Tag: historia radia

  • Cztery godziny innego świata

    Cztery godziny innego świata

    11 września 2001 roku o godzinie 14.00 rozpocząłem popołudniowy dyżur w Radiu Klakson na 106,1 FM. Cztery godziny później odchodziłem od mikrofonu z przekonaniem, że zaczyna się czas wojny. Dziś, w dwudziestą piątą rocznicę zamachów, wracam do najbardziej niezwykłej audycji, jaką prowadziłem, i do mojego ostatniego dyżuru przy studyjnym mikrofonie tej rozgłośni.

    Robert J Błaszczyk
    11 września 2026

    W grafiku było zwykłe popołudnie

    Po kilku tygodniach nieobecności przy radiowym mikrofonie wpisałem sobie dyżur. Wtorek, 11 września 2001 roku. Od czternastej do osiemnastej.

    Miałem prowadzić popołudniowe pasmo Radia Klakson. Był to program oparty na bieżących tematach i ciągłym kontakcie ze słuchaczami. Taka praca wymagała gotowości do rozmowy, reagowania na to, co przynosi dzień, i podtrzymywania radiowej obecności przez kolejne godziny.

    Nie miałem na ten dyżur szczególnego pomysłu.

    Po dwudziestu pięciu latach właśnie ta zwyczajność początku wydaje mi się istotna. Wpisujemy coś do kalendarza, zakładamy określoną długość spotkania, wiemy, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy. Tyle wystarcza, żeby pojawiło się poczucie, że znamy przynajmniej najbliższy fragment przyszłości.

    Mój fragment miał cztery godziny.

    Nie chcę dziś dopisywać do niego przeczucia ani udawać, że od początku towarzyszyła mi świadomość historycznej chwili. Rozpoczynałem pracę prezentera. Dopiero wydarzenia nadały temu dyżurowi znaczenie, którego nie dało się zaplanować.

    Kiedy teraz myślę o tamtym popołudniu, widzę przede wszystkim spotkanie dwóch porządków. Jednym była ramówka regionalnej rozgłośni. Drugim wydarzenia w Stanach Zjednoczonych, które w trakcie tej ramówki zaczęły zmieniać sposób, w jaki rozumieliśmy bezpieczeństwo i przyszłość.

    Czterdzieści sześć minut później

    Pierwszy samolot uderzył w północną wieżę World Trade Center o 8.46 czasu nowojorskiego. W Polsce była 14.46, czterdzieści sześć minut po rozpoczęciu mojego dyżuru. Drugie uderzenie nastąpiło siedemnaście minut później. National September 11 Memorial & Museum

    W moim wspomnieniu wiadomości zaczęły napływać niedługo po rozpoczęciu programu. Gdy zestawiam to z chronologią wydarzeń, mogę wskazać ich historyczny moment. Nie mogę natomiast przypisać dokładnej minuty pierwszej informacji, która dotarła do mnie w studiu.

    Pamiętam napływające doniesienia agencyjne i relacje mediów, przede wszystkim BBC. Informacje były sprzeczne. Nie układały się od razu w całość, którą znamy dzisiaj.

    To ważne, bo po latach bardzo łatwo opowiedzieć tamten dzień od końca. Wiemy już, co się wydarzyło. Znamy sprawców, miejsca, kolejność uderzeń. Oglądamy materiały ułożone w dokument, którego autor miał czas sprawdzić informacje i wybrać obrazy.

    Prezenter pracujący na żywo takiego komfortu nie ma.

    Kolejna wiadomość może zmienić znaczenie poprzedniej. Sam fakt, że coś zostało właśnie podane, nie rozstrzyga jeszcze, czy jest potwierdzone. A mimo to audycja trwa. Trzeba mówić do ludzi, kiedy samemu dopiero poznaje się wydarzenia.

    Właśnie w takich chwilach warsztat dziennikarski przestaje być abstrakcyjnym zbiorem zasad. Staje się odpowiedzialnością za najbliższe zdanie.

    Dwa zegary jednego dnia

    Poniższa chronologia pokazuje wydarzenia w USA na tle mojego dyżuru. Nie jest zapisem godzin, w których informowałem o nich na antenie.

    Czas w PolsceCzas w Nowym JorkuWydarzenie
    14.008.00Początek mojego dyżuru
    14.468.46Lot AA11 uderza w północną wieżę WTC
    15.039.03Lot UA175 uderza w południową wieżę WTC
    15.379.37Lot AA77 uderza w Pentagon
    15.599.59Zawala się południowa wieża WTC
    16.0310.03Lot UA93 rozbija się w Pensylwanii
    16.2810.28Zawala się północna wieża WTC
    18.0012.00Koniec mojego dyżuru

    Godziny wydarzeń za National Park Service; godziny dyżuru z mojej relacji. Przeliczenie uwzględnia sześciogodzinną różnicę czasu. Chronologia National Park Service

    W tej tabeli mieści się coś, czego sama tabela nie oddaje. Między rozpoczęciem programu a jego końcem zmienił się kontekst niemal wszystkiego, co można było powiedzieć słuchaczom.

    Trzeba jednak zachować jeszcze jedno rozróżnienie. Zegar wydarzenia i zegar wiedzy o wydarzeniu nie są tym samym. Coś już się stało, ale redakcja może jeszcze o tym nie wiedzieć. Może znać fragment informacji albo mieć kilka wzajemnie wykluczających się doniesień.

    Dlatego nie dopisuję dziś do poszczególnych godzin własnych wypowiedzi. Nie przedstawiam tej osi czasu jako odtworzonego scenariusza programu. Dokumenty pozwalają uporządkować historię zamachów. Moja relacja mówi o doświadczeniu prowadzenia audycji w ich trakcie.

    Oba źródła są potrzebne. Każde odpowiada na inne pytanie.

    Doświadczenie z miejsc wypadków

    Nie zaczynałem tamtego dnia od zera.

    Równolegle zajmowałem się dziennikarstwem reporterskim, które prowadziło mnie bezpośrednio na miejsca śmiertelnych wypadków i katastrof drogowych. To była praca blisko silnych emocji, zagrożenia i nieodwracalnych zdarzeń.

    Z tym doświadczeniem siadałem również przed mikrofonem.

    W mojej ocenie właśnie ono pomogło mi opanować emocje i przeprowadzić tamten niezwykły dyżur. Znałem już sytuacje, w których trzeba było pracować mimo ciężaru tego, o czym się informowało.

    Nie oznacza to, że doświadczenie z polskich dróg pozwalało pojąć skalę wydarzeń w Nowym Jorku. Nie zestawiam tych tragedii, żeby je zrównać. Mówię o umiejętności wykonywania konkretnego zadania wtedy, kiedy wydarzenia wywołują silną reakcję.

    Z dzisiejszej perspektywy widzę w tym istotną część odpowiedzialności reportera. Osobiste poruszenie może współistnieć z potrzebą precyzyjnego mówienia. Opanowanie oznacza wtedy zdolność utrzymania tej precyzji.

    Nie przytoczę z pamięci zdań, których dokładnego brzmienia nie mogę potwierdzić. Nie dopiszę reakcji słuchaczy ani rozmów tylko dlatego, że uczyniłyby opowieść bardziej filmową.

    Wystarczy to, co rzeczywiście mogę powiedzieć. Prowadziłem program. Docierały do mnie sprzeczne informacje. Opanowałem emocje. Przeprowadziłem najbardziej niezwykły dyżur w mojej radiowej historii.

    Jego znaczenie nie potrzebuje dodatkowej scenografii.

    106,1 FM i ludzie po drugiej stronie

    Radio Klakson było częścią mojego życia od pierwszego do ostatniego dnia istnienia stacji.

    Częstotliwość 106,1 FM nie jest dla mnie wyłącznie dawnym adresem w eterze. Łączy się z określonym sposobem pracy i kontaktem ze słuchaczami. Z radiem, którego program powstawał także w relacji z ludźmi po drugiej stronie odbiorników.

    Na przekazanym do tego wspomnienia zdjęciu stoję przy samochodzie rozgłośni. Na drzwiach widać oznaczenie „UKF 106,1”, a nad nim napis „PATROL”. To materialny ślad tamtej pracy. Fotografia pokazuje samochód i mnie, lecz sama nie opowiada przebiegu wrześniowego dyżuru.

    Według mojego wspomnienia sygnał Klaksonu docierał na znaczną część Dolnego Śląska, obejmował Wrocław, był odbierany na Opolszczyźnie i dalej na północ, także w części Wielkopolski. Skalę potencjalnego zasięgu szacuję na około pięć milionów osób.

    Słowo „potencjalnego” jest tutaj istotne.

    To mój szacunek liczby ludzi, którzy mogli znajdować się w zasięgu odbioru, a nie wynik badania słuchalności. Nie oznacza, że pięć milionów osób słuchało stacji jednocześnie ani że tylu odbiorców słyszało mój program 11 września.

    Nie potrzebuję zawyżać widowni tamtego dnia. Odpowiedzialność za informację zaczyna się przy pierwszym człowieku, który jej słucha.

    Regionalny mikrofon ma przy tym szczególną perspektywę. Mówi się z konkretnego miejsca, do ludzi, których codzienność jest bliska. A potem przychodzi wiadomość z drugiej strony świata i staje się częścią wspólnego popołudnia. Odległość pozostaje ogromna, lecz temat jest już tutaj.

    Kiedy kończy się dyżur

    Osiemnasta wyznaczała koniec mojego programu.

    Gdy siadałem do mikrofonu, świat był inny niż wtedy, gdy od niego odchodziłem. Miałem przekonanie, że zaczyna się czas wojny.

    Tak opisuję własne odczucie tamtego popołudnia. Nie przedstawiam go jako informacji o formalnym ogłoszeniu wojny podczas mojej audycji.

    W zachowanym wystąpieniu z 12 września 2001 roku George W. Bush nazwał zamachy aktami wojny. To udokumentowana wypowiedź z następnego dnia. Nie należy przenosić jej wstecz do programu, który prowadziłem 11 września między 14.00 a 18.00. Archiwum Białego Domu

    Dla mnie to rozróżnienie nie osłabia wspomnienia. Pozwala zachować jego prawdziwy charakter. Człowiek może odczuwać historyczną zmianę, zanim zna jej późniejsze polityczne nazwy, decyzje i konsekwencje.

    Jest w tej opowieści jeszcze jeden koniec.

    Po tamtym dyżurze nigdy później nie zasiadłem przy studyjnym mikrofonie Radia Klakson jako prowadzący. Pozostałem związany z rozgłośnią, ale 11 września był moim ostatnim takim dyżurem.

    Te dwa fakty mieszczą się obok siebie. Związek z radiem trwał. Prowadzenie programu z jego studia zakończyło się właśnie wtedy.

    Nie dopisuję między zamachami a moim ostatnim dyżurem związku przyczynowego. Zbieżność dat sama w sobie wystarcza, żeby ten dzień miał dla mnie szczególne znaczenie. Wielka historia przecięła się z osobistą historią pracy, a po latach obu nie da się już wspominać całkiem osobno.

    Co zostaje po dwudziestu pięciu latach

    W zamachach 11 września zginęło 2977 ofiar, bez uwzględniania dziewiętnastu sprawców. Za tą liczbą stoją konkretni ludzie i rodziny. To oni pozostają w centrum pamięci o tym dniu. National September 11 Memorial & Museum

    Moja opowieść dotyczy innego miejsca w tej historii. Byłem dziennikarzem w Polsce, który podczas swojego programu przekazywał wiadomości o wydarzeniach w Stanach Zjednoczonych. Warto zachować tę proporcję.

    Jednocześnie historia mediów składa się również z takich doświadczeń. Z poszczególnych dyżurów, lokalnych anten i osób, które musiały znaleźć słowa, zanim powstały rocznicowe filmy i uporządkowane kalendaria.

    Dziś do tamtych czterech godzin wracam z zasadą, którą uważam za równie potrzebną podczas wspominania, jak podczas pracy na żywo. Trzeba jasno rozdzielać to, co wiadomo, od tego, co się pamięta i jak się to interpretuje.

    Można zachować siłę opowieści bez uzupełniania jej domysłem. Można też przyznać, że nie zna się konkretnej minuty lub dokładnego brzmienia wypowiedzi. Taka uczciwość pozwala czytelnikowi samodzielnie ocenić świadectwo.

    Z tego wynika również prosta wskazówka na dzisiaj. Zanim przekażesz wiadomość dalej, sprawdź jej źródło. Ustal, kto ją podał, kiedy powstała i czy kolejne doniesienie rzeczywiście ją potwierdza, czy tylko powtarza. Wielokrotne powtórzenie tego samego zdania nie tworzy wielu niezależnych świadectw.

    Dla mnie rocznica jest też zaproszeniem do ocalenia śladów tamtej audycji. Jeżeli ktoś ma jej nagranie, zachowane materiały albo własne wspomnienie słuchania Klaksonu tego popołudnia, chciałbym je poznać. Każdy taki materiał może dopowiedzieć coś, czego moja perspektywa nie obejmuje.

    W grafiku były cztery godziny. Dziś mieści się w nich dwadzieścia pięć lat pamięci.

    11 września 2001 roku, od 14.00 do 18.00, prowadziłem program w Radiu Klakson na 106,1 FM.

    To był mój ostatni dyżur przy jego studyjnym mikrofonie.

    Robert J Błaszczyk
    Dziennikarz · autor Nocnego Patrolu · psycholog · psychotraumatolog

    Jestem dziennikarzem, autorem Nocnego Patrolu i rodowitym wrocławianinem. Na ERBEN.PL piszę o radiu, drogach, historii i człowieku wobec wydarzeń, które zmieniają codzienność. Łączę perspektywę reporterską z wiedzą psychologiczną i zainteresowaniem komunikacją.

    Prowadzę konsultacje psychologiczne i psychotraumatologiczne online. Pomagam uporządkować trudności związane ze stresem, przeciążeniem emocjonalnym, relacjami i następstwami trudnych doświadczeń oraz ustalić możliwe kolejne kroki.

    W pracy wykorzystuję psychoedukację, analizę funkcjonalną zachowania, dialog motywacyjny oraz elementy podejścia poznawczo-behawioralnego i skoncentrowanego na rozwiązaniach. Dobieram sposób pracy do sytuacji, potrzeb i celu konsultacji.

    Łączę przygotowanie psychologiczne i psychotraumatologiczne, obejmujące suicydologię, z doświadczeniem dziennikarza, coacha, wykładowcy i eksperta komunikacji. Na Psycholog.CLICK przekładam wiedzę psychologiczną na zrozumiałe artykuły i praktyczne wskazówki.

    Nie musisz mieć gotowej nazwy swojego problemu. Możemy zacząć od tego, co jest dla Ciebie trudne.

    Umów konsultację w ZnanyLekarz
    Napisz do mnie przez WhatsApp
    Telefon kontaktowy: +48 790 404 404.

    Bibliografia i źródła

    1. Błaszczyk, Robert J, 11 września 2026. Relacja autobiograficzna dotycząca dyżuru w Radiu Klakson 11 września 2001 roku. Materiał autora przekazany do opracowania.
    2. Materiały fotograficzne autora. Współczesny portret oraz fotografia przy samochodzie Radia Klakson. Data wykonania fotografii archiwalnej nieustalona.
    3. National Park Service, Flight 93 National Memorial. September 11, 2001 Timeline. Materiał internetowy, dostęp 11 września 2026.
    4. National September 11 Memorial & Museum. 9/11 FAQs, sekcje What happened on 9/11? oraz What happened at the World Trade Center on 9/11?. Dostęp 11 września 2026.
    5. The White House, Office of the Press Secretary, 12 września 2001. Remarks by the President In Photo Opportunity with the National Security Team. Archiwum administracji George’a W. Busha.

    Four Hours, a Different World

    At 2 p.m. on 11 September 2001, I began my afternoon shift on Radio Klakson, broadcasting on 106.1 FM. Four hours later, I left the microphone convinced that an era of war was beginning. Today, on the twenty-fifth anniversary of the attacks, I return to the most extraordinary programme I ever presented and my final shift at that station’s studio microphone.

    Robert J Błaszczyk
    11 September 2026

    An ordinary afternoon on the schedule

    After several weeks away from the radio microphone, I put myself down for a shift. Tuesday, 11 September 2001. Two until six in the afternoon.

    I was to present Radio Klakson’s afternoon programme. It revolved around current topics and ongoing interaction with listeners. The job required a willingness to talk, respond to whatever the day brought and sustain that on-air presence over several hours.

    I had no particular idea for the programme.

    Twenty-five years later, that ordinary beginning strikes me as significant. We put something in a calendar, allow a certain amount of time and know when we are supposed to start and finish. That is enough to create a sense that we know at least the next small stretch of our future.

    Mine was four hours long.

    I do not want to add a premonition to it now, or pretend that I began with an awareness of a historic moment. I was starting a presenter’s shift. Events subsequently gave it a significance that no one could have planned.

    When I think about that afternoon today, I see two different orders of life meeting. One was a regional radio station’s programme schedule. The other was a series of events in the United States that, during those scheduled hours, began changing how we understood safety and the future.

    Forty-six minutes later

    The first aircraft struck the World Trade Center’s North Tower at 8:46 a.m. New York time. In Poland, it was 2:46 p.m., forty-six minutes into my shift. The second impact followed seventeen minutes later. National September 11 Memorial & Museum

    In my recollection, the news began arriving not long after the programme started. Comparing that memory with the chronology lets me establish when the historical events occurred. It does not allow me to identify the precise minute when the first report reached me in the studio.

    I remember incoming agency reports and media coverage, particularly the BBC. The information was contradictory. It did not immediately form the coherent picture we know today.

    That matters because, years later, it is very easy to tell the story backwards. We already know what happened. We know the perpetrators, the locations and the sequence of impacts. We watch material assembled into a documentary by someone who had time to check the information and choose the images.

    A presenter working live has no such luxury.

    The next report may change the meaning of the previous one. The fact that something has just been reported does not establish that it has been confirmed. Yet the programme continues. You have to speak to people while you are still learning what is happening yourself.

    At such moments, journalistic practice stops being an abstract set of principles. It becomes responsibility for the next sentence.

    Two clocks, one day

    This chronology places the events in the United States alongside my shift. It does not record the times at which I reported them on air.

    Poland timeNew York timeEvent
    14:0008:00My shift begins
    14:4608:46AA11 strikes the North Tower
    15:0309:03UA175 strikes the South Tower
    15:3709:37AA77 strikes the Pentagon
    15:5909:59The South Tower collapses
    16:0310:03UA93 crashes in Pennsylvania
    16:2810:28The North Tower collapses
    18:0012:00My shift ends

    Event times follow the National Park Service; shift times come from my account. The conversion reflects the six-hour time difference. National Park Service timeline

    Something lies within this table that the table itself cannot convey. Between the beginning of the programme and its end, the context of almost anything one might say to listeners had changed.

    Another distinction matters here. The clock of an event and the clock of our knowledge about it do not run together. Something may already have happened while a newsroom remains unaware of it. The newsroom may know only part of the story, or have several mutually contradictory reports.

    That is why I do not now attach remembered quotations from my broadcast to individual times. I am not presenting this timeline as a recovered running order. Documents help establish the history of the attacks. My account describes the experience of presenting a programme as they unfolded.

    Both sources are needed. Each answers a different question.

    Experience from crash scenes

    I did not begin that day without relevant experience.

    Alongside presenting, I worked as a reporter, going directly to the scenes of fatal road crashes and major road disasters. The work brought me close to intense emotions, danger and irreversible events.

    I carried that experience with me when I sat down at the microphone.

    In my assessment, it helped me manage my emotions and complete that extraordinary shift. I had already encountered situations in which I needed to keep working despite the weight of what I was reporting.

    That does not mean that experience on Polish roads enabled me to comprehend the scale of what was happening in New York. I am not equating those tragedies. I am describing the ability to carry out a specific task while events provoke a powerful reaction.

    Looking back, I see that as an important part of a reporter’s responsibility. Personal distress can coexist with the need to speak precisely. Composure, in that situation, means being able to maintain that precision.

    I will not quote sentences whose exact wording I cannot confirm. I will not add listeners’ reactions or conversations simply because they would make the story more cinematic.

    What I can actually say is enough. I was presenting the programme. Conflicting information was reaching me. I managed my emotions. I completed the most extraordinary shift of my radio career.

    Its significance needs no additional scenery.

    106.1 FM and the listeners

    Radio Klakson was part of my life from the station’s first day to its last.

    For me, 106.1 FM is more than a former address on the dial. It represents a particular way of working and a relationship with listeners. It recalls a station whose programmes were also shaped by the people on the other side of the receivers.

    In the photograph supplied for this account, I am standing beside the station’s vehicle. The door carries the marking “UKF 106,1”, identifying the FM frequency, with “PATROL” above it. It is a physical trace of that work. The photograph shows the vehicle and me, but it does not itself document what happened during the September shift.

    As I remember it, Klakson’s signal reached much of Lower Silesia, including Wrocław, could be received in the Opole region and extended north into parts of Greater Poland. I estimate that around five million people potentially lived within its reception area.

    “Potentially” is important here.

    This is my estimate of the population that may have been within reception range. It is not an audience measurement. It does not mean that five million people listened simultaneously, or that this many heard my programme on 11 September.

    I have no need to inflate that day’s audience. Responsibility for information begins with the first person listening.

    A regional microphone also offers a particular perspective. You speak from a specific place to people whose everyday lives feel close. Then news arrives from the other side of the world and becomes part of a shared afternoon. The geographical distance remains enormous, but the subject is already here.

    When a shift ends

    Six o’clock marked the end of my programme.

    The world in which I had sat down at the microphone felt different from the one in which I left it. I was convinced that an era of war was beginning.

    That is how I describe my own impression that afternoon. I am not presenting it as a report that war was formally declared during my programme.

    In a preserved statement dated 12 September 2001, George W. Bush described the attacks as acts of war. That is a documented statement from the following day. It should not be moved backwards into the programme I presented on 11 September between 2 and 6 p.m. White House archive

    To me, this distinction does not weaken the memory. It preserves its true character. A person can sense a historical change before knowing the political terminology, decisions and consequences that will follow.

    There is another ending in this story.

    After that shift, I never again sat at Radio Klakson’s studio microphone as a presenter. I remained connected with the station, but 11 September was my last shift of that kind.

    Those two facts belong alongside each other. My connection with the station continued. Presenting programmes from its studio ended that day.

    I am not adding a causal link between the attacks and my final shift. The coincidence of dates is enough to make the day personally significant. World history intersected with my working life, and years later I cannot remember the two entirely separately.

    What remains twenty-five years later

    The attacks on 11 September killed 2,977 victims, excluding the nineteen perpetrators. Behind that number are individual people and families. They remain at the centre of remembrance. National September 11 Memorial & Museum

    My account occupies a different place in this history. I was a journalist in Poland reporting events in the United States during my programme. That sense of proportion matters.

    At the same time, media history also consists of experiences like these. Individual shifts, local stations and people who had to find words before anniversary documentaries and orderly timelines existed.

    Today, I return to those four hours with a principle I consider as necessary in remembering as in broadcasting live. We need to distinguish clearly between what is known, what is remembered and how it is interpreted.

    A story can retain its force without being filled out with conjecture. We can also acknowledge that we do not know a precise minute or the exact wording of a statement. Such honesty allows readers to assess an account for themselves.

    A simple practical lesson follows. Before passing a report on, check its source. Establish who published it, when it originated and whether a subsequent report independently confirms it or merely repeats it. Repeating the same statement many times does not create multiple independent accounts.

    For me, the anniversary is also an invitation to preserve traces of that programme. If someone has a recording, surviving material or a personal memory of listening to Klakson that afternoon, I would like to hear about it. Each contribution may add something beyond my own perspective.

    There were four hours on the schedule. Today, they hold twenty-five years of memory.

    On 11 September 2001, from 2 until 6 p.m., I presented a programme on Radio Klakson, 106.1 FM.

    It was my final shift at its studio microphone.

    Robert J Błaszczyk
    Journalist · creator of Nocny Patrol · psychologist · psychotraumatology practitioner

    I am a journalist, the creator of the radio programme Nocny Patrol, and a native of Wrocław, Poland. On ERBEN.PL, I write about radio, roads, history and how people respond to events that change their everyday lives. I combine a reporter’s perspective with psychological knowledge and an interest in communication.

    I provide online psychological consultations and consultations focused on the psychological impact of traumatic experiences. I help people make sense of stress, emotional overload, relationship difficulties and the effects of distressing experiences, and identify possible next steps.

    My work draws on psychoeducation, functional behavioural analysis, motivational interviewing, and elements of cognitive behavioural and solution-focused approaches. I adapt the approach to the person’s circumstances, needs and the purpose of the consultation.

    I combine my background in psychology and psychotraumatology, including suicidology, with my experience as a journalist, coach, lecturer and communication specialist. Through Psycholog.CLICK, I turn psychological knowledge into accessible articles and practical guidance.

    You do not need to have a name for your difficulty. We can start with what you are finding hard.

    Book a consultation via ZnanyLekarz
    Contact me on WhatsApp
    Contact number: +48 790 404 404. Consultations are offered in Polish; please ask about other language options.

    References and sources

    1. Błaszczyk, Robert J, 11 September 2026. Autobiographical account of his Radio Klakson shift on 11 September 2001. Author-supplied material.
    2. Author-supplied photographs. Contemporary portrait and photograph beside a Radio Klakson vehicle. The date of the historical photograph has not been established.
    3. National Park Service, Flight 93 National Memorial. September 11, 2001 Timeline. Online resource, accessed 11 September 2026.
    4. National September 11 Memorial & Museum. 9/11 FAQs, sections What happened on 9/11? and What happened at the World Trade Center on 9/11?. Accessed 11 September 2026.
    5. The White House, Office of the Press Secretary, 12 September 2001. Remarks by the President In Photo Opportunity with the National Security Team. George W. Bush administration archive.

    Poznaj moją działalność

    Rozumieć człowieka. Odpowiedzialnie dobierać słowa.

    Łączę dziennikarstwo, wiedzę psychologiczną i doświadczenie w komunikacji. Na ERBEN.PL opowiadam o radiu, drogach, historii oraz człowieku wobec trudnych wydarzeń. Na Psycholog.CLICK rozwijam działalność psychologiczną i publikuję psychoedukację, która pomaga lepiej rozumieć własne doświadczenia.

    Prowadzę konsultacje psychologiczne i psychotraumatologiczne online. Możesz zgłosić się z trudnością, którą chcesz uporządkować, pytaniem o dalsze kroki lub potrzebą rozmowy o stresie, przeciążeniu i relacjach.

    Przyjmuję również zapytania dotyczące sporządzania opinii psychologicznych, w tym przeznaczonych do wykorzystania w postępowaniach sądowych. Zakres każdorazowo ustalam zgodnie z celem zlecenia i moimi kompetencjami.

    Moja działalność obejmuje coaching oraz obszary eksperckie związane z NLP, medytacją i hipnozą. Możliwa jest także współpraca przy warsztatach, projektach edukacyjnych, materiałach dziennikarskich i działaniach komunikacyjnych. Poszczególne formy współpracy mają odrębne cele i zakres.

    Jeżeli szukasz konsultacji, autora, prowadzącego spotkanie albo partnera do projektu medialnego, napisz, czego potrzebujesz. Ustalimy, czy i w jakiej formule mogę pomóc. Pierwszym krokiem może być krótka wiadomość z opisem sprawy.

    Robert J Błaszczyk · ERBEN.PL

    Umów konsultację · WhatsApp
    Psycholog.CLICK: artykuły i działalność psychologiczna
    TikTok: @psycholog.click · Facebook: Psycholog.CLICK
    ERBEN.PL · ProwadzenieImprez.com · 1244.yt
    Publikacje i produkty na Naffy

    Explore my work

    Understanding people. Choosing words responsibly.

    I bring together journalism, psychological knowledge and experience in communication. On ERBEN.PL, I write about radio, roads, history and people facing difficult events. Psycholog.CLICK is the home of my psychological work and psychoeducational writing, helping readers better understand their experiences.

    I provide online psychological consultations and consultations focused on the psychological impact of traumatic experiences. You can get in touch about a difficulty you want to understand, possible next steps, or the need to discuss stress, emotional overload and relationships.

    I also welcome enquiries about psychological reports, including reports intended for use in court proceedings. The scope is agreed individually according to the purpose of the assignment and my competencies.

    My work also encompasses coaching and specialist activities relating to NLP, meditation and hypnosis. Collaboration may involve workshops, educational projects, journalism and communication initiatives. These forms of work have distinct purposes and scopes.

    If you are looking for a consultation, a writer, an event host or a collaborator for a media project, tell me what you need. We can establish whether and how I can help. A short message describing the matter can be the first step.

    Robert J Błaszczyk · ERBEN.PL

    Book a consultation · WhatsApp
    Psycholog.CLICK: articles and psychological services
    TikTok: @psycholog.click · Facebook: Psycholog.CLICK
    ERBEN.PL · ProwadzenieImprez.com · 1244.yt
    Publications and products on Naffy

  • Psychologia mediów. Dlaczego ten głos nie pozwala Ci przełączyć?

    Psychologia mediów. Dlaczego ten głos nie pozwala Ci przełączyć?

    Jedną z nocnych rozmów pamiętam nie jak stenogram, lecz jak… sens. Po niemal trzydziestu latach słowa mogły się trochę przesunąć, ale znaczenie zostało we mnie dokładnie tam, gdzie było. Prowadziłem wtedy Nocny Patrol, gdzieś przede mną ciągnęła się stara, betonowa A4, służbowy Centertel gubił zasięg, a noc robiła z drogi długi, ciemny tunel. Po jednym z wejść antenowych, na 19 kanale CB radia odezwał się do mnie kierowca. Nie pytał o objazd, wypadek ani pogodę. Powiedział mniej więcej tak, „Niech pan jeszcze mówi. Jadę sam i dobrze wiedzieć, że ktoś też jest na tej drodze”.

    To zdanie nauczyło mnie o radiu więcej niż niejeden wykład z teorii mediów.

    Człowiek nie zawsze włącza radio, żeby otrzymać wiadomość. Czasem chce usłyszeć, że świat po drugiej stronie szyby nadal istnieje, ktoś czuwa, noc ma jakiś porządek, a jego samotna podróż jest przez chwilę wspólnym doświadczeniem. Wtedy radio przestaje być urządzeniem, stacją, formatem i częstotliwością. Staje się obecnością.

    Dzisiaj, kiedy patrzę na tamte lata jako psycholog, dziennikarz i onegdaj badacz mediów, lepiej rozumiem, co działo się pomiędzy moim mikrofonem a człowiekiem w jadącym gdzieś samochodzie. Właśnie ta niewidoczna przestrzeń jest dla mnie najciekawszym obszarem psychologii mediów. Nie sam komunikat, lecz to, co komunikat robi z uwagą, emocjami, pamięcią, poczuciem bezpieczeństwa i wyobraźnią odbiorcy.

    Informacja mówi, co się wydarzyło. Psychologia mediów pyta, co wydarzyło się w człowieku, kiedy o tym usłyszał.

    Psychologia mediów bada spotkanie bez spotkania

    Psychologię mediów najczęściej definiuje się jako dziedzinę badającą relacje człowieka z mediami i technologią. Interesują ją uwaga, pamięć, emocje, motywacja, wpływ społeczny, identyfikacja, tworzenie nawyków, wiarygodność źródeł, odbiór przekazu i zachowania podejmowane pod jego wpływem. To definicja poprawna, ale brzmi trochę tak, jakby powstała w pomieszczeniu, w którym nigdy nie zapaliło się czerwone światło antenowe.

    Dla mnie psychologia mediów jest nauką o spotkaniu, które odbywa się bez fizycznej obecności. Dziennikarz nie siedzi obok słuchacza, a jednak może wpłynąć na jego napięcie, ocenę sytuacji i decyzję. Potrafi go uspokoić, ostrzec, zirytować, przestraszyć albo skłonić do zatrzymania samochodu. Odbiorca nie zna prowadzącego prywatnie, lecz rozpoznaje jego sposób oddychania, tempo mowy, ironię, charakterystyczne pauzy oraz chwilę, w której głos nagle staje się poważniejszy.

    Medium nie jest więc rurą, przez którą płynie gotowa informacja. Tworzy środowisko psychologiczne. Ten sam komunikat przeczytany w portalu, pokazany w telewizji i wypowiedziany nocą w radiu może zostać odebrany zupełnie inaczej, ponieważ każde medium inaczej zarządza czasem, uwagą, dystansem i wyobraźnią.

    Psychologia mediów nie pyta wyłącznie, co powiedziałem. Pyta, dlaczego słuchacz zwrócił na to uwagę, jak nadał temu znaczenie, co zapamiętał, czego nie zrozumiał, komu zaufał i dlaczego następnego dnia ponownie włączył tę samą stację. Bada również drogę odwrotną, czyli sposób, w jaki reakcje publiczności, telefony, wiadomości i wyniki słuchalności zmieniają osobę siedzącą przy mikrofonie. Radio kształtuje słuchacza, ale słuchacz również kształtuje radio.

    Radio nie pokazuje i właśnie dlatego pozwala zobaczyć

    Telewizja daje odbiorcy gotowy kadr. Radio zostawia mu puste miejsce, które człowiek musi wypełnić własną wyobraźnią. Gdy mówię o mokrym asfalcie, niebieskim świetle odbijającym się w karoserii i ciszy po odjeździe karetki, każdy słuchacz tworzy inną scenę. Nie widzi dokładnie tego, co widziałem ja. Buduje obraz z własnych wspomnień, doświadczeń, lęków i dróg, którymi sam kiedyś jechał.

    W tym sensie radio nie jest uboższą telewizją. Jest medium współtworzonym przez odbiorcę. Ma zresztą najtańszego i najbardziej pracowitego scenografa na świecie. Jest nim umysł słuchacza.

    Badania Emmy Rodero nad przekazem audialnym pokazały, że opisowe efekty dźwiękowe i przestrzenne budowanie sceny mogą wzmacniać wyobrażenia mentalne oraz uwagę. Nie wynika z tego, że reportaż trzeba zasypać syrenami, trzaskaniem drzwi i dramatyczną muzyką. Dźwięk pozbawiony znaczenia szybko staje się hałasem. Pobudza, lecz niekoniecznie pomaga zrozumieć.

    W Nocnym Patrolu naturalną scenografią były odgłosy drogi, deszczu, silnika, policyjnego radia i głosy ludzi obecnych na miejscu. Ich siła nie polegała na atrakcyjności technicznej. Potwierdzały obecność reportera. Mówiły słuchaczowi, że nie czytam komunikatu w ciepłym studiu, lecz jestem tam, gdzie właśnie dzieje się coś ważnego.

    Dźwięk stawał się dowodem obecności, ale nigdy nie mógł zastępować sprawdzania faktów. Syrena w tle potwierdza, że przyjechały służby. Nie mówi jeszcze, kto zawinił, ile osób zostało poszkodowanych ani jaki będzie finał zdarzenia. Psychologia mediów uczy, że sugestywny dźwięk może wyprzedzić rozumienie. Dziennikarska odpowiedzialność nakazuje nie pozwolić, by emocjonalny obraz stał się ważniejszy od prawdy.

    Głos dociera wcześniej niż argument

    Zanim słuchacz zrozumie sens pierwszego zdania, zaczyna oceniać osobę, która je wypowiada. Phil McAleer, Alexander Todorov i Pascal Belin wykazali, że ludzie tworzą zaskakująco spójne pierwsze wrażenia dotyczące cech mówiącego już na podstawie bardzo krótkiego słowa. W ich eksperymencie trwające około czterech dziesiątych sekundy „hello” wystarczało, aby pojawiały się oceny związane między innymi z sympatią, wiarygodnością i dominacją.

    Dla radiowca jest to wiadomość trochę niewygodna. Mikrofon nie przekazuje wyłącznie słów. Przekazuje napięcie, pośpiech, niepewność, protekcjonalność, znudzenie i sztuczną emfazę. Mogę napisać znakomite wejście, a potem unieważnić je tonem, który mówi słuchaczowi, że sam nie wierzę w czytany tekst. Mogę też wypowiedzieć zwyczajne zdanie w taki sposób, że odbiorca poczuje obecność człowieka, a nie pracownika obsługującego antenę.

    Nie wierzę przy tym w jeden idealny „głos radiowy”. Przez lata rozgłośnie produkowały charakterystyczny ton prezentera, trochę zbyt gładki i trochę zbyt zachwycony wszystkim, jakby każda zapowiedź pogody była otwarciem festiwalu, a każda piosenka właśnie zmieniała historię muzyki. Prezenter, który przez trzy godziny udaje entuzjazm, zaczyna brzmieć jak człowiek sprzedający odkurzacz o trzeciej nad ranem.

    Skuteczny głos powinien być zgodny z treścią, sytuacją i osobowością prowadzącego. W wiadomościach potrzebuję klarowności. W rozmowie spokoju i reaktywności. W relacji terenowej wiarygodnej energii. W nocnej audycji bliskości, która nie udaje poufałości. Autentyczność nie oznacza mówienia wszystkiego, co przyjdzie mi do głowy. Oznacza zgodność pomiędzy tym, co mówię, jak mówię i dlaczego w ogóle zabieram głos.

    Słuchacz wraca po człowieka, którego właściwie nie zna

    Badacze mediów od dawna opisują relacje paraspołeczne, czyli poczucie znajomości z osobą medialną mimo jednostronnego charakteru kontaktu. W radiu mechanizm ten działa wyjątkowo mocno, ponieważ znajomy głos wchodzi w prywatną przestrzeń człowieka. Towarzyszy mu w samochodzie, kuchni, pracy, nocnym dyżurze oraz wtedy, gdy w domu nie ma nikogo innego.

    Alan Rubin i Mary Step, badając słuchaczy talk radio, zauważyli, że więź paraspołeczna z ulubionym prowadzącym wiązała się z częstszym i bardziej intencjonalnym słuchaniem. Odbiorcy częściej traktowali takiego gospodarza programu jako ważne źródło informacji i przypisywali mu wpływ na własne poglądy lub zachowania.

    Z kolei Benedikt Spangardt, Nicolas Ruth i Holger Schramm pokazali eksperymentalnie, że osobowość radiowego prezentera może wpływać na zamiary słuchaczy wobec stacji. Ważnymi mechanizmami okazały się interakcja paraspołeczna i doświadczenie przepływu, czyli stan, w którym człowiek angażuje się w to, czego słucha, i nie ma potrzeby szukania kolejnego bodźca.

    Nie wyciągam z tych badań wniosku, że prowadzący powinien produkować fałszywą bliskość. Słuchacze szybciej niż niejeden dyrektor programowy wyczuwają sztuczne ciepło, mechaniczny śmiech i poufałość tworzoną z instrukcji. Relacja powstaje przez powtarzalność, przewidywalność wartości, konsekwencję i drobne oznaki prawdziwej obecności.

    Jeżeli o tej samej porze codziennie pojawia się znajomy głos, człowiek zaczyna włączać go do rytmu własnego dnia. Nie zna prezentera, ale wie, czego może się po nim spodziewać. Zaufanie w radiu jest więc mniej podobne do jednego wielkiego olśnienia, a bardziej do drogi, którą przejeżdża się wielokrotnie i po pewnym czasie zna każdy zakręt.

    Radio na żywo ma przewagę chwili, której nie można odtworzyć

    Podcast mogę zatrzymać, cofnąć i odłożyć na jutro. Radio na żywo wydarza się teraz. To jego ograniczenie i jednocześnie największa siła. Słuchacz wie, że po drugiej stronie mikrofonu także płynie czas. Może pojawić się nowa informacja, telefon, błąd, śmiech, cisza albo coś, czego nie przewidział żaden scenariusz.

    Żywa antena tworzy wspólnotę chwili. Tysiące osób słyszą ten sam głos w tym samym momencie, chociaż znajdują się w różnych samochodach, domach i miastach. Nagranie może być doskonalsze technicznie, ale nie ma już ryzyka teraźniejszości. W radiu na żywo odbiorca uczestniczy w czymś, co powstaje również dla niego i przy nim.

    Nieprzewidywalność trzeba jednak dawkować. Jeśli wszystko jest zapisane co do sylaby, audycja traci oddech. Gdy nic nie jest przygotowane, swoboda szybko zamienia się w chaos, a chaos rzadko bywa tak fascynujący, jak sądzi prowadzący, który go właśnie wyprodukował.

    Dobry program na żywo potrzebuje konstrukcji wystarczająco mocnej, by utrzymać sens, i dostatecznie elastycznej, by dopuścić życie. W Nocnym Patrolu teraźniejszość była oczywista. Jechałem, widziałem, sprawdzałem i mówiłem. Dzisiaj przestrzegałbym jednak reporterów przed myleniem obecności z epatowaniem dramatem. Człowiek na miejscu wypadku nie staje się rekwizytem tylko dlatego, że dziennikarz ma mikrofon i dobre wejście antenowe.

    Psychologia mediów bez etyki bardzo łatwo zmienia się w instrukcję skuteczniejszego naruszania cudzych granic.

    Uwaga nie jest własnością prowadzącego

    Radiowcy lubią mówić, że „mają słuchacza”. To wygodny język branżowy, ale psychologicznie fałszywy. Uwaga zawsze należy do odbiorcy i może zostać wycofana w dowolnej sekundzie. Słuchacz niczego mi nie obiecywał. Nie podpisał umowy, że wytrzyma pięć minut nudnego monologu tylko dlatego, że ja mam jeszcze dwie kartki tekstu.

    Radio najczęściej towarzyszy innej czynności. Odbiorca prowadzi samochód, pracuje, gotuje, szuka kluczy, rozmawia z dzieckiem albo sprawdza telefon. Jego zasoby poznawcze są ograniczone, a nadawca konkuruje nie tylko z inną stacją, lecz także z całym światem.

    Modele ograniczonej pojemności przetwarzania przekazów medialnych przypominają, że człowiek dysponuje skończoną ilością zasobów potrzebnych do zauważania, rozumienia i zapamiętywania informacji. Z tego powodu większa liczba bodźców nie zawsze oznacza większą uwagę. Szybszy montaż, głośniejszy podkład, cztery nazwiska, pięć liczb i trzy poboczne historie mogą pobudzić, a jednocześnie utrudnić zrozumienie.

    Badania Emmy Rodero nad tempem, intonacją i gęstością informacji w przekazach radiowych prowadzą do praktycznego wniosku, który intuicyjnie zna wielu dobrych prezenterów. Mowa powinna być wystarczająco dynamiczna, aby nie zgubić uwagi, lecz na tyle umiarkowana, by odbiorca zdążył zbudować znaczenie. Szybkość nie zawsze jest energią. Czasem jest jedynie lękiem prowadzącego przed ciszą.

    Dlatego w radiu na żywo potrzebne jest krótkie resetowanie kontekstu. Przypominam, o czym mówimy, nazywam jedną najważniejszą myśl, oddzielam fakt od komentarza i nie zakładam, że każdy słucha od początku. Radio jest strumieniem, do którego ludzie wchodzą w różnych miejscach. Prowadzący musi budować mosty dla spóźnionych, nie zanudzając tych, którzy są z nim od pierwszej minuty.

    Nie ma nudnych tematów, są tematy bez stawki

    Utrzymanie słuchacza nie polega na ciągłym podnoszeniu napięcia. Gdy wszystko jest szokujące, niewiarygodne, przełomowe i już za chwilę, po pewnym czasie nic nie jest ważne. Ludzka uwaga reaguje na niepewność, zmianę oraz obietnicę uzyskania odpowiedzi. Zaufanie reaguje natomiast na to, czy nadawca dotrzymuje złożonej obietnicy.

    Przed wejściem antenowym zadałbym sobie pięć prostych pytań. Do kogo teraz mówię? Dlaczego ten człowiek ma zostać ze mną przez następną minutę? Jaki jeden obraz albo sens powinien zapamiętać? Jaką obietnicę dalszego ciągu składam? W którym momencie ją domknę?

    To mój autorski model pracy, wynikający z doświadczenia radiowego i późniejszego patrzenia na komunikację oczami psychologa. Nie potrzebuję do niego magicznych technik wpływu. Potrzebuję dyscypliny i świadomości, że każde wejście zabiera słuchaczowi fragment uwagi, za który powinien otrzymać coś wartościowego.

    Dobre otwarcie nie musi krzyczeć. Może rozpocząć scenę, nazwać zmianę, zadać uczciwe pytanie albo powiedzieć odbiorcy, dlaczego sprawa dotyczy właśnie jego. Następnie trzeba poprowadzić myśl w czytelnym rytmie, dać jeden konkretny detal i doprowadzić do znaczenia.

    Jeżeli zapowiadam odpowiedź, powinienem jej udzielić. Niedomknięcie bywa sztuką. Notoryczne zwodzenie odbiorcy jest tylko zużywaniem zaufania.

    Każdy format radiowy odpowiada na inną potrzebę

    Poranny program buduje rytuał i orientację. Słuchacz budzi się, sprawdza pogodę, sytuację na drogach, najważniejsze wydarzenia i emocjonalny klimat dnia. Prowadzący nie musi być najzabawniejszą osobą w kraju. Powinien pomóc człowiekowi przejść z prywatnego półsnu do społecznej rzeczywistości. Duet może tu działać znakomicie, jeśli rozmowa ma prawdziwą dynamikę, a nie jest zawodami w głośnym śmianiu się z żartów, których nikt poza studiem nie zrozumiał.

    Drive time, czyli pasmo powrotów, opiera się na użyteczności i regulowaniu napięcia. Kierowca jest zmęczony, przeciążony, czasem zły. Potrzebuje informacji krótkiej, lokalnej i możliwej do zastosowania, ale także głosu, który nie dodaje chaosu do chaosu. Nocny Patrol i Dzienny Patrol wyrastały właśnie z takiej realnej potrzeby, zanim aplikacje zaczęły prowadzić człowieka przez każdy korek.

    Talk radio i phone-in wykorzystują potrzebę uczestnictwa, identyfikacji oraz konfrontowania własnego zdania z opiniami innych. Telefon od słuchacza zmienia audycję z monologu w wydarzenie społeczne. Gospodarz musi jednak potrafić słuchać, nazywać główną myśl rozmówcy i pilnować granic. Upokorzenie dzwoniącego może chwilowo pobudzić publiczność, lecz wszystkich pozostałych uczy, że antena nie jest bezpiecznym miejscem wypowiedzi.

    Newswheel, czyli powtarzalny cykl wiadomości, pogody, ruchu i krótkich rozmów, odpowiada na sposób korzystania z radia informacyjnego. Człowiek wchodzi do strumienia na kilka lub kilkanaście minut. Powtórzenie nie jest tutaj wadą, ale architekturą formatu, pod warunkiem że najważniejsze informacje pozostają klarowne, a kolejne aktualizacje rzeczywiście coś wnoszą.

    Nocna audycja rozmowna działa inaczej. Tempo może zwolnić, pytania mogą stać się głębsze, a cisza przestaje być techniczną katastrofą. Badania nad codziennymi praktykami słuchania prowadzone przez Amandę Krause wskazują, że odbiorcy mogą wiązać radio z komfortem, wspólnotą, relaksem i regulowaniem nastroju. Prezenter nie zastępuje realnej relacji, lecz może sprawić, że samotna przestrzeń nie będzie całkiem pusta.

    Reportaż i feature radiowy uruchamiają uwagę narracją, bohaterem, konfliktem, dźwiękiem i zmianą. Tutaj odbiorcy nie zatrzymuje konkursowe pytanie, lecz potrzeba poznania dalszego losu człowieka. Format muzyczny z wyrazistym prowadzącym opiera się natomiast na kuratorstwie i tożsamości. Słuchacz może znaleźć piosenkę sam, ale wraca do osoby, której gust, wiedza i sposób opowiadania pomagają mu tę piosenkę przeżyć.

    Słuchacza przy mikrofonie utrzymuje się słuchaniem

    Jeżeli mówiąc o słuchaczu przy mikrofonie, mam na myśli także osobę, która dodzwoniła się do programu, najważniejszym narzędziem prowadzącego nie jest kolejne pytanie. Jest nim dowód, że poprzednia odpowiedź została naprawdę usłyszana.

    Używam imienia, krótko odzwierciedlam sens wypowiedzi, dopytuję o jeden konkret i pozwalam sobie na sekundę ciszy. Rozmówca nie może czuć, że stał się tylko trampoliną do następnej efektownej kwestii gospodarza.

    Na żywo szczególnie łatwo pomylić dynamikę z przerywaniem. Dobre tempo rozmowy nie polega na tym, że nikt nie kończy zdania. Powstaje wtedy, gdy pytanie prowadzi do odpowiedzi, odpowiedź wpływa na kolejne pytanie, a odbiorca słyszy rozwój rozmowy, nie odczytywanie przygotowanej listy.

    Psycholog powiedziałby, że człowiek angażuje się mocniej, gdy doświadcza sprawczości i bycia rozumianym. Radiowiec może powiedzieć to prościej. Najlepsza rozmowa zaczyna się wtedy, gdy prowadzący przestaje czekać wyłącznie na własną kolej mówienia.

    Dane pokazują zasięg, ale nie tłumaczą całej więzi

    Według danych Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w drugim kwartale 2026 roku radia słuchało codziennie blisko 63 procent Polaków w wieku od 15 do 75 lat, czyli około 18,4 miliona osób. Przeciętny czas słuchania wynosił cztery godziny i siedem minut. Te liczby przeczą łatwej opowieści o śmierci radia. Pokazują również, że walka o uwagę nie dotyczy medium marginalnego.

    Jako badacz nie zatrzymałbym się jednak na zasięgu i udziale w czasie słuchania. Pytałbym, w której minucie ludzie odchodzą, po jakim typie wejścia wracają, jakie tematy uruchamiają telefony, czy odbiorcy zapamiętują główną informację i czy potrafią rozpoznać wartości programu. W transmisji internetowej można analizować retencję, momenty odpływu, ponowne uruchomienia i aktywność wokół audycji. W klasycznym radiu pozostają badania słuchalności, eksperymenty programowe, dzienniczki, telefony, wiadomości i jakościowe rozmowy ze słuchaczami.

    Żaden wskaźnik nie powinien jednak udawać człowieka. Wysokie pobudzenie może zatrzymać odbiorcę, ale nie musi budować zaufania. Kontrowersja potrafi zwiększyć liczbę komentarzy, a jednocześnie obniżyć wiarygodność prowadzącego. Psychologia mediów pomaga interpretować dane, ponieważ pyta nie tylko, czy słuchacz został, lecz także w jakim stanie emocjonalnym został i co zabrał ze sobą po wyłączeniu odbiornika.

    Psychologia mediów nie jest nazwą manipulacji

    Wiedzę o uwadze można wykorzystać do klarowniejszego informowania albo do konstruowania coraz skuteczniejszych przynęt. Wiedzę o emocjach da się zastosować, by odpowiedzialnie opowiedzieć o tragedii, albo by wycisnąć z niej kilka minut sensacji. Mechanizm może być podobny, lecz intencja, sposób użycia i konsekwencje pozostają zupełnie inne.

    Jako psycholog i dawny reporter uważam, że skuteczność nie może być jedynym kryterium dobrej pracy medialnej. Prowadzący wpływa na pobudzenie odbiorcy, jego poczucie zagrożenia, ocenę innych ludzi i społeczną temperaturę rozmowy. W sytuacji kryzysu powinien oddzielać fakty od hipotez, unikać niepotrzebnej drastyczności, nie diagnozować ludzi na odległość i nie zmieniać cudzego cierpienia w dekorację własnego programu.

    Paradoksalnie właśnie takie ograniczenia pomagają budować długotrwałą uwagę. Odbiorca może na chwilę zatrzymać się przy krzyku, ale wraca do miejsca, w którym spodziewa się sensu. Radio nie wygra z algorytmami, stając się bardziej agresywnym algorytmem. Może wygrać żywą odpowiedzialnością, lokalnością, niepowtarzalnością chwili i głosem, który potrafi być blisko bez przekraczania granic.

    Krzyk zatrzymuje na moment. Wiarygodność przyprowadza słuchacza jutro.

    Po drugiej stronie mikrofonu zawsze jest jedna osoba

    Badania pokazują miliony słuchaczy, lecz przy mikrofonie nie wolno mówić do milionów. Tłum nie ma kuchni, samochodu, bezsennej nocy ani drogi do domu. Ma je pojedynczy człowiek. To właśnie do niego mówię.

    Psychologia mediów daje dziennikarzowi język potrzebny do zrozumienia tego, co dobry radiowiec często przeczuwał intuicyjnie. Uwaga jest ograniczona. Głos tworzy pierwsze wrażenie szybciej niż argument. Wyobraźnia słuchacza stanowi część przekazu. Powtarzalność buduje rytuał. Autentyczność nie oznacza braku przygotowania. Napięcie wymaga domknięcia. Relacja jest ważniejsza od popisu, a słuchanie bywa potężniejszym narzędziem niż mówienie.

    Gdybym miał dzisiaj ponownie zapalić czerwone światło i rozpocząć program na żywo, przygotowałbym fakty, konstrukcję oraz pierwsze zdanie. Resztę zostawiłbym uważności. Bo słuchacza nie utrzymuje się przy radiu siłą. Daje mu się powód, żeby został.

    Radio zaczyna się przy mikrofonie, ale wydarza się dopiero w człowieku.

    Robert Erben Błaszczyk

    Psycholog, psychotraumatolog, dziennikarz i badacz mediów, twórca Nocnego Patrolu, Dziennego Patrolu i Powietrznego Patrolu Radia Klakson.

    Wybrane źródła i opracowania

    American Psychological Association, Society for Media Psychology and Technology, materiały dotyczące zakresu psychologii mediów

    Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, „Ranking liderów rynku radiowego w II kwartale 2026”, 16 lipca 2026

    Komitet Badań Radiowych, „Raport RADIO 2025”

    McAleer P., Todorov A., Belin P., „How Do You Say ‘Hello’? Personality Impressions from Brief Novel Voices”, PLOS ONE, 2014

    Rodero E., „See It on a Radio Story. Sound Effects and Shots to Evoked Imagery and Attention on Audio Fiction”, Communication Research, 2012

    Rubin A. M., Step M. M., „Impact of Motivation, Attraction, and Parasocial Interaction on Talk Radio Listening”, Journal of Broadcasting and Electronic Media, 2000

    Spangardt B., Ruth N., Schramm H., „How Radio Presenter Personalities Influence Listeners’ Interactions with Radio Stations”, Journal of Radio and Audio Media, 2016

    Krause A. E., „The Role and Impact of Radio Listening Practices in Older Adults’ Everyday Lives”, Frontiers in Psychology, 2020

  • Człowiek po drugiej stronie piosenki

    Człowiek po drugiej stronie piosenki

    Są takie formaty radiowe, których nie da się łatwo wpisać do tabeli. Nie są czystym talk-show, bo między rozmowami pojawia się muzyka. Nie są zwykłą playlistą, bo piosenka nie jest tam tapetą, tylko odpowiedzią, komentarzem, czasem puentą. Nie są terapią, choć ludzie mówią w nich o samotności, strachu, miłości, żalu, pracy, zdradzie, drodze, zmęczeniu i nadziei. Nie są też tylko rozrywką, bo w środku nocy, gdy ktoś dzwoni do radia, zwykle nie robi tego wyłącznie dlatego, że chce wygrać kubek z logo stacji.

    To jest radio interaktywne w najstarszym, najbardziej ludzkim sensie. Człowiek przed mikrofonem. Telefon. Słuchacz albo słuchaczka po drugiej stronie. Piosenka przed rozmową, piosenka po rozmowie. Trochę jak ognisko w eterze, trochę jak konfesjonał popkultury, trochę jak nocna stacja benzynowa, w której kawa jest za mocna, ale rozmowa trafia dokładnie tam, gdzie trzeba.

    W polskiej wyobraźni najbliżej takiego radia bywa „Przystanek Alaska”. Fikcyjna stacja KBHR z Cicely i Chris Stevens, filozoficzny didżej, który potrafił między utworami mówić o Whitmanie, Jungowskich cieniach, życiu w miasteczku, pogodzie, śmierci, pożądaniu i sensie istnienia. Formalnie to była radiowa fantazja scenarzystów. Psychologicznie była jednak czymś bardzo prawdziwym. Pokazywała radio jako centrum wspólnoty, nie jako maszynę do emisji hitów.

    Format, którego nie nazwano do końca

    W klasycznych podręcznikach radiowych można znaleźć kilka osobnych pojęć. Talk radio oznacza audycję opartą na rozmowie. Call-in show zakłada udział słuchaczy dzwoniących na antenę. Request show pozwala zamawiać piosenki i dedykacje. Freeform radio daje prowadzącemu swobodę doboru muzyki i tematów. Personality radio opiera się na silnej osobowości gospodarza. Advice radio wprowadza element porady, często emocjonalnej, zdrowotnej albo relacyjnej.

    Interaktywne radio, o którym tu mowa, łączy to wszystko, ale nie jest żadną z tych rzeczy osobno. Jego siłą nie jest format, lecz obecność. Prowadzący nie tylko zapowiada piosenki. On jest kimś, kto siedzi przy mikrofonie w imieniu wszystkich tych, którzy jadą nocą, nie mogą spać, wracają z pracy, dyżurują, chorują, tęsknią albo po prostu chcą usłyszeć, że za szkłem studia ktoś jeszcze oddycha w tym samym czasie.

    To dlatego najważniejszym narzędziem takiego radia nie jest mikrofon. Jest nim próg. Prowadzący decyduje, kogo wpuścić na antenę, jak długo pozwolić mówić, kiedy odciążyć rozmowę muzyką, kiedy przerwać, kiedy ochronić słuchacza przed nim samym, a kiedy pozwolić mu wypowiedzieć zdanie, które będzie ważniejsze niż cały blok reklamowy.

    Amerykańska noc i telefon z ciemności

    Historia amerykańskiego radia zna wiele takich postaci. Long John Nebel prowadził nocne rozmowy o UFO, zjawiskach paranormalnych, spiskach i dziwnościach świata. W latach 50. i 60. jego audycje miały klimat intelektualnego lunaparku. Słuchacz nie zawsze wiedział, czy trafia do salonu dyskusyjnego, czy do namiotu iluzjonisty, ale wiedział, że nie słucha produktu z taśmy.

    Herb Jepko poszedł w inną stronę. Jego „Nitecap” był nocnym, życzliwym, telefonicznym radiem dla ludzi, którzy potrzebowali towarzystwa. Bez polityki, bez religijnych walk, bez wrzasku. Bardziej kuchenny stół niż ring bokserski. Ten model jest ważny, bo pokazuje, że interaktywność nie musi oznaczać agresji. Może oznaczać troskę, obecność i rytuał wspólnego trwania do rana.

    Potem przyszedł Larry King ze swoim nocnym programem, w którym rozmowa z gościem przechodziła w telefony od słuchaczy, a później w otwarte pasmo dla ludzi chcących mówić o wszystkim. Ameryka uczyła się wtedy, że radio może być wielkim pokojem rozmów, zanim internet wymyślił fora, czaty, komentarze i live’y.

    Była też druga odnoga tej tradycji, bardziej emocjonalna i muzyczna. Delilah stworzyła nocny format oparty na telefonach, historiach miłosnych, dedykacjach i piosenkach dobranych do przeżyć słuchaczy. To nie było radio informacyjne. To było radio afektywne. Piosenka nie pojawiała się dlatego, że wynikała z rotacji. Pojawiała się dlatego, że ktoś właśnie opowiedział o rozstaniu, powrocie, dziecku, żałobie albo randce sprzed trzydziestu lat.

    Jeszcze inny wariant przyniosło „Loveline”, gdzie młodzi ludzie dzwonili z pytaniami o seks, relacje, uzależnienia, wstyd i rodzinne chaosy. To już nie była poetycka dedykacja, lecz coś bliższego popkulturowej psychoedukacji. Prowadzący balansowali między humorem, wiedzą medyczną i surowością anteny, która musi utrzymać uwagę, a jednocześnie nie może udawać gabinetu.

    „Coast to Coast AM” z Artem Bellem pokazało natomiast, że nocne radio może stać się osobnym krajem. Swoją drogą do dzisiaj słucham tej świetnej audycji, głównie w sobotnie poranki za pośrednictwem aplikacji radia K2. Tu od zawsze tematy paranormalne, teorie spiskowe, opowieści słuchaczy, głos prowadzącego i późna godzina tworzyły środowisko, w którym radio nie tyle informowało o świecie, ile otwierało drzwi do alternatywnej wyobraźni. Można się z tym spierać, można kręcić nosem, ale nie sposób odmówić temu formatowi jednego, rozumiał noc lepiej niż niejeden dzienny newsroom.

    Dlaczego telefon działał inaczej niż komentarz

    Telefon w radiu był bramą. Trzeba było zadzwonić, poczekać, przejść przez wydawcę, zostać wpuszczonym, usłyszeć własny głos w słuchawce i wiedzieć, że za moment usłyszą go inni. To wytwarzało napięcie. Każdy telefon miał wagę. Każda rozmowa miała dramaturgię. Słuchacz nie był jednym z tysiąca migających nicków, lecz osobą, która dostała antenę.

    Dzisiejsze live’y w mediach społecznościowych są szybsze, bardziej demokratyczne i bardziej chaotyczne. Facebook Live, YouTube Live, Twitch czy TikTok LIVE pozwalają reagować natychmiast. Widz pisze komentarz, daje serduszko, wysyła prezent, prosi o odpowiedź, wchodzi w spór z innymi. Interakcja dzieje się nie przez bramę, lecz przez zalew. Dawne radio miało jedną linię telefoniczną i jednego człowieka na antenie. Live ma chat, algorytm, powiadomienia, emotikony, presję liczby widzów i bezlitosny zegar utrzymania uwagi.

    To ogromna różnica psychologiczna. Telefon tworzył kontakt pionowy, tu człowiek mówi do prowadzącego, a wspólnota słucha. Chat tworzy kontakt roju, gdzie wszyscy mówią obok siebie, a prowadzący próbuje wyławiać sens z poruszającej się ściany znaków. W radiu słuchacz mógł zostać zapamiętany po głosie. W social live bywa zapamiętany po nicku, awatarze albo kwocie wsparcia.

    Dlatego social live jest potomkiem radia, ale nie jest jego prostym następcą. To raczej radio po eksplozji kamery. Ma natychmiastowość, ale często traci intymność. Ma zasięg, ale często gubi skupienie. Ma komentarze, ale rzadziej ma rozmowę.

    Polski słuchacz po latach prywatnej radiofonii

    Polska prywatna radiofonia ruszyła z impetem transformacji. Dolnośląski Frank, RTF-FM, Radio Serc we Wrocławiu, obok ogólnopolskich RMF FM i Radio ZET były dziećmi początku lat 90., wolnego rynku, nowych technologii, reklam, jingli, szybkiej informacji i charyzmatycznych ludzi anteny. Wychowały słuchacza, który przyzwyczaił się do tempa, skrótu, hitu, konkursu, serwisu, poranka prowadzonego przez duet albo zespół, dynamicznego wejścia i mocnego znaku stacji.

    To była wielka szkoła radiowej sprawności. Nauczyła Polaków, że radio jest blisko, szybko reaguje, jedzie z nami samochodem i potrafi być częścią dnia. Równocześnie przyzwyczaiła wielu odbiorców do radia jako tła. Piosenka, informacja, pogoda, żart, reklama, kolejna piosenka. Dużo rytmu, mniej oddechu. Dużo energii, mniej długiej rozmowy.

    Nie znaczy to, że polski słuchacz nie chce rozmowy. Przeciwnie. Sukcesy audycji autorskich, podcastów, internetowych stacji wspieranych przez społeczności, TOK FM, Radia Nowy Świat czy Radia 357 pokazują, że istnieje grupa odbiorców, która pragnie głosu, osobowości, sensu i dłuższej formy. Tyle że to nie zawsze jest masowy słuchacz głównego pasma komercyjnego. To raczej słuchacz wybrany, lojalny, bardziej wymagający, czasem starszy, czasem zmęczony nadmiarem bodźców, a czasem młody, ale już przesycony algorytmicznym fast foodem.

    W 2026 roku taki format w Polsce mógłby się sprawdzić, ale pod warunkiem, że nie udawałby porannego radia ani TikToka. Musiałby wiedzieć, czym jest. Najlepiej działałby wieczorem albo nocą. Musiałby mieć wyrazistego gospodarza, muzykę z sensem, bezpieczny system dopuszczania rozmów, obecność psychologa lub psychoedukatora, ale bez udawania terapii na antenie. Musiałby mieć także drugie życie w internecie, podcast, krótkie fragmenty wideo, live chat, newsletter, społeczność i możliwość zostawiania wiadomości głosowych.

    Nocny Patrol jako polska odmiana bliskości

    Tego nie mogłem sobie tu odmówić. I w tym miejscu pojawia się „Nocny Patrol”. Nie jako kopia amerykańskiego formatu, lecz jako polska, lokalna i drogowa odmiana radia obecności. Wrocław, Radio Klakson, noc, samochód, autostrada, telefon, głos reportera, komunikaty z drogi, wypadki, ostrzeżenia, ludzie wracający do domu. To nie było radio siedzące wygodnie w studiu i opowiadające o świecie z bezpiecznej odległości. To było radio, które miało asfalt pod butami.

    „Nocny Patrol” nie był klasycznym call-in show w stylu amerykańskiego nocnego telefonu. Miał jednak tę samą zasadę psychologiczną, bo słuchacz czuł, że ktoś jest po drugiej stronie. Ktoś czuwa. Ktoś słyszy drogę. Ktoś może powiedzieć, gdzie jest wypadek, gdzie korek, gdzie nie jechać, ale też przypomnieć, że za kierownicą siedzi człowiek, nie punkt na mapie.

    To ważne, bo polskie radio bardzo często było świetne w dynamice, ale nie zawsze umiało zatrzymać się przy doświadczeniu słuchacza. „Nocny Patrol” miał w sobie coś, co dziś nazwalibyśmy radiową empatią sytuacyjną. Nie musiał mówić językiem psychologii, żeby dotykać psychologii. Każda nocna droga jest przecież stanem psychicznym. Samotność kierowcy, adrenalina po wypadku, lęk przed telefonem z policji, ulga po powrocie, zmęczenie, które oszukuje człowieka bardziej niż zła pogoda.

    W tym sensie „Nocny Patrol” może być pomostem do współczesnego formatu. Nie chodzi o nostalgię. Chodzi o odzyskanie pewnej funkcji radia, aby być z człowiekiem wtedy, kiedy człowiek jest pomiędzy. Pomiędzy miastami. Pomiędzy decyzjami. Pomiędzy piosenkami. Pomiędzy „dam radę” i „nie wiem, czy dam radę”.

    Nocne rozmowy i psychologia na antenie

    W Polsce istnieją przykłady audycji, które pokazują, że noc i psychologia pasują do siebie naturalnie. „Dobra Terapia” w TOK FM zaprasza słuchaczy do zadawania pytań i dzielenia się historiami dotyczącymi zdrowia psychicznego. Polskie Radio Kierowców mówiło o popularności „Nocnej Zmiany”, czyli nocnych rozmów terapeutycznych z udziałem słuchaczy, dotyczących samotności w trasie, depresji, tęsknoty za rodziną, alkoholizmu, lekomanii czy narkomanii wśród zawodowych kierowców.

    To są tropy bardzo ważne. Pokazują, że radio psychologiczne nie musi być akademickim wykładem ani miękkim poradnikiem z pastelową okładką. Może być rozmową. Może być dyżurem emocjonalnym. Może być przestrzenią, w której człowiek nie otrzymuje diagnozy, ale dostaje język do opisania własnego stanu.

    Granica jest tu jednak święta. Jako psycholog tym razem, a nie tylko dziennikarz, muszę to zastrzec… Radio nie jest gabinetem. Prowadzący nie powinien prowadzić terapii na antenie, rozpoznawać zaburzeń po trzech zdaniach ani robić z cudzego kryzysu widowiska. Dobry format psychologiczno-radiowy potrzebuje jasnych zasad, czyli na wyczucie podaję anonimowości, opóźnienia emisyjnego, zgód, wydawcy, numerów pomocowych, procedur kryzysowych i języka, który wspiera, ale nie zawłaszcza.

    Czy Polska jest gotowa na nowe interaktywne radio

    Odpowiedź brzmi tak, ale nie wszędzie i nie dla wszystkich. Taki program nie powinien walczyć z RMF FM o masowego słuchacza w środku dnia. Nie wygra z playlistą, pogodą, szybkim newsem i humorem poranka. Jego miejsce jest gdzie indziej. Wieczór. Noc. Internet. Auto. Podcast. Społeczność. Ludzie, którzy nie chcą kolejnego krzykliwego live’a, ale chcą głosu, który nie spieszy się z puentą.

    Format mógłby wyglądać tak, gdzie prowadzący z doświadczeniem radiowym i psychologicznym siada wieczorem przed mikrofonem. Ma przygotowane tematy, ale nie trzyma się ich kurczowo. Między utworami rozmawia z ludźmi przez telefon, WhatsApp, wiadomości głosowe i komentarze z transmisji. Jedna rozmowa dotyczy rozstania. Druga wypalenia zawodowego. Trzecia wspomnienia z drogi. Czwarta pytania, dlaczego człowiek w piątek wieczorem czuje pustkę, chociaż tydzień czekał na wolne.

    Muzyka nie jest przypadkowa. Każda piosenka staje się mostem. Po trudnej rozmowie nie wchodzi przypadkowy przebój z rotacji, tylko utwór, który daje przestrzeń. Po rozmowie lekkiej może pojawić się coś z uśmiechem. Po historii drogowej wraca temat podróży, nocy, miasta, świateł, autostrady.

    To byłoby radio dla ludzi, którzy dorastali z FM-em, ale dziś żyją w świecie streamingu. Dla tych, którzy pamiętają głos z odbiornika, lecz mają telefon w dłoni. Dla słuchaczy, którzy mogą oglądać live, ale czasem wolą tylko słuchać. Dla osób, które nie potrzebują kolejnej twarzy mówiącej do kamery, tylko obecności, której można towarzyszyć w kuchni, w aucie, w łóżku, na dyżurze, na nocnej zmianie.

    Przewaga radia nad live’em

    Radio ma jedną przewagę nad social mediami, której nie wolno lekceważyć. Nie żąda od słuchacza całego ciała. Live chce oczu, reakcji, komentarza, kliknięcia, obecności na ekranie. Radio pozwala być obok. Można prowadzić, gotować, iść, patrzeć w okno, milczeć. To medium mniej natarczywe, a przez to bardziej intymne.

    W świecie nadmiaru obrazów radio może wrócić jako luksus niewidzialności. Głos nie rozprasza tak jak twarz. Dźwięk zostawia miejsce na własną wyobraźnię. Telefoniczna rozmowa nie musi konkurować z filtrem, kadrem, fryzurą i światłem. W dobrym radiu człowiek słyszy nie tylko prowadzącego, ale też samego siebie.

    Interaktywne radio przyszłości nie powinno więc kopiować TikToka. Powinno robić to, czego TikTok nie umie robić długo: słuchać. Powinno korzystać z technologii, ale nie oddawać jej duszy programu. Chat może być dodatkiem. Kamera może być oknem. Podcast może być archiwum. Sednem nadal pozostaje głos i rozmowa.

    Powrót człowieka przy mikrofonie

    Być może właśnie teraz, po latach automatyzacji, formatowania, rotacji i algorytmów, wraca potrzeba radia osobowości. Nie celebryty, który zagłusza słuchacza własnym ego. Nie eksperta, który mówi z katedry. Raczej gospodarza, który potrafi być przewodnikiem po piosenkach i ludzkich sprawach. I nie AI DJ’a z cudnym głosem i subtelnością odkurzacza. Ok, ja też uważam, że jest w tym przyszłość. Lecz nie aż tak subtelna.

    Taki prowadzący musi umieć więcej niż mówić. Musi słyszeć. Musi wytrzymać pauzę. Musi wiedzieć, kiedy żart ocala rozmowę, a kiedy ją niszczy. Musi rozumieć, że telefon do radia bywa aktem odwagi. Powinien mieć temperament narratora, refleks reportera, uważność psychologa i pokorę człowieka, który wie, że antena nie jest prywatnym tronem.

    W tym sensie format z „Przystanku Alaska” nie jest starą fantazją o radiu, które przeminęło. Jest zapowiedzią czegoś, co może wrócić w nowej postaci. Małe studio, duży świat. Piosenka, rozmowa, głos, człowiek. Radio, które nie tylko nadaje, ale odbiera.

    Bo może najważniejsze pytanie nie brzmi dziś, czy ludzie chcą jeszcze słuchać radia. Dane pokazują, że słuchają. Ważniejsze pytanie brzmi, czy radio chce jeszcze słuchać ludzi.

    A chce?

    Robert J Błaszczyk

  • Radio nie umiera. Zmienia się tylko człowiek, który słucha

    Radio nie umiera. Zmienia się tylko człowiek, który słucha

    Są takie dźwięki, które zostają w człowieku na zawsze

    Są takie dźwięki, których człowiek nie zapomina, nawet jeśli bardzo by chciał. Dźwięk radiowego szumu nocą, kiedy gdzieś między Wrocławiem a Opolem próbowałem złapać czysty sygnał. Głos dyżurnego, który mówił krótko, bo w takich chwilach nikt nie miał czasu na ozdobniki. Sygnał karetki, który zbliżał się szybko, a potem nagle milkł gdzieś za zakrętem. Trzask mikrofonu. Mokry asfalt. Cisza po wypadku, która potrafiła być bardziej brutalna niż huk samego zderzenia.

    Dzisiaj jestem psychologiem, psychotraumatologiem, onegdaj dziennikarzem z wykształcenia i autorem stron takich jak psycholog.CLICK oraz erben.pl. Nie pracuję już zawodowo w radiu. Radio Klakson nie nadaje od wielu lat, a Nocny Patrol jest dla mnie historią. Ważną, osobistą, czasem trudną, ale jednak historią. Nie chcę udawać, że nadal siedzę w tamtym Jeepie z mikrofonem w ręce. Nie siedzę. Dziś siedzę raczej przy biurku, przy człowieku, przy jego lęku, traumie, pamięci i sposobach radzenia sobie ze światem.

    A jednak, kiedy myślę o przyszłości radia, nie potrafię myśleć o niej wyłącznie jak o technologii. Dla mnie radio zawsze było czymś więcej niż nadajnikiem, odbiornikiem, częstotliwością czy formatem emisji. Było głosem, który pojawiał się wtedy, kiedy człowiek zostawał sam ze swoją trasą, zmęczeniem, nocą, niepokojem albo zwykłą potrzebą, by ktoś po drugiej stronie powiedział jestem, słyszysz mnie, jedziemy dalej.

    Radio w samochodzie było kiedyś oczywistością, dziś musi walczyć o miejsce na ekranie

    Kiedyś człowiek wsiadał do samochodu i radio po prostu było. Nie trzeba było go szukać w menu, parować telefonu, logować się do aplikacji ani zastanawiać się, czy zasięg danych komórkowych wytrzyma następną godzinę jazdy. Przekręcało się kluczyk, zapalały się kontrolki, a wraz z nimi odzywał się głos. Czasem muzyka, czasem wiadomości, czasem prowadzący, którego człowiek znał tylko z anteny, a mimo to miał wrażenie, że zna go osobiście.

    Dzisiaj samochód stał się czymś zupełnie innym. Coraz mniej przypomina pojazd z radiem, a coraz bardziej komputer na kołach, w którym ekran główny jest miejscem nieustannej konkurencji. Radio stoi tam obok Spotify, Apple Music, YouTube Music, podcastów, audiobooków, nawigacji, komunikatorów i aplikacji producenta samochodu. Właśnie dlatego przyszłość radia w samochodzie nie zależy już tylko od tego, czy wygra FM, DAB, czy internet. Ona zależy od tego, czy radio będzie widoczne, proste i obecne w kokpicie współczesnego auta.

    To jest dla mnie bardzo ważne, bo przez lata radio miało uprzywilejowaną pozycję psychologiczną. Było pierwszym wyborem nie dlatego, że zawsze było najlepsze, ale dlatego, że było najbliżej. Dzisiaj, jeśli radio zostanie schowane trzy kliknięcia głębiej niż aplikacja streamingowa, wielu młodszych kierowców po prostu go nie wybierze. Nie z buntu. Nie z pogardy dla tradycji. Po prostu dlatego, że człowiek w ruchu wybiera to, co jest łatwiejsze.

    Świat nadal słucha radia, ale słucha go inaczej

    Najciekawsze jest to, że mimo wszystkich przepowiedni o końcu radia, radio wcale nie zniknęło. W samochodzie nadal ma ogromne znaczenie, zwłaszcza tam, gdzie liczy się prostota, lokalność, informacje drogowe, wiadomości i poczucie natychmiastowego kontaktu z rzeczywistością. W Stanach Zjednoczonych AM/FM pozostaje bardzo mocne w samochodzie, choć równocześnie rośnie znaczenie streamingu, podcastów i systemów takich jak Apple CarPlay czy Android Auto. Edison Research w badaniu Infinite Dial 2025 wskazywał, że podcasty osiągnęły w USA rekordowy poziom konsumpcji, co dobrze pokazuje, że rynek audio nie maleje, lecz coraz bardziej się rozwarstwia.

    W Wielkiej Brytanii, gdzie radio cyfrowe jest dużo mocniej zakorzenione, Ofcom pokazywał w 2025 roku, że ponad połowa czasu słuchania audio w samochodzie nadal przypada na radio na żywo, choć streaming muzyczny zajmuje już bardzo dużą część tego samego samochodowego czasu. To nie jest śmierć radia. To jest przeprowadzka radia do bardziej zatłoczonego domu.

    I właśnie tak ja to widzę. Radio nie znika, ale przestaje być jedynym lokatorem w głowie kierowcy. Kiedyś miało kuchnię, salon i klucze do drzwi. Dzisiaj mieszka w bloku pełnym aplikacji, algorytmów i powiadomień.

    Europa postawiła na DAB+, ale człowiek nadal szuka głosu

    Europa jest najważniejszym regionem dla DAB. W wielu krajach radio cyfrowe rozwija się bardzo mocno, szczególnie w Wielkiej Brytanii, Norwegii, Niemczech, Szwajcarii czy we Włoszech. Ważnym momentem było również unijne wymaganie, zgodnie z którym radioodbiorniki montowane w nowych samochodach sprzedawanych w Unii Europejskiej od 21 grudnia 2020 roku muszą umożliwiać odbiór cyfrowego radia naziemnego, jeśli samochód jest wyposażony w radio.

    To jest ogromna zmiana regulacyjna i technologiczna. DAB daje więcej stacji, stabilniejszą jakość odbioru, dodatkowe informacje tekstowe, logotypy, dane o audycjach i większą efektywność wykorzystania pasma. WorldDAB od lat pokazuje, że cyfrowe radio naziemne jest dla wielu nadawców sposobem na utrzymanie silnej pozycji broadcastu w epoce internetu.

    Ale ja, patrząc na to jako psycholog, nie wierzę, że sama technologia wystarczy. Człowiek nie przywiązuje się do standardu emisji. Człowiek przywiązuje się do doświadczenia. Do głosu. Do rytuału. Do tego, że o siódmej rano ktoś mówi do niego znajomym tonem, że na drodze jest korek, że będzie deszcz, że wydarzyło się coś ważnego, że świat jeszcze istnieje poza ekranem telefonu.

    DAB może pomóc radiu przetrwać jako systemowi. Ale tylko człowiek po drugiej stronie mikrofonu może sprawić, że radio przetrwa jako relacja.

    Ameryka, Japonia i Europa pokazują trzy różne przyszłości radia

    Kiedy patrzę na świat, widzę trzy różne drogi. Ameryka nadal mocno trzyma się AM/FM, ale jednocześnie bardzo szybko rozwija streaming, podcasty, SiriusXM i audio w samochodach połączonych z internetem. Europa rozwija DAB jako cyfrowy broadcast, lecz równocześnie nie ucieknie przed aplikacjami i personalizacją. Japonia z kolei pokazuje bardzo ciekawy model, w którym klasyczne stacje radiowe żyją dalej, ale coraz mocniej przez internet i platformę radiko.

    Radiko jest dla mnie szczególnie interesujące, bo pokazuje przyszłość radia nie jako zerwanie z tradycją, lecz jako jej cyfrowe przedłużenie. Japoński słuchacz może korzystać z radia przez smartfon i komputer, a funkcje typu time-free pozwalają wracać do audycji z ostatnich dni, podczas gdy area-free umożliwia dostęp do stacji spoza lokalnego regionu w modelu rozszerzonym.

    To jest bardzo ważna lekcja. Ludzie nie zawsze chcą porzucać marki radiowe, które znają. Często chcą tylko słuchać ich inaczej. W swoim czasie. W swoim miejscu. Na własnych warunkach.

    Największym przeciwnikiem radia nie jest internet, tylko niewidzialność

    Przez lata mówiło się, że internet zabije radio. Nie wierzę w to. Internet nie zabił radia, tylko rozbił dawny monopol radia na obecność audio w życiu człowieka. Prawdziwym zagrożeniem nie jest sam streaming, tylko utrata widoczności, łatwości dostępu i emocjonalnej więzi.

    Jeśli młody człowiek wsiada dziś do samochodu i na ekranie widzi najpierw mapę, potem Spotify, potem telefon, potem podcasty, a radio znajduje dopiero gdzieś dalej, to nie trzeba żadnej wielkiej rewolucji, żeby radio zaczęło znikać z jego nawyków. Ono nie zniknie dlatego, że przegrało intelektualny spór o jakość dźwięku. Zniknie dlatego, że nikt go nie kliknął.

    I to jest dla mnie smutne, bo radio przez dekady było medium pierwszego odruchu. Człowiek nie musiał go szukać. Ono czekało.

    Podcasty nie są wrogiem radia. One przypomniały, że człowiek chce słuchać historii

    Podcasty fascynują mnie jako psychologa. Przez lata mówiono, że ludzie tracą zdolność koncentracji, że potrzebują coraz krótszych treści, coraz szybszych bodźców, coraz mocniejszych obrazów. A potem nagle okazało się, że miliony ludzi na świecie potrafią słuchać godzinnych, dwugodzinnych, a nawet dłuższych rozmów. Słuchają w samochodzie, w łóżku, podczas spaceru, w pracy, w samotności.

    To nie jest przypadek. Podcasty pokazały, że człowiek nadal potrzebuje narracji. Potrzebuje cudzego głosu, ale niekoniecznie w sztywnym czasie ramówki. Potrzebuje opowieści, ale chce decydować, kiedy ją włączy. W tym sensie podcasty nie są przeciwieństwem radia. Są jednym z dowodów na to, że radio miało rację od początku: głos jest potężnym nośnikiem bliskości.

    Jako autor Psycholog.CLICK widzę w tym coś jeszcze. W świecie przeładowanym obrazem audio może być dla wielu ludzi formą odpoczynku. Głos nie wymaga patrzenia. Nie błyska. Nie przewija się w nieskończoność jak krótki film. Może prowadzić człowieka spokojniej. Może być tłem, ale może też być spotkaniem.

    Po tylu latach wiem, że dźwięk potrafi wracać jak wspomnienie ciała

    Nie chcę robić z przeszłości legendy. Nocny Patrol był częścią mojego życia, ale nie był romantyczną przygodą z mikrofonem. Były tam emocje, odpowiedzialność, adrenalina, ale były też obrazy i dźwięki, które człowiek potem nosi w sobie bardzo długo. Czasem zbyt długo.

    Dziś, jako psychotraumatolog, lepiej rozumiem to, czego wtedy nie umiałem jeszcze nazwać. Rozumiem, że organizm zapisuje doświadczenia nie tylko w myślach, ale także w ciele. W napięciu mięśni. W reakcji na syrenę. W nagłym ściśnięciu żołądka, kiedy nocą słyszy się hamowanie na mokrej ulicy. PTSD nie zawsze wygląda jak filmowa scena załamania. Czasem jest powrotem czegoś, co już dawno miało być zamknięte.

    Może właśnie dlatego tak poważnie traktuję radio. Bo wiem, że głos może nie tylko informować. Może uspokajać, ostrzegać, prowadzić, zatrzymywać człowieka przed błędem, dawać mu poczucie, że nie jest całkiem sam. Ja to przeżyłem nie jako teoria medioznawcza, lecz jako życie.

    Przyszłość radia będzie hybrydowa albo nie będzie jej wcale

    Nie wierzę w prostą przyszłość, w której wygra tylko DAB albo tylko internet. Świat jest zbyt skomplikowany, a człowiek zbyt różnorodny. Radio przyszłości będzie hybrydowe. Będzie działało z anteny, przez internet, w aplikacji, w samochodzie, w telefonie, w inteligentnym głośniku, w podcaście i w systemie głosowym.

    Najlepszy model to taki, w którym użytkownik nie musi wiedzieć, czy w danym momencie słucha sygnału naziemnego, DAB, FM czy streamingu. On ma po prostu słyszeć radio. Gdy sygnał z anteny słabnie, system powinien płynnie przejść na internet. Gdy internet znika, powinien wrócić do broadcastu. Technologia ma zniknąć z doświadczenia człowieka, a nie je komplikować.

    W tym sensie przyszłość radia nie polega na tym, że radio stanie się bardziej techniczne. Przyszłość polega na tym, że technologia stanie się mniej widoczna, a głos znów będzie bliżej człowieka.

    Czy radio ma przyszłość? Tak, jeśli nie zapomni, po co istnieje

    Radio przetrwało już wiele zapowiadanych końców. Miała je zabić telewizja. Potem internet. Potem streaming. Potem podcasty. Teraz mówi się o sztucznej inteligencji. A jednak radio nadal jest obecne, bo odpowiada na bardzo starą ludzką potrzebę, potrzebę słuchania drugiego człowieka.

    Nie wiem, jak będzie wyglądało radio za dwadzieścia lat. Być może samo słowo „radio” będzie oznaczało bardziej rodzaj doświadczenia niż konkretną technologię. Być może młodzi ludzie będą mówić po prostu „audio”, a nie „audycja”. Być może prowadzący będą obecni jednocześnie na antenie, w aplikacji, w podcaście i w samochodowym systemie głosowym.

    Ale wiem jedno. Jeśli radio zapomni o człowieku, przegra. Jeśli stanie się tylko strumieniem treści, playlistą, automatem do komunikatów i katalogiem formatów, będzie coraz mniej potrzebne. Jeśli jednak zachowa głos, obecność, lokalność, odpowiedzialność i odwagę mówienia do człowieka jak do człowieka, nadal ma przed sobą przyszłość.

    Bo radio nie umiera wtedy, kiedy zmienia się technologia.

    Radio umiera dopiero wtedy, kiedy po drugiej stronie przestaje być człowiek.

    Autor: Robert Erben Błaszczyk
    Psycholog, psychotraumatolog, dziennikarz z wykształcenia, autor stron psycholog.CLICK i erben.pl. Pisze o psychologii, traumie, mediach, technologii, komunikacji i człowieku, który próbuje odnaleźć się między pamięcią przeszłości a niepewnością przyszłości.

  • Między eterem a asfaltem: radiowa szkoła życia

    Między eterem a asfaltem: radiowa szkoła życia

    „Nocny Patrol” to audycja, która przez od 1995 do 2002 roku była nie tylko programem radiowym, ale i symbolem pewnej epoki. Zaczęło się to w 1992 roku od prostego pomysłu – przenieść na antenę to, co słychać w CB-radiu. Jeszcze zanim powstało Radio Klakson, a działo się to w Radiu Frank we Wrocławiu, pojawiła się idea, by połączyć dziennikarstwo z nocnymi wyprawami na autostradę A4. W tamtych czasach w Polsce dopiero rodziło się przekonanie, że kierowcy mogą tworzyć wspólnotę, dzielić się informacjami i wspierać na trasie. Nie istniały żadne aplikacje, bowiem telefony komórkowe stanowiły tymczasem źródło westchnień zaczynających swoje biznesy pierwszych polskich przedsiębiorców, a internet… Internet był opisany jako nadchodzącą przyszłość. Dlatego „Nocny Patrol” stał się miejscem, w którym anonimowi uczestnicy ruchu mogli się wypowiedzieć, a radio zaczęło pełnić rolę towarzysza w podróży. Czego nie chcę tu napisać – ta audycja miała również czysto osobiste fundamenty związane ze śmiercią na drodze, która dotknęła osobę bliską naszej redakcji z radia Frank. Ponad 30 lat później wiem, że bez tej wspólnej naszej młodzieńczej tragedii nigdy nie powstałby „Nocny Patrol” w Radiu Klakson. Te dwie sytuacje dzieło kilka lat. A jednak moc drogowego dramatu, jaka dotknęła młodych wówczas prezenterów z dawno zapomnianego Radia Frank wpłynęła na kształt programu w Klaksonie. I to jak!

    Tworzenie programu wymagało nie tylko energii, ale też ogromnej dyscypliny. Nocne wyprawy na autostradę, zbieranie informacji, rozmowy z kierowcami i dyspozytorami przeplatały się z codziennymi obowiązkami w radiu. Często wyglądało to tak, że po całej nocy jazdy, z adrenaliną w żyłach, trzeba było natychmiast prowadzić inne audycje – jak listy przebojów czy pasma muzyczne. Taka logistyka i balansowanie między różnymi zadaniami były możliwe tylko dzięki młodzieńczej energii i pasji do mikrofonu Roberta Błaszczyka.

    Były też momenty, które zostaną w pamięci na zawsze. Te dramatyczne i te humorystyczne. Jednym z takich zapadających w pamięć wspomnień była podróż z Nysy do Wrocławia w samych slipkach – mokre ubrania suszyły się na desce rozdzielczej. Po dotarciu do studia wystarczyło wskoczyć w wilgotne jeszcze skarpetki i zasiąść przed mikrofonem, jakby nic się nie wydarzyło. Takie chwile najlepiej oddają atmosferę tamtych lat – pełną improwizacji, poświęcenia i, nie miejcie żalu o to określenie, ale pozytywnego szaleństwa, bez którego trudno byłoby to wszystko wykreować, a potem unieść.

    Ale „Nocny Patrol” to nie tylko wyzwania i odpowiedzialność. To także przeciwieństwo innych audycji – zwłaszcza list przebojów, takich jak PLP 50, PLP 30 czy PLP BIS. Prowadzone w duetach, pełne humoru i spontaniczności, były weekendową dawką rozrywki dla słuchaczy i okazją do odreagowania napięcia dla prowadzących po bardziej wymagających, nocnych programach. Śpiewane na żywo piosenki, rozmowy z dzwoniącymi słuchaczami, kartki pocztowe i faksy zalewające studio – wszystko to tworzyło niepowtarzalny klimat sobotnich audycji. Ta różnorodność – z jednej strony poważny, odpowiedzialny „Patrol”, a z drugiej lekka, rozrywkowa lista – budowała barwny obraz życia radiowego pełnego kontrastów.

    Z perspektywy czasu widać, że to były lata pełne czegoś więcej niż tylko radiowych doświadczeń. „Nocny Patrol” uczył odpowiedzialności, refleksu i radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Listy przebojów z kolei pokazywały, jak nawiązywać kontakt ze słuchaczem, jak rozumieć jego emocje i potrzeby. Razem stały się fundamentem, na którym można było później budować inne ścieżki zawodowej kariery Roberta Błaszczyka – nawet w dziedzinach takich jak psychologia, gdzie kluczowe jest zrozumienie człowieka i jego przeżyć.

    Dziś „Nocny Patrol” pozostaje w pamięci jako symbol tamtych lat – odwagi, poświęcenia i radiowej pasji. Dla jednych był źródłem informacji, dla innych towarzyszem w trasie, a jeszcze dla innych – po prostu częścią młodości spędzoną przy radiu. Dla autora – Roberta Błaszczyka – był szkołą życia, która pokazała, że radio to coś więcej niż fale eteru: to więź między ludźmi, których łączy wspólna droga – nawet jeśli trwa tylko kilka godzin nocnej podróży.

    A na koniec w radiu po długiej zapowiedzi czas oczywiście na kolejny kawałek wytworni Erben Music. Trudno nie doszukiwać się tu pasji autora do twórczość Dawida Lyncha…