedzieć, co dzieje się za oknem — tam, gdzie noc dotyka drogi.

    Studio radiowe w tamtych latach wyglądało jak mały statek kosmiczny. W ciemnym pokoju tliły się setki lampek, kolorowych przycisków, migających wskaźników. Prezenter siedział przed konsolą jak pilot. Wkładał kolejne płyty kompaktowe do odtwarzacza, czasem kasety, ustawiał suwaki, ale to nie była tylko technika — on był też duszą programu. Jednym z takich ludzi był Marek. Często właśnie on odbierał połączenia od Roberta. I też do niego Robert mówił między wejściami:
    — Marek, słyszysz mnie? Poza tymi wypadkami, tą drogą, tym rozbitym szkłem… Spójrz, jaki księżyc. Jak piękna, chłodna noc.
    — Słyszę cię, Robert. Jesteśmy z tobą. Cała noc.

    Nocny Patrol nie potrzebował fanfar. Wystarczyło, że Robert był. I że jechał. Z mikrofonem, z reflektorem, z samotnością, która była jego codziennością. Relacje były surowe. Miejsce wypadku. Marka samochodu. Warunki pogodowe. I ta najcięższa informacja. Że ktoś nie żyje. Zawsze ktoś. A potem wchodziła muzyka. I nie była dodatkiem. Była przestrzenią. Wypełniała ciszę, która zostawała po raportach.

    Czasem puszczali Mr. of America. Jakby ktoś krzyczał do kraju, który i tak nie słucha. Czasem Tears in Heaven Claptona. Innym razem coś od Edyty Bartosiewicz — Sen, jakby śpiewała dla tych, którzy nie mogli zasnąć.

    W tamtych latach radio było czymś więcej. To był teatr wyobraźni. W Polsce właśnie rodziło się komercyjne radio — po roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym powstawały stacje, które wkrótce znała cała Polska. Miliony ludzi słuchały radia — w pracy, w domu, w samochodzie. Włączali je również do snu. Było normalne, że radio grało całymi dniami i nocami. Ale sygnał Nocnego Patrolu nie szedł niestety przez cały kraj. On niósł się przez Dolny Śląsk i Opolszczyznę. I wzdłuż autostrady A4 — tam, gdzie noc była najgłębsza, a radio najbliższe.

    Radio było wtedy nie tylko dźwiękiem — było towarzyszem. Słuchało się go najczęściej na trasie. W kabinach TIR-ów, w służbowych busach, w karetkach i radiowozach. W autach jadących ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód. Gdzieś pomiędzy Legnicą a Kędzierzynem, gdzie sygnał był jeszcze czysty, bez szumów. Byli ludzie, którzy non-stop jeździli po A4 i mimo tego nie znali tam nikogo – poza głosem Roberta.

    — Marek, daj mi sekundę, ja tu tylko zjeżdżam — mówił Robert. I słychać było, jak silnik Jeepa schodzi z obrotów. — Jest jeden radiowóz, wygląda, że coś się wydarzyło. Zobaczmy.

    Ale na szczęście nie tym razem. Nie było efektów. Żadnej dramaturgii. Tylko głos. I odgłos kroków. Czasem wiatr. Czasem oddech.

    A potem znów muzyka. Everybody Hurts R.E.M. I już nikt nie musiał nic mówić. Ta piosenka wystarczała.

    W studiu, po drugiej stronie łącza, siedział Waldek. Czasem Marek, czasem Józek. Oni odbierali telefony. Oni robili łączenia. Czasem między kolejnymi wejściami Roberta, w chwilach ciszy, odzywał się jeden z nich:
    — Mamy telefon od pana Tadeusza z Lubania. Mówi, że właśnie minął Roberta na wysokości Krzywej. Że chciał tylko powiedzieć: „Trzymaj się, chłopie. Dobrego powrotu.”

    Byli głosami, które spajały ten świat. Jak narratorzy niewidzialnego spektaklu. Nie opowiadali rzeczywistości — oni ją przeżywali razem ze słuchaczami. Kiedy Robert mówił o mgle, oni patrzyli na czujniki na dachu radia. Kiedy opowiadał o wypadku, oni szukali informacji w policyjnych notatkach. A kiedy zapadała cisza… wtedy zostawała tylko muzyka.

    Czasem Fields of Gold Stinga, kiedy było trzeba przypomnieć sobie, że świat mimo wszystko potrafi być piękny. Czasem One U2 — kiedy coś trzeba było przeżyć wspólnie, nawet bez słów.

    Niektórzy słuchali go w szlafrokach, siedząc na brzegu łóżka z kubkiem herbaty. Inni — w brudnych kurtkach roboczych, opierając się o maski swoich ciężarówek. Jeszcze inni w służbowych radiowozach, gdzieś pod wiaduktem. I każdy z nich słyszał ten sam głos. Tę samą przestrzeń. Ten sam Nocny Patrol.

    Ludzie dzwonili. Do studia. Czasem tylko po to, żeby być. Żeby zostawić ślad.
    — Dobry wieczór… jechałem dziś tą samą drogą. I dobrze, że ktoś tam jest.
    — Proszę przekazać Robertowi, że w Brzegu właśnie zaczęła się ulewa. Może warto powiedzieć innym.
    — To ja, Roman z lawety. Robert, dzięki, że jesteś.

    Wśród twardych ludzi drogi ten program rozpalał empatię, wzajemny szacunek i poczucie przynależności. Jakby przez te noce, przez te opowieści, przez te piosenki — ktoś przypominał im, że nie są sami. Że są częścią czegoś większego.

    Czasem, gdy kończyła się noc i zbliżała piąta rano, na niebie nad autostradą robiło się jaśniej. Światła radiowozów gasły, auta zjeżdżały na parkingi, a Robert mówił jeszcze ostatnie zdanie, zanim na antenie pojawiał się serwis informacyjny.
    — Dzięki, że byliście. Do usłyszenia.

    Nie zawsze mówił „dobranoc”. Czasem nie mówił nic. Zostawiał tylko ciszę. I piosenkę. Może One of Us, może Zegar. Coś, co pasowało do tej chwili, jakby słowa nie były już potrzebne.

    Wtedy studio na chwilę znów zamieniało się w żywy organizm. Marek zdejmował słuchawki. Waldek się przeciągał. Ktoś jeszcze coś pisał w zeszycie z notatkami. Cisza po takim programie była inna. Nie była zwyczajna. Miała wagę. Jak po rozmowie, której się nie zapomni.

    To nie była audycja. To była obecność. Światło w trasie. Głos w kabinie. Serce, które biło gdzieś pomiędzy Wrocławiem a Strzelcami Opolskimi. I które wciąż — gdzieś w pamięci — bije.

  • NOCNY PATROL: GŁOS Z CIEMNOŚCI

    NOCNY PATROL: GŁOS Z CIEMNOŚCI

    Prawdziwa historia Roberta Erbena – dziennikarza, który przez prawie siedem lat był głosem z miejsc, gdzie życie kończyło się na oczach słuchaczy

    To nie jest fikcja. To nie radiowy performance ani forma artystycznej prowokacji. To dokumentalna, wstrząsająco autentyczna historia człowieka, który stworzył w Polsce program, jakiego wcześniej nie było – i jakiego, po nim, nikt już nie odważył się powtórzyć.

    Moim rozmówcą jest Robert Erben – z zawodu i wykształcenia specjalista od PR i dziennikarz, od lat kształcący się w nowej swojej pasji psychologii i psychotraumatologii; dziś już poza mikrofonem, ale wciąż noszący w sobie echo tamtych nocy. Przed 23 laty zakończył projekt, który rozpoczął się niemal trzy dekady temu. Jako reporter ponadregionalnej stacji radiowej z nadajnikami we Wrocławiu i Opolu, relacjonował z podwrocławskiej autostrady A4 i dróg przyległych przebieg najtragiczniejszych zdarzeń drogowych – na żywo, z kabiny Jeepa. Akcja ta nosiła nazwę Nocny Patrol.

    Dziś wraca do tamtych chwil, do emocji, które zostawił na antenie – i do tych, które zostały w nim.

    WYWIAD

    Skąd w ogóle wziął się pomysł na „Nocny Patrol”? Czy to była potrzeba społeczna… czy raczej osobisty impuls? A może po prostu… nie mogłeś spać?

    Robert Erben:
    Idea programu Nocny Patrol wzięła się z dwóch czynników. Pierwszym był czynnik osobisty. Kilka lat przed rozpoczęciem pracy w tym radiu, pracując w innym wrocławskim radiu Frank, prowadziłem program z koleżanką, która zginęła w wypadku samochodowym. Gdy po kilku latach od tego zdarzenia miałem okazję pracować w radiu motoryzacyjnym, w radiu dla kierowców, chciałem zrobić coś, co poprawi bezpieczeństwo na drogach. Moi koledzy, którzy byli ratownikami drogowymi, zabrali mnie wtedy na jeden z ich patroli na autostradę. To było moje pierwsze zetknięcie ze śmiercią – i wtedy właśnie zrodził się pomysł programu.

    Kiedy po raz pierwszy wszedłeś na antenę z relacją na żywo z miejsca wypadku… co dokładnie czułeś?

    Robert Erben:
    Byłem pierwszy w Polsce, nie miałem się na kim wzorować, ani od kogo uczyć. Przypominały mi się amerykańskie filmy drogi z lat siedemdziesiątych, gdzie reporterzy robili coś podobnego. Pojechałem z ratownikami dwa dni przed Wigilią w 1995 roku. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z ciałem ofiary. Opisuję to w opowiadaniu „Mandarynka”. Wtedy zrozumiałem, że to ma sens – że warto o tym mówić.

    Czy pamiętasz moment, w którym dotarło do ciebie, że to, co robisz, to nie tylko relacja… ale że stajesz się głosem dla tych, którzy już głosu nie mają?

    Robert Erben:
    Tak, dlatego ta akcja trwała prawie siedem lat bez przerwy. Nigdy przedtem ani potem nikt nie realizował takiej operacji tak długo i z takim zaangażowaniem. Nocny Patrol ewoluował, rozwijał się wraz ze mną. Najpierw był to program z samochodu, potem dodałem Powietrzny Patrol z samolotu i na koniec z policyjnego śmigłowca Mi 2. Jednak w początkowej fazie Nocnego Patrolu jego nie tylko informacyjna siła dotarła do mnie po relacjach z dnia Wszystkich Świętych – 1 listopada – kiedy ludzie dzwonili do radia po moich wejściach i po prostu płakali. Dziękowali, że mówiłem w imieniu tych, którzy zginęli. Zrozumiałem, że to coś ważnego i potrzebnego. Także tym, który już nigdy nie wyruszą w kolejną podróż.

    Jak wyglądała twoja codzienność? Czy miałeś jakieś rytuały, ekipę, czy po prostu wyjeżdżałeś w noc jak samotny bohater noir?

    Robert Erben:
    Wyjeżdżałem bardzo często sam – najczęściej w nocy z piątku na sobotę, kiedy ruch na A4 był największy. Miałem wielu informatorów i wykształciłem coś na kształt intuicji. Jechałem w ciemność i często trafiałem tam, gdzie coś się wydarzało. To było jak radar, coś, czego dziś już nie mam. Czasami relacjonowałem co pół godziny, czasem co godzinę. Relacje trwały od kilkudziesięciu sekund do czasem kilku minut. Nadawałem z obszaru od Legnicy, przez Wrocław, aż za Opole. I tak – zdarzyło mi się pęknąć. Opowiadam o tym w historii o spalonych ciałach.

    Czy kiedykolwiek miałeś moment, w którym chciałeś to wszystko rzucić? Odciąć mikrofon, zgasić silnik i zniknąć?

    Robert Erben:
    Musiałem przestać, kiedy radio zmieniło właściciela. Ale dopóki mogłem, robiłem to bez przerwy. Tylko moja własna psychika czasem mówiła: „dość”. Nigdy jednak nie miałem wątpliwości, że ta misja była potrzebna. Nocny Patrol zweryfikował biznes i nowi zarządcy stacji. Dla nich ta akcja była chyba – bo tego nikt mi nigdy nie powiedział wprost – kłopotliwa. Nie mieściła się w żadnym formacie. Była na swój sposób również nieprzewidywalna. Komercyjne radio ma dawać zabawę, grać muzykę. To chyba jest tańsze i łatwiejsze w realizacji. A ja mogłem nieopatrznie zacząć w piątek wieczorem na otwarcie weekendu mówić o śmieci na drodze.

    Po co dziś powstaje ta strona internetowa? Co chcesz przekazać nowemu pokoleniu, które nie zna tej historii?

    Robert Erben:
    Po pierwsze – ostrzegam. Uważajcie na siebie. Na drogach tak naprawdę nie zmieniło się nic. Po drugie – chcę zostawić ślad. Od zakończenia akcji minęły ponad 23 lata. Dziś mamy GPS-y, nawigację, aplikacje. Ale wtedy, na początku komercyjnych mediów w Polsce, było radio. I był taki program. I był Robert, który wierzył, że warto mówić, zanim będzie za późno.

    Na koniec… jedno zdanie dla tych, którzy cię wtedy słuchali – i jedno dla tych, którzy dopiero dziś dowiadują się, kim byłeś.

    Robert Erben:
    Dziękuję, że słuchaliście wtedy i dziękuję, że czytacie ten wywiad dzisiaj. A w drodze i na drodze, jeździjcie, prowadźcie tak, żeby każda podróż miała swój bezpieczny koniec.
    Życzę wam tylu wyjazdów, co i powrotów do domu.
    Mówił Robert Erben.

  • Spalona mapa

    Spalona mapa

    To była piękna, wiosenna niedziela. Taka, którą człowiek chciałby zapamiętać jako lekki dzień. Zieleń aż biła po oczach. Pola przy drodze pachniały świeżością, a powietrze było tak przejrzyste, że aż dziwiło, jak może się tak zmienić w jednej chwili.

    Dwa samochody. Zwykłe zderzenie — tak to się zaczęło.

    Jeden z nich wiózł trzy osoby, drugi dwie.

    Żadnych wielkich prędkości. Żadnego pisku opon, który ostrzegłby przed tym, co zaraz się wydarzy. Tylko zgrzyt, uderzenie na lekkim zakręcie i cisza. Przez krótką chwilę.

    Paliwo zaczęło się lać po asfalcie. Ktoś później mówił, że to od nagrzanych silników, może od słońca — nieważne. Wystarczyła iskra. Może z tłumika, może z otartego metalu. W jednej sekundzie płomień wspiął się po karoserii jak po suchym papierze.

    A potem była już tylko pożoga.

    Byłem tam. Jechałem jako reporter Nocnego Patrolu. Jeepem. Zatrzymałem się przy rowie, nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od nich. Wysiadłem i usłyszałem… Ich krzyki. Takie, których się nie zapomina. Ludzie, zakleszczeni w roztrzaskanych wnętrzach, błagający przez ogień. Nie mogli się ruszyć. Nie mogli się wydostać.

    Plastik z wnętrza topił się jak świeca. Tapicerka dymiła i syczała. Zapach był nie do opisania. Palący się samochód ma swój własny odór — słodkawy, duszący. Ale spalane ciało… to już inna historia. To coś, co wbija się w pamięć i nie puszcza. Nawet jak wciągasz świeże powietrze, czujesz to pod spodem. Kierowcy z innych samochodów i mieszkańcy z nieodległych domów próbowali wyciągać rannych. Bez skutku. Piekielny ogień i nieziemski żar blokował drogę ratownikom.

    I to wszystko działo się tuż obok zielonych pól. Tych pachnących, kwitnących, takich, które kojarzą się z piknikiem, z rodziną, z czymś dobrym. Kontrast był nie do zniesienia.

    Ludzie, którzy wracali z weekendu, zatrzymywali się. Wysiadali z najpierw dziesiątek a potem może i setek aut. Droga była całkowicie zablokowana w obu kierunkach. Nie podchodzili zbyt blisko. Stali w milczeniu. Niektórzy trzymali dzieci za ręce i jakby chcieli zasłonić im oczy. Inni tylko patrzyli. Z niedowierzaniem. Z przerażeniem. Jakby to był zły sen, który wydarza się w biały dzień.

    A ja mówiłem… „Tu mówi Robert Erben i program Nocny Patrol. Obok mnie właśnie zginęło pięć osób w dwóch spalonych samochodach. Droga w stronę Kłodzka jest nieprzejezdna…”. Mówiłem przez radio, na żywo. Głos mi drżał, ręce też. Ale mówiłem. Bo ktoś musiał.

    Strażacy przyjechali prawie od razu. Gasili już jednak nie pożar — gasili ciszę, która rozlała się po tym miejscu jak dym. Ciała wyciągano długo. Powoli. Delikatnie, choć nie było już czego ratować. Tylko spokój trzeba było przywrócić. Jakiś chłopak stał obok i powtarzał szeptem: „To się nie mogło wydarzyć. Przecież to był taki ładny dzień…”

    I rzeczywiście — był. Jakby świat zupełnie nie wiedział, że w jednym punkcie jego mapa właśnie się przepaliła.

    Kiedy kończyłem relację, mój głos cichł. Już nie było co mówić. Tylko patrzyłem. Na zniszczone wraki, na pole pełne zieleni, na ludzi, którzy milczeli, jakby w tej ciszy próbowali odnaleźć jakiś sens. Ale tam nie było nic. Tylko dym, który powoli znikał w wiosennym powietrzu.

    I wtedy zrozumiałem — nie każda historia musi mieć morał. Czasem wystarczy ją opowiedzieć i pozwolić jej wybrzmieć… w ciszy.

  • Cienie przy drodze

    Cienie przy drodze



    Audycja specjalna programu Nocny Patrol – 1 listopada

    — Witam was na antenie. Tu program Nocny Patrol. Mówi Robert Erben.

    Dzisiejsza noc nie jest jak inne. To nie jest noc sygnałów, pożarów, relacji z chaosu. Dziś — nie gonię śmierci. Dziś ją wspominam.

    Pierwszy listopada. Noc jasna, pogodna. Nie ma mgły. Niebo czytelne, jakby samo chciało słuchać. Autostrada A4 jest cicha, rozciągnięta, niemal nierzeczywista.

    W głośnikach cicho płynie muzyka. Lombard – Mr. of America.
    „Kiedy gnasz znów przed siebie… w powodzi deszczu i łez…”
    Ale dziś nie ma deszczu. Tylko czyste powietrze i szum opon na asfalcie.

    Jeep toczy się równym tempem. Światła przecinają pustkę.

    — Dzisiaj chcę wam opowiedzieć nie o tym, co dzieje się teraz. Ale o tych, którzy zostali na tej drodze.

    Zwalniam przy starym wiadukcie.

    — Trzy lata temu. Motocyklista. Yamaha. Leżał przy barierce. Tatuaż na przedramieniu: „Mama.” Pamiętam go, bo kobieta zadzwoniła do radia. Słuchała mnie, zanim jeszcze dowiedziała się od policji.

    W tle słychać szept refrenu:
    „Czerwony smak ryzyka… to zjawia się, to znika…”

    — Kilometr dalej — dziewczyna w czerwonej osobówce. Poślizg. Indeks, bilety do Krakowa. Miała marzenia. Teraz tylko wspomnienie.

    Radio CB szumi. Niepokojąco, miarowo.

    — I chłopiec. Osiem lat. Zginął we śnie, z pluszowym misiem w ramionach. Jego ojciec zasnął za kierownicą. Nie zawsze śmierć krzyczy. Czasem po prostu milczy.

    I wtedy dźwięk. Wiadomość. Głos w słuchawce z redakcji.

    — Robert… dzwonią ludzie. Mnóstwo ludzi. Płaczą do telefonu. Mówią, że czują, jakbyś ich przeprowadzał przez wspomnienia. Jakby przez twoje słowa ich bliscy… wracali. Na chwilę. Na ten wieczór. Jakby byli tuż obok.

    Robert milczy. Dłonie mocniej ściskają kierownicę.

    „Tej autostrady szum głęboki… łaskawie mruczy mu do snu…” — cicho w tle, jakby radio znało jego myśli.

    Jeep zjeżdża na pas awaryjny. 189 kilometr.

    — To było tutaj — mówi. — Ja i mój kolega. Tylko my.

    Maluch. Fiat 126P. Roztrzaskany, wciśnięty w pole. Jakby próbował się schować przed śmiercią.

    — Podbiegłem z gaśnicą. Kolega z apteczką. Latarka w ręku. Światło drżało.

    Zajrzałem od strony pasażera.

    — Ciała zmiażdżone. Nie było ratunku. Ale… jedna rzecz mnie zatrzymała. Kontrolka. Na desce świeciła się lampka akumulatora. Mała, czerwona.

    Włożyłem rękę, żeby wyciągnąć kluczyk. Odciąć napięcie.

    I wtedy to poczułem.

    — Coś ciepłego dotknęło grzbietu mojej dłoni.

    Zamilkł. Głos zadrżał.

    — To były oczy tego mężczyzny. Wypadły z oczodołów. Wisiały na szypułkach. I to właśnie ich dotknąłem. Bezwiednie.

    „A serce złamanych… gorzkie łzy… drążą asfalt szarych dni…” — refren cicho opada, niemal szeptem.

    — Stanąłem. Nie z przerażenia. Z poczucia, że na moment… dosłownie dotknąłem czegoś, co jeszcze chwilę temu patrzyło na świat.

    Jeep rusza z powrotem. Reflektory znów przecinają drogę.

    — Moi koledzy z radia powiedzieli, że ta noc jest inna. Że ludzie płaczą. Że dziękują. Za pamięć. Za głos. Za to, że mogą jeszcze raz… na chwilę… poczuć obecność tych, którzy odeszli.

    Radio CB znowu szumi. Ale teraz… nie brzmi jak zakłócenie. Brzmi jak oddech.

    — Tu Nocny Patrol. Mówi Robert Erben.

    W tle:
    „Ta autostrada sunie szlakiem gwiazd…”

    — Jadę dalej. A oni… oni jadą ze mną.

    Czerwone światła Jeepa nikną w oddali. Noc zostaje. Ale nie sama.