Kategoria: Blog

Your blog category

  • Radio w samochodzie – koniec ery czy początek nowej drogi?

    Radio w samochodzie – koniec ery czy początek nowej drogi?

    Pamiętam, kiedy pierwszy raz usiadłem za kierownicą własnego samochodu. Przekręciłem kluczyk, w głośnikach zabrzmiała znajoma melodia z lokalnej stacji, a ja poczułem, że zaczyna się podróż. Radio w samochodzie było wtedy czymś oczywistym – towarzyszem, przewodnikiem, czasem nawet powiernikiem w długiej trasie.

    Ta strona, na której czytasz ten tekst, miała początkowo powstać tylko po to, by wspominać akcję „Nocny Patrol”. Jednak od momentu, gdy zaczęli pisać do mnie czytelnicy – prosząc o moje aktualne opinie i spostrzeżenia na temat radia jako kanału komunikowania – wiedziałem, że muszę poszerzyć jej tematykę. I tak zaczęła się moja podróż w głąb współczesnego radia. Liczę, że po przeczytaniu tego artykułu zostawicie swoje komentarze – zarówno słuchacze, jak i dziennikarze.

    Złota era radia na czterech kołach

    Jeszcze niedawno radio samochodowe było królem dróg. Włączenie FM podczas porannego dojazdu do pracy czy weekendowej trasy na wakacje było rytuałem łączącym kierowców na całym świecie. Jako dziennikarz radiowy i badacz mediów pamiętam poranne audycje, w których głos prowadzącego stawał się znajomym głosem dnia. Wiadomości, raporty drogowe, muzyka – wszystko było na wyciągnięcie ręki, a raczej – na przekręcenie pokrętła. Choćby sukces opisanej tu wielokrotnie akcji „Nocny Patrol” pokazuje ówczesny sens i zapotrzebowanie na swoiste „radio kierowców”.

    Radio przetrwało narodziny telewizji, modę na płyty CD, pojawienie się internetu i odtwarzaczy MP3. Ale dziś mierzy się z przeciwnikiem, który zmienił zasady gry – z cyfrową rewolucją.

    Cyfrowy kierowca – zmiana nawyków słuchania

    Kiedyś wybór był prosty: radio, kaseta czy płyta. Teraz każdy kierowca ma w kieszeni smartfon z nielimitowanym dostępem do YouTube, Spotify, Apple Podcasts, Audible czy Rumble. Sam łapię się na tym, że w trasie przełączam między aplikacjami – raz słucham muzyki z playlisty, raz podcastu, a innym razem wiadomości z radia.

    Badania Edison Research („Infinite Dial 2024”) pokazują, że 82–85% dorosłych Amerykanów nadal słucha radia co tydzień. To imponujące, ale czas poświęcany na słuchanie maleje, zwłaszcza wśród osób w wieku 18–34 lat. Ci, którzy dorastali ze smartfonem w ręku, często traktują radio jako ciekawostkę, a nie główne źródło muzyki czy informacji.

    USA – bastion radia, ale z wyraźnymi pęknięciami

    W wynikach badań słuchalności z USA zauważyłem, że radio FM i AM wciąż ma mocną pozycję w samochodach. 42% kierowców deklaruje, że to ich główne źródło audio w trasie. Na drugim miejscu są serwisy streamingowe (34%), a na trzecim – podcasty i audiobooki (26% razem).

    Mocne strony amerykańskiego radia to:

    • Audycje poranne i popołudniowe tworzące poczucie wspólnoty.
    • Talk radio, zwłaszcza o profilu politycznym i sportowym.
    • Format „classic hits” i country – uwielbiane w mniejszych miastach.

    Jednak nawet najlepsza stacja musi dziś konkurować z tym, że Spotify i Apple Music dają muzykę bez reklam, a podcasty – ulubionych prowadzących o dowolnej porze.

    Japonia – tradycja kontra YouTube

    W Japonii radio nigdy nie było tak dominujące jak w USA. Tamtejsza kultura komunikacji publicznej ograniczała rolę radia, ale w mniejszych miastach i na wsiach wciąż ma wiernych fanów, szczególnie wśród osób 40+.

    W Tokio YouTube przejmuje funkcję głównego źródła muzyki. W samochodach częściej słychać playlisty z telefonu niż fale FM. Podcasty dopiero zdobywają popularność, na razie w formach krótkich – językowych, edukacyjnych, rozrywkowych.

    Raport Japan Commercial Broadcasters Association (2024) potwierdza, że radio wygrywa tam w lokalnych wiadomościach i kulturze, ale przegrywa w muzyce z serwisami streamingowymi.

    Nowi gracze na drodze – YouTube, Rumble, Spotify

    Nie jest już tak, że radio walczy tylko z innymi stacjami. Dziś największymi konkurentami są platformy:

    • YouTube – gigant, który stał się największą „stacją muzyczną” świata.
    • Rumble – zyskujący popularność wśród odbiorców o konserwatywnych poglądach, alternatywa dla tradycyjnego talk radio.
    • Spotify, Apple Podcasts, Audible – personalizacja i brak ograniczeń czasowych.

    Jako badacz widzę tu jeden wspólny mianownik – kontrolę treści przejął słuchacz.

    Koniec raportów drogowych?

    Jeszcze 20 lat temu nikt nie wyobrażał sobie poranka bez raportu drogowego w radiu. Dziś Google Maps, Waze czy Apple Maps, czy Yanosik w Polsce dają kierowcy aktualne informacje, proponują objazdy i uwzględniają korki oraz pogodę.

    Radio nadal wygrywa jednak w kryzysie. W USA – w komunikatach pogodowych i Amber Alert. W Japonii – w ostrzeżeniach o trzęsieniach ziemi czy tsunami. W sytuacjach nadzwyczajnych to wciąż najszybszy kanał dotarcia do kierowców.

    Co naprawdę słychać w samochodach?

    Z najnowszych badań (Edison Research, Statista, IFPI) wynika:

    • Muzyka – numer jeden, niezależnie od źródła.
    • Podcasty – najszybciej rosnąca kategoria.
    • Audiobooki – popularne w USA, mniej w Azji.
    • Programy informacyjne – doceniane przez kierowców 40+.
    • Treści wideo odtwarzane w tle – YouTube, Twitch, transmisje sportowe.

    W USA w 2024 roku podział wygląda tak:
    Radio AM/FM – 42%
    Streaming muzyki – 34%
    Podcasty – 17%
    Audiobooki – 7%

    Dokąd zmierza radio samochodowe?

    Prognozy są jasne: radio nie zniknie, ale będzie inne. W USA utrzyma się jako medium towarzyszące, oparte na lokalności i unikalnych treściach. W Japonii stanie się bardziej niszowe, skupione na kulturze i komunikatach kryzysowych.

    Dla branży lekcja jest oczywista – trzeba być tam, gdzie słuchacz. To oznacza obecność w aplikacjach, integrację z systemami w samochodach, tworzenie podcastów z fragmentów audycji, a nawet wideo.

    Patrząc na to z perspektywy dziennikarza, który spędził tysiące godzin w studiu i w terenie, wiem jedno – radio w samochodzie nie umiera. Zmienia się, dostosowuje, walczy o uwagę w świecie, gdzie kierowca ma pod ręką całą bibliotekę świata.

    I właśnie o tym chcę tu rozmawiać – dlatego liczę na komentarze słuchaczy i dziennikarzy.

  • Nocny Patrol i Radio Klakson: Jak Robert Błaszczyk Wprowadził Wrocław w Erę Lotniczych Raportów Drogowych

    Nocny Patrol i Radio Klakson: Jak Robert Błaszczyk Wprowadził Wrocław w Erę Lotniczych Raportów Drogowych

    Radio-on

    Historia radia jest historią ludzi, miast i codziennych rytuałów, które zmieniały się wraz z kolejnymi dekadami. To opowieść o medium, które nigdy nie przestało towarzyszyć człowiekowi – w drodze do pracy, podczas nocnych powrotów do domu czy w chwilach, gdy świat nagle zatrzymywał się z powodu dramatycznych wydarzeń. W Polsce lat dziewięćdziesiątych, w czasie gwałtownych przemian ustrojowych i społecznych, powstało radio, które odważyło się pójść dalej niż inni. Radio Klakson, lokalna wrocławska stacja, w której prezenterem, redaktorem i reporterem oraz twórcą ważnych audycji był Robert Błaszczyk, zapisało się na kartach historii dzięki pionierskim programom Nocny Patrol i Powietrzny Patrol. Ich znaczenie wykraczało poza lokalny charakter – wprowadziły Polskę w nową erę radiowego dziennikarstwa terenowego i lotniczych raportów drogowych.

    Wrocław lat dziewięćdziesiątych – tło społeczne i medialne

    Wrocław po 1989 roku przechodził intensywną transformację. Otwarcie gospodarki, wzrost liczby samochodów i rozwój prywatnych przedsiębiorstw sprawiły, że miasto zaczęło zmieniać swoje oblicze niemal z miesiąca na miesiąc. Dynamicznie rozwijająca się infrastruktura drogowa była jednocześnie źródłem problemów – korki, wypadki i nieprzewidziane utrudnienia stały się codziennością kierowców. W tym samym czasie na rynku medialnym pojawiły się pierwsze prywatne rozgłośnie, które próbowały wypełnić lukę między radiem ogólnopolskim a potrzebami lokalnych społeczności. To w tym kontekście powstało Radio Klakson – stacja, która od początku stawiała na informację drogową, szybkie reakcje i bliskość ze słuchaczem.

    Narodziny Radia Klakson

    Radio Klakson nadawało na częstotliwości 106,1 UKF i od pierwszych dni zyskało sympatię mieszkańców Wrocławia. Było radiem kierowców, radiem miasta, które nie spało – o każdej porze dnia i nocy przekazywało informacje o sytuacji na drogach, remontach, wypadkach i utrudnieniach. W czasach, gdy Internet dopiero raczkował, a telefony komórkowe nie były powszechne, radio pełniło kluczową funkcję w życiu codziennym. To właśnie tam słuchacze szukali informacji i poczucia bezpieczeństwa, a jednocześnie znajdowali towarzysza w podróży. Misją stacji było nie tylko informowanie, ale również tworzenie więzi – radio stawało się głosem miasta, które mówiło językiem swoich mieszkańców.

    Robert Błaszczyk – dziennikarz, który NIE patrzył z góry

    Centralną postacią tej historii jest Robert Błaszczyk – reporter, który odważył się zrobić coś, czego w Polsce dotąd nie robiono. Jego podejście do dziennikarstwa radiowego było oparte na autentyczności i obecności w centrum wydarzeń. Błaszczyk nie czytał suchych komunikatów – on jechał na miejsce wypadku, rozmawiał ze świadkami, nagrywał dźwięki syren i chaosu, by słuchacze mogli poczuć atmosferę zdarzenia. Jego głos stał się znakiem rozpoznawczym Radia Klakson i symbolem wiarygodności stacji. Pasja do lotnictwa sprawiła, że gdy pojawiła się możliwość wprowadzenia relacji z powietrza, to właśnie on stał się ich pionierem.

    Nocny Patrol – fenomen lokalnego radia?

    Audycja Nocny Patrol wystartowała w 1995 roku. Miała prostą, ale przełomową formułę – nocne raporty drogowe, które łączyły bieżące informacje z reportażami z miejsc zdarzeń. Wrocław nocą był miastem kontrastów: z jednej strony pustych ulic i z drugiej – nagłych wypadków, pożarów i akcji ratunkowych. Nocny Patrol pozwalał słuchaczom być tam, gdzie działo się coś ważnego. W przeciwieństwie do standardowych komunikatów radiowych, audycja Błaszczyka była pełna emocji i dźwięków – słuchacze słyszeli jego relacje, a w tle syreny karetek, głosy policjantów, komentarze świadków. To budowało poczucie uczestnictwa i tworzyło wyjątkową więź między radiem a odbiorcami.

    Powietrzny Patrol – pierwszy w Polsce raport z nieba!

    W 1997 roku Robert Błaszczyk poszedł o krok dalej. Narodził się Powietrzny Patrol – pierwsza w Polsce regularna audycja radiowa, która nadawała raporty drogowe z powietrza. W czasach, gdy podobne formaty były znane głównie z amerykańskich stacji w Los Angeles czy Nowym Jorku, inicjatywa wrocławskiego Radia Klakson była absolutnym przełomem. Relacje realizowano z pokładu niewielkich samolotów, wypożyczanych z lokalnego aeroklubu. Reporter opisywał sytuację na drogach z wysokości kilkuset metrów, wskazując miejsca korków, wypadków i objazdów. Dla słuchaczy była to rewolucja – po raz pierwszy mogli „usłyszeć” swoje miasto z perspektywy nieba.

    Inspiracje ze świata i lokalna wyjątkowość

    Lotnicze raporty drogowe były już od dawna znane w Stanach Zjednoczonych. Programy takie jak „Traffic & Weather Together” czy „SkyWatch Traffic” stały się ikonami amerykańskiej radiofonii. Europa Zachodnia, choć technologicznie zaawansowana, wdrażała takie formaty ostrożniej – BBC Radio czy RTL France eksperymentowały z relacjami lotniczymi, ale nigdy na taką skalę jak w USA. Polska w latach dziewięćdziesiątych nie miała żadnych podobnych projektów. To czyniło Radio Klakson i audycje Roberta Błaszczyka prawdziwym ewenementem – lokalną inicjatywą, która czerpała inspiracje ze światowych trendów, ale była zakorzeniona w realiach Wrocławia i jego mieszkańców.

    Wyzwania techniczne i logistyczne

    Realizacja Powietrznego Patrolu była przedsięwzięciem trudnym i wymagającym. Wynajmowanie samolotu, planowanie tras przelotów, współpraca z pilotami i pogodzenie tego wszystkiego z rytmem radiowych wejść na żywo wymagały doskonałej organizacji. Pogoda bywała nieprzewidywalna, koszty wysokie, a presja czasu ogromna – raporty musiały docierać do słuchaczy wtedy, gdy były im najbardziej potrzebne, czyli w godzinach szczytu komunikacyjnego. To, że projekt udało się zrealizować regularnie, świadczy o determinacji i wizjonerstwie Roberta Błaszczyka.

    Znaczenie audycji dla miasta i słuchaczy

    Nocny Patrol i Powietrzny Patrol miały wpływ wykraczający poza ramy zwykłych programów informacyjnych. Po pierwsze – zwiększały bezpieczeństwo na drogach. Kierowcy dzięki nim mogli omijać utrudnienia, unikać niebezpiecznych miejsc i szybciej docierać do celu. Po drugie – budowały świadomość społeczną. Audycje zwracały uwagę na problemy nietrzeźwych kierowców, złego stanu dróg czy piractwa drogowego. Po trzecie – tworzyły wspólnotę. Słuchacze Radia Klakson czuli, że ktoś nad nimi czuwa, że w nocy nie są sami na drodze.

    Dziedzictwo i współczesna perspektywa

    Dziś, gdy aplikacje mobilne, nawigacje GPS i kamery online dostarczają kierowcom informacji w czasie rzeczywistym, łatwo zapomnieć, jak rewolucyjne były audycje Radia Klakson. Jednak historia Nocnego i Powietrznego Patrolu przypomina, że najważniejsze w mediach jest nie tylko tempo, ale również autentyczność i więź ze słuchaczem. Robert Błaszczyk i ówczesny zespół radia Klakson stworzyli programy, które wyprzedzały swoją epokę i do dziś pozostają przykładem lokalnej inicjatywy o globalnym znaczeniu.

    Dla historii radia w Polsce są dowodem, że nawet niewielka stacja może stworzyć coś, co na zawsze zmieni sposób opowiadania o mieście i jego mieszkańcach.

  • Po ciemnej stronie radia

    Po ciemnej stronie radia

    Jeep z napisem Patrol stał na jednym z nieczynnych wiaduktów autostrady. Pod tym wiaduktem pędziły samochody, każdy w swoją stronę. Robert w Jeepie słuchał ostatnich taktów piosenki Stana Ridgwaya, Camouflage, by za chwilę rozpocząć kolejne wejście w programie Nocny Patrol.

    Była zwykła noc. Może trochę chłodniejsza. Piątek, a właściwie już sobota. Na ulicach wciąż dało się wyczuć echo klubów, w mieszkaniach światła gasły jedno po drugim. A w eterze… głos Roberta Erbena. Taki, jak trzeba. Dokładny. Uważny. Taki, który nie krzyczał, nie dopowiadał. Po prostu był. I mówił do tych, którzy jechali. Albo nie mogli zasnąć. Albo chcieli wiedzieć, co dzieje się za oknem — tam, gdzie noc dotyka drogi.

    Studio radiowe w tamtych latach wyglądało jak mały statek kosmiczny. W ciemnym pokoju tliły się setki lampek, kolorowych przycisków, migających wskaźników. Prezenter siedział przed konsolą jak pilot. Wkładał kolejne płyty kompaktowe do odtwarzacza, czasem kasety, ustawiał suwaki, ale to nie była tylko technika — on był też duszą programu. Jednym z takich ludzi był Marek. Często właśnie on odbierał połączenia od Roberta. I też do niego Robert mówił między wejściami:
    — Marek, słyszysz mnie? Poza tymi wypadkami, tą drogą, tym rozbitym szkłem… Spójrz, jaki księżyc. Jak piękna, chłodna noc.
    — Słyszę cię, Robert. Jesteśmy z tobą. Cała noc.

    Nocny Patrol nie potrzebował fanfar. Wystarczyło, że Robert był. I że jechał. Z mikrofonem, z reflektorem, z samotnością, która była jego codziennością. Relacje były surowe. Miejsce wypadku. Marka samochodu. Warunki pogodowe. I ta najcięższa informacja. Że ktoś nie żyje. Zawsze ktoś. A potem wchodziła muzyka. I nie była dodatkiem. Była przestrzenią. Wypełniała ciszę, która zostawała po raportach.

    Czasem puszczali Mr. of America. Jakby ktoś krzyczał do kraju, który i tak nie słucha. Czasem Tears in Heaven Claptona. Innym razem coś od Edyty Bartosiewicz — Sen, jakby śpiewała dla tych, którzy nie mogli zasnąć.

    W tamtych latach radio było czymś więcej. To był teatr wyobraźni. W Polsce właśnie rodziło się komercyjne radio — po roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym powstawały stacje, które wkrótce znała cała Polska. Miliony ludzi słuchały radia — w pracy, w domu, w samochodzie. Włączali je również do snu. Było normalne, że radio grało całymi dniami i nocami. Ale sygnał Nocnego Patrolu nie szedł niestety przez cały kraj. On niósł się przez Dolny Śląsk i Opolszczyznę. I wzdłuż autostrady A4 — tam, gdzie noc była najgłębsza, a radio najbliższe.

    Radio było wtedy nie tylko dźwiękiem — było towarzyszem. Słuchało się go najczęściej na trasie. W kabinach TIR-ów, w służbowych busach, w karetkach i radiowozach. W autach jadących ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód. Gdzieś pomiędzy Legnicą a Kędzierzynem, gdzie sygnał był jeszcze czysty, bez szumów. Byli ludzie, którzy non-stop jeździli po A4 i mimo tego nie znali tam nikogo – poza głosem Roberta.

    — Marek, daj mi sekundę, ja tu tylko zjeżdżam — mówił Robert. I słychać było, jak silnik Jeepa schodzi z obrotów. — Jest jeden radiowóz, wygląda, że coś się wydarzyło. Zobaczmy.

    Ale na szczęście nie tym razem. Nie było efektów. Żadnej dramaturgii. Tylko głos. I odgłos kroków. Czasem wiatr. Czasem oddech.

    A potem znów muzyka. Everybody Hurts R.E.M. I już nikt nie musiał nic mówić. Ta piosenka wystarczała.

    W studiu, po drugiej stronie łącza, siedział Waldek. Czasem Marek, czasem Józek. Oni odbierali telefony. Oni robili łączenia. Czasem między kolejnymi wejściami Roberta, w chwilach ciszy, odzywał się jeden z nich:
    — Mamy telefon od pana Tadeusza z Lubania. Mówi, że właśnie minął Roberta na wysokości Krzywej. Że chciał tylko powiedzieć: „Trzymaj się, chłopie. Dobrego powrotu.”

    Byli głosami, które spajały ten świat. Jak narratorzy niewidzialnego spektaklu. Nie opowiadali rzeczywistości — oni ją przeżywali razem ze słuchaczami. Kiedy Robert mówił o mgle, oni patrzyli na czujniki na dachu radia. Kiedy opowiadał o wypadku, oni szukali informacji w policyjnych notatkach. A kiedy zapadała cisza… wtedy zostawała tylko muzyka.

    Czasem Fields of Gold Stinga, kiedy było trzeba przypomnieć sobie, że świat mimo wszystko potrafi być piękny. Czasem One U2 — kiedy coś trzeba było przeżyć wspólnie, nawet bez słów.

    Niektórzy słuchali go w szlafrokach, siedząc na brzegu łóżka z kubkiem herbaty. Inni — w brudnych kurtkach roboczych, opierając się o maski swoich ciężarówek. Jeszcze inni w służbowych radiowozach, gdzieś pod wiaduktem. I każdy z nich słyszał ten sam głos. Tę samą przestrzeń. Ten sam Nocny Patrol.

    Ludzie dzwonili. Do studia. Czasem tylko po to, żeby być. Żeby zostawić ślad.
    — Dobry wieczór… jechałem dziś tą samą drogą. I dobrze, że ktoś tam jest.
    — Proszę przekazać Robertowi, że w Brzegu właśnie zaczęła się ulewa. Może warto powiedzieć innym.
    — To ja, Roman z lawety. Robert, dzięki, że jesteś.

    Wśród twardych ludzi drogi ten program rozpalał empatię, wzajemny szacunek i poczucie przynależności. Jakby przez te noce, przez te opowieści, przez te piosenki — ktoś przypominał im, że nie są sami. Że są częścią czegoś większego.

    Czasem, gdy kończyła się noc i zbliżała piąta rano, na niebie nad autostradą robiło się jaśniej. Światła radiowozów gasły, auta zjeżdżały na parkingi, a Robert mówił jeszcze ostatnie zdanie, zanim na antenie pojawiał się serwis informacyjny.
    — Dzięki, że byliście. Do usłyszenia.

    Nie zawsze mówił „dobranoc”. Czasem nie mówił nic. Zostawiał tylko ciszę. I piosenkę. Może One of Us, może Zegar. Coś, co pasowało do tej chwili, jakby słowa nie były już potrzebne.

    Wtedy studio na chwilę znów zamieniało się w żywy organizm. Marek zdejmował słuchawki. Waldek się przeciągał. Ktoś jeszcze coś pisał w zeszycie z notatkami. Cisza po takim programie była inna. Nie była zwyczajna. Miała wagę. Jak po rozmowie, której się nie zapomni.

    To nie była audycja. To była obecność. Światło w trasie. Głos w kabinie. Serce, które biło gdzieś pomiędzy Wrocławiem a Strzelcami Opolskimi. I które wciąż — gdzieś w pamięci — bije.

  • 🎙️ Death Road new song from Erben Music

    🎙️ Death Road new song from Erben Music

    🎙️ Now playing: „Death Road” – the chilling new single by Robert Erben.Alone on a midnight highway, he speaks through the radio… telling stories of crashes, fate, and the silence that follows.Written and produced by Robert Erben.Released by ERBEN MUSIC, 2025.Turn the volume up. Death is on the air.

  • NOCNY PATROL – Voice from the Dark

    NOCNY PATROL – Voice from the Dark

    A haunting blend of psychedelic rock and noir punk, this single tells the true story of Robert Erben – a journalist who spent seven years reporting live from the edge of life and death.

    Broadcasting from the front seat of a Jeep on Poland’s dark highways, he gave voice to those who couldn’t speak anymore.
    Now, his legacy returns as a raw, electrified tribute to truth, trauma, and midnight rides through silence and sirens.

    🎙️ For the ones who speak when it hurts. For those who drive into the dark.


    (C) Erben Music 2025

  • Z asfaltu w niebo – Tajemnica Nocnego Patrolu

    Z asfaltu w niebo – Tajemnica Nocnego Patrolu

    Wiemy więcej, bo widzimy więcej.
    To jedno zdanie, wypowiedziane w radiowym dżinglu, stało się mottem operacji, która przez siedem lat łączyła ziemię z powietrzem, analog z nowoczesnością, a kierowcę z lotnikiem. Mało kto wiedział, że Nocny Patrol, znany słuchaczom z dynamicznych relacji z dolnośląskich dróg, był czymś znacznie większym niż tylko samochodem z CB-radiem. To była ewolucja, która przeniosła radiową obserwację w zupełnie nowy wymiar — i była jedyną taką akcją w Polsce.


    Część I – Samochodowa Geneza Patrolu

    Pierwsze relacje powstawały tam, gdzie wszystko miało swoje źródło — za kierownicą.
    I nie byle jaką: srebrna BMW z welurową tapicerką i potężnymi halogenami była pierwszą mobilną bazą reporterską. Robert Erben, wyposażony w CB-radio, krótkofalówkę, telefon Nokia z anteną dłuższą niż kolejka do diagnostyki oraz papierową mapę, przemierzał Dolny Śląsk w poszukiwaniu wypadków.

    Z czasem pojawiły się kolejne pojazdy: Jeep Cherokee — szary, skórzany, z drewnianą kierownicą, Isuzu Trooper z brezentowym dachem i odblaskowymi pasami wkoło, wielki wygodny Ford, biała zwinna Mazda, stare Borewicze, czyli Polonezy, Mercedesy, VW, w tym również dzisiaj już kultowy tzw. banan, a na koniec czarne ładne Mitsubishi Pajero z napisem „Patrol”… a pomiędzy nimi i dziesiątki innych. Łącznie około kilkudziesięciu samochodów w ciągu siedmiu lat. Każdy inny, każdy z własnym klimatem, każdy był częścią większej misji.

    To właśnie z tych samochodów Robert nieraz przesiadał się do powietrznych środków transportu, a potem wracał za kierownicę, kończąc noc dokładnie tam, gdzie ją zaczął — na drodze.


    Część II – Samolotem do celu

    Gdy korki stawały się nie do zniesienia, a dojazd do zdarzenia trwał wielokrotnie dłużej niż samo relacjonowanie, pojawiła się potrzeba zmiany perspektywy. Tak narodził się Powietrzny Patrol – nowy etap tej samej misji.

    Lekkie szybkie samoloty, takie jak Wilga, Zlin, czy Gawron, dały reporterowi zupełnie nowe możliwości. Latające na wysokości zaledwie ok. 200 metrów, pozwalały na szybkie dotarcie do miejsc zdarzeń. Wyposażony w mapę, lornetkę i radiowe urządzenie nadawcze, Robert przemierzał Dolny Śląsk z prędkością wiatru — relacjonując zdarzenia drogowe, zanim zdążyły pojawić się w jakimkolwiek innym medium. Ta forma relacjonowania świata była absolutnie bezkonkurencyjna.


    Część III – Patrol z Nieba

    Gdy samoloty przestały wystarczać — pojawił się Mi-2. Policyjny niebieski nieco archaiczny już nawet te bez mała 25 lat temu śmigłowiec, który jednak mógł zawisnąć nad miejscem zdarzenia i dzięki temu stał się najdokładniejszym narzędziem radiowego oka.

    Z tyłu kabiny Robert miał swoje stanowisko: dokładną mapę, mocną lornetkę, sprzęt do nadawania. Kontakt z pilotem przez intercom, relacje z powietrza, obecność funkcjonariuszy dolnośląskiej drogówki na pokładzie — wszystko to sprawiało, że Powietrzny Patrol osiągnął szczyt skuteczności.

    To był nie tylko przeskok technologiczny. To było całkowite przedefiniowanie roli reportera. Już nie tylko uczestnik zdarzeń, ale obserwator całego systemu ruchu drogowego z lotu ptaka.


    Ewolucja Jedyna w Swoim Rodzaju

    Nocny Patrol to nie była jedna relacja z jednego samochodu.
    To była siedmioletnia ewolucja, której nikt inny w Polsce nie przeprowadził.
    Od czarnej nocy za kierownicą po słoneczne loty nad autostradą — cały czas dla jednego celu: informowania słuchaczy o tym, co dzieje się na drogach Dolnego Śląska.

    Zmieniał się sprzęt. Zmieniał się środek transportu. Ale nie zmieniało się jedno — głos Roberta Erbena. Głos, który mówił:
    „Wiemy więcej, bo widzimy więcej.”

  • NOCNY PATROL: GŁOS Z CIEMNOŚCI

    NOCNY PATROL: GŁOS Z CIEMNOŚCI

    Prawdziwa historia Roberta Erbena – dziennikarza, który przez prawie siedem lat był głosem z miejsc, gdzie życie kończyło się na oczach słuchaczy

    To nie jest fikcja. To nie radiowy performance ani forma artystycznej prowokacji. To dokumentalna, wstrząsająco autentyczna historia człowieka, który stworzył w Polsce program, jakiego wcześniej nie było – i jakiego, po nim, nikt już nie odważył się powtórzyć.

    Moim rozmówcą jest Robert Erben – z zawodu i wykształcenia specjalista od PR i dziennikarz, od lat kształcący się w nowej swojej pasji psychologii i psychotraumatologii; dziś już poza mikrofonem, ale wciąż noszący w sobie echo tamtych nocy. Przed 23 laty zakończył projekt, który rozpoczął się niemal trzy dekady temu. Jako reporter ponadregionalnej stacji radiowej z nadajnikami we Wrocławiu i Opolu, relacjonował z podwrocławskiej autostrady A4 i dróg przyległych przebieg najtragiczniejszych zdarzeń drogowych – na żywo, z kabiny Jeepa. Akcja ta nosiła nazwę Nocny Patrol.

    Dziś wraca do tamtych chwil, do emocji, które zostawił na antenie – i do tych, które zostały w nim.

    WYWIAD

    Skąd w ogóle wziął się pomysł na „Nocny Patrol”? Czy to była potrzeba społeczna… czy raczej osobisty impuls? A może po prostu… nie mogłeś spać?

    Robert Erben:
    Idea programu Nocny Patrol wzięła się z dwóch czynników. Pierwszym był czynnik osobisty. Kilka lat przed rozpoczęciem pracy w tym radiu, pracując w innym wrocławskim radiu Frank, prowadziłem program z koleżanką, która zginęła w wypadku samochodowym. Gdy po kilku latach od tego zdarzenia miałem okazję pracować w radiu motoryzacyjnym, w radiu dla kierowców, chciałem zrobić coś, co poprawi bezpieczeństwo na drogach. Moi koledzy, którzy byli ratownikami drogowymi, zabrali mnie wtedy na jeden z ich patroli na autostradę. To było moje pierwsze zetknięcie ze śmiercią – i wtedy właśnie zrodził się pomysł programu.

    Kiedy po raz pierwszy wszedłeś na antenę z relacją na żywo z miejsca wypadku… co dokładnie czułeś?

    Robert Erben:
    Byłem pierwszy w Polsce, nie miałem się na kim wzorować, ani od kogo uczyć. Przypominały mi się amerykańskie filmy drogi z lat siedemdziesiątych, gdzie reporterzy robili coś podobnego. Pojechałem z ratownikami dwa dni przed Wigilią w 1995 roku. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z ciałem ofiary. Opisuję to w opowiadaniu „Mandarynka”. Wtedy zrozumiałem, że to ma sens – że warto o tym mówić.

    Czy pamiętasz moment, w którym dotarło do ciebie, że to, co robisz, to nie tylko relacja… ale że stajesz się głosem dla tych, którzy już głosu nie mają?

    Robert Erben:
    Tak, dlatego ta akcja trwała prawie siedem lat bez przerwy. Nigdy przedtem ani potem nikt nie realizował takiej operacji tak długo i z takim zaangażowaniem. Nocny Patrol ewoluował, rozwijał się wraz ze mną. Najpierw był to program z samochodu, potem dodałem Powietrzny Patrol z samolotu i na koniec z policyjnego śmigłowca Mi 2. Jednak w początkowej fazie Nocnego Patrolu jego nie tylko informacyjna siła dotarła do mnie po relacjach z dnia Wszystkich Świętych – 1 listopada – kiedy ludzie dzwonili do radia po moich wejściach i po prostu płakali. Dziękowali, że mówiłem w imieniu tych, którzy zginęli. Zrozumiałem, że to coś ważnego i potrzebnego. Także tym, który już nigdy nie wyruszą w kolejną podróż.

    Jak wyglądała twoja codzienność? Czy miałeś jakieś rytuały, ekipę, czy po prostu wyjeżdżałeś w noc jak samotny bohater noir?

    Robert Erben:
    Wyjeżdżałem bardzo często sam – najczęściej w nocy z piątku na sobotę, kiedy ruch na A4 był największy. Miałem wielu informatorów i wykształciłem coś na kształt intuicji. Jechałem w ciemność i często trafiałem tam, gdzie coś się wydarzało. To było jak radar, coś, czego dziś już nie mam. Czasami relacjonowałem co pół godziny, czasem co godzinę. Relacje trwały od kilkudziesięciu sekund do czasem kilku minut. Nadawałem z obszaru od Legnicy, przez Wrocław, aż za Opole. I tak – zdarzyło mi się pęknąć. Opowiadam o tym w historii o spalonych ciałach.

    Czy kiedykolwiek miałeś moment, w którym chciałeś to wszystko rzucić? Odciąć mikrofon, zgasić silnik i zniknąć?

    Robert Erben:
    Musiałem przestać, kiedy radio zmieniło właściciela. Ale dopóki mogłem, robiłem to bez przerwy. Tylko moja własna psychika czasem mówiła: „dość”. Nigdy jednak nie miałem wątpliwości, że ta misja była potrzebna. Nocny Patrol zweryfikował biznes i nowi zarządcy stacji. Dla nich ta akcja była chyba – bo tego nikt mi nigdy nie powiedział wprost – kłopotliwa. Nie mieściła się w żadnym formacie. Była na swój sposób również nieprzewidywalna. Komercyjne radio ma dawać zabawę, grać muzykę. To chyba jest tańsze i łatwiejsze w realizacji. A ja mogłem nieopatrznie zacząć w piątek wieczorem na otwarcie weekendu mówić o śmieci na drodze.

    Po co dziś powstaje ta strona internetowa? Co chcesz przekazać nowemu pokoleniu, które nie zna tej historii?

    Robert Erben:
    Po pierwsze – ostrzegam. Uważajcie na siebie. Na drogach tak naprawdę nie zmieniło się nic. Po drugie – chcę zostawić ślad. Od zakończenia akcji minęły ponad 23 lata. Dziś mamy GPS-y, nawigację, aplikacje. Ale wtedy, na początku komercyjnych mediów w Polsce, było radio. I był taki program. I był Robert, który wierzył, że warto mówić, zanim będzie za późno.

    Na koniec… jedno zdanie dla tych, którzy cię wtedy słuchali – i jedno dla tych, którzy dopiero dziś dowiadują się, kim byłeś.

    Robert Erben:
    Dziękuję, że słuchaliście wtedy i dziękuję, że czytacie ten wywiad dzisiaj. A w drodze i na drodze, jeździjcie, prowadźcie tak, żeby każda podróż miała swój bezpieczny koniec.
    Życzę wam tylu wyjazdów, co i powrotów do domu.
    Mówił Robert Erben.

  • Rutyna zabija najlepszych

    Rutyna zabija najlepszych

    Robert Erben jechał swoim Jeepem Cherokee, patrząc przed siebie z rosnącym niepokojem. Radio grało piosenkę Tomasza Szweda: „Jadę nocą, jadę dniem, tysiąc mil za tysiącem…” Letnie słońce zalewało drogę blaskiem. Głęboko zielone pola po obu stronach autostrady falowały na lekkim wietrze. Powietrze pachniało trawą i gorącym asfaltem.

    W głowie Roberta kołatała się jedna myśl: to pewnie nic poważnego. Stłuczka. Może awaria. Przecież to zamknięty odcinek. Przecież tu jeździli tylko profesjonaliści.

    Nie powinno było się nic stać.

    A jednak…

    Im bliżej był miejsca zdarzenia, tym bardziej zaciskał palce na kierownicy. Gdzieś w środku czuł, że to nie będzie zwykła interwencja.

    W końcu to zobaczył. I zrozumiał.

    Dwie ciężarówki. Ogromne maszyny. Zmiażdżone. Bez życia.

    Robert zjechał na pobocze. Na chwilę zamknął oczy. Wziął głęboki oddech. Potem chwycił mikrofon.

    – Tu Robert Erben… Nadaję dla was na żywo z akcji Nocny Patrol… – zaczął cicho, niemal szeptem. – Jest piękny dzień. Słońce wysoko. Zielone pola po horyzont. A ja stoję przed tragedią.

    Przełknął ślinę.

    – Dwie ciężarówki. Dwaj kierowcy. Dwaj profesjonaliści.

    Słowa wychodziły z niego powoli, ciężko.

    – Ludzie, którzy budowali tę drogę. Codziennie. Ludzie, którzy znali każdy metr tej trasy… I którzy dziś zapomnieli, że rutyna zabija.

    W tle radio cicho sączyło się przez ciszę: „Droga długa, ciężki sen, tylko radio gra coś w tle…”

    – Może to był tylko moment. Jedno mrugnięcie okiem. Jedna myśl za daleko. Jedno westchnienie więcej.

    Robert spojrzał na pustą, szeroką drogę, na falujące w oddali zielone pola. Na cienie ciężarówek, które jeszcze rano były symbolem pracy i życia. Wkoło krzątali się ratownicy i strażacy. Ale już nic nikt nie mógł zrobić.

    – Nie oceniam ich – powiedział po chwili. – Nie wolno nam tego robić. Bo każdy z nas… Każdy z nas kiedyś zaufał rutynie.

    Głos mu zadrżał.

    – Chciałbym tylko, żebyśmy o nich pamiętali. Jako o ludziach, którzy każdego dnia robili coś ważnego. Którzy nie wrócą już nigdy do domu. Bo rutyna… nie wybacza nawet najlepszym.

    Zakończył nadawanie.

    W kabinie Jeepa zapadła cisza, cięższa niż wszystko, co przed chwilą powiedział.

    Letni wiatr przynosił zapach nagrzanego powietrza pomieszany z nutą oleju i paliwa z roztrzaskanych ciężarówek. A w tle wciąż, jak cichy lament, płynęła piosenka.

    I tylko jedna myśl nie chciała ucichnąć:

    Rutyna zabija.

  • Spalona mapa

    Spalona mapa

    To była piękna, wiosenna niedziela. Taka, którą człowiek chciałby zapamiętać jako lekki dzień. Zieleń aż biła po oczach. Pola przy drodze pachniały świeżością, a powietrze było tak przejrzyste, że aż dziwiło, jak może się tak zmienić w jednej chwili.

    Dwa samochody. Zwykłe zderzenie — tak to się zaczęło.

    Jeden z nich wiózł trzy osoby, drugi dwie.

    Żadnych wielkich prędkości. Żadnego pisku opon, który ostrzegłby przed tym, co zaraz się wydarzy. Tylko zgrzyt, uderzenie na lekkim zakręcie i cisza. Przez krótką chwilę.

    Paliwo zaczęło się lać po asfalcie. Ktoś później mówił, że to od nagrzanych silników, może od słońca — nieważne. Wystarczyła iskra. Może z tłumika, może z otartego metalu. W jednej sekundzie płomień wspiął się po karoserii jak po suchym papierze.

    A potem była już tylko pożoga.

    Byłem tam. Jechałem jako reporter Nocnego Patrolu. Jeepem. Zatrzymałem się przy rowie, nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od nich. Wysiadłem i usłyszałem… Ich krzyki. Takie, których się nie zapomina. Ludzie, zakleszczeni w roztrzaskanych wnętrzach, błagający przez ogień. Nie mogli się ruszyć. Nie mogli się wydostać.

    Plastik z wnętrza topił się jak świeca. Tapicerka dymiła i syczała. Zapach był nie do opisania. Palący się samochód ma swój własny odór — słodkawy, duszący. Ale spalane ciało… to już inna historia. To coś, co wbija się w pamięć i nie puszcza. Nawet jak wciągasz świeże powietrze, czujesz to pod spodem. Kierowcy z innych samochodów i mieszkańcy z nieodległych domów próbowali wyciągać rannych. Bez skutku. Piekielny ogień i nieziemski żar blokował drogę ratownikom.

    I to wszystko działo się tuż obok zielonych pól. Tych pachnących, kwitnących, takich, które kojarzą się z piknikiem, z rodziną, z czymś dobrym. Kontrast był nie do zniesienia.

    Ludzie, którzy wracali z weekendu, zatrzymywali się. Wysiadali z najpierw dziesiątek a potem może i setek aut. Droga była całkowicie zablokowana w obu kierunkach. Nie podchodzili zbyt blisko. Stali w milczeniu. Niektórzy trzymali dzieci za ręce i jakby chcieli zasłonić im oczy. Inni tylko patrzyli. Z niedowierzaniem. Z przerażeniem. Jakby to był zły sen, który wydarza się w biały dzień.

    A ja mówiłem… „Tu mówi Robert Erben i program Nocny Patrol. Obok mnie właśnie zginęło pięć osób w dwóch spalonych samochodach. Droga w stronę Kłodzka jest nieprzejezdna…”. Mówiłem przez radio, na żywo. Głos mi drżał, ręce też. Ale mówiłem. Bo ktoś musiał.

    Strażacy przyjechali prawie od razu. Gasili już jednak nie pożar — gasili ciszę, która rozlała się po tym miejscu jak dym. Ciała wyciągano długo. Powoli. Delikatnie, choć nie było już czego ratować. Tylko spokój trzeba było przywrócić. Jakiś chłopak stał obok i powtarzał szeptem: „To się nie mogło wydarzyć. Przecież to był taki ładny dzień…”

    I rzeczywiście — był. Jakby świat zupełnie nie wiedział, że w jednym punkcie jego mapa właśnie się przepaliła.

    Kiedy kończyłem relację, mój głos cichł. Już nie było co mówić. Tylko patrzyłem. Na zniszczone wraki, na pole pełne zieleni, na ludzi, którzy milczeli, jakby w tej ciszy próbowali odnaleźć jakiś sens. Ale tam nie było nic. Tylko dym, który powoli znikał w wiosennym powietrzu.

    I wtedy zrozumiałem — nie każda historia musi mieć morał. Czasem wystarczy ją opowiedzieć i pozwolić jej wybrzmieć… w ciszy.

  • Cienie przy drodze

    Cienie przy drodze



    Audycja specjalna programu Nocny Patrol – 1 listopada

    — Witam was na antenie. Tu program Nocny Patrol. Mówi Robert Erben.

    Dzisiejsza noc nie jest jak inne. To nie jest noc sygnałów, pożarów, relacji z chaosu. Dziś — nie gonię śmierci. Dziś ją wspominam.

    Pierwszy listopada. Noc jasna, pogodna. Nie ma mgły. Niebo czytelne, jakby samo chciało słuchać. Autostrada A4 jest cicha, rozciągnięta, niemal nierzeczywista.

    W głośnikach cicho płynie muzyka. Lombard – Mr. of America.
    „Kiedy gnasz znów przed siebie… w powodzi deszczu i łez…”
    Ale dziś nie ma deszczu. Tylko czyste powietrze i szum opon na asfalcie.

    Jeep toczy się równym tempem. Światła przecinają pustkę.

    — Dzisiaj chcę wam opowiedzieć nie o tym, co dzieje się teraz. Ale o tych, którzy zostali na tej drodze.

    Zwalniam przy starym wiadukcie.

    — Trzy lata temu. Motocyklista. Yamaha. Leżał przy barierce. Tatuaż na przedramieniu: „Mama.” Pamiętam go, bo kobieta zadzwoniła do radia. Słuchała mnie, zanim jeszcze dowiedziała się od policji.

    W tle słychać szept refrenu:
    „Czerwony smak ryzyka… to zjawia się, to znika…”

    — Kilometr dalej — dziewczyna w czerwonej osobówce. Poślizg. Indeks, bilety do Krakowa. Miała marzenia. Teraz tylko wspomnienie.

    Radio CB szumi. Niepokojąco, miarowo.

    — I chłopiec. Osiem lat. Zginął we śnie, z pluszowym misiem w ramionach. Jego ojciec zasnął za kierownicą. Nie zawsze śmierć krzyczy. Czasem po prostu milczy.

    I wtedy dźwięk. Wiadomość. Głos w słuchawce z redakcji.

    — Robert… dzwonią ludzie. Mnóstwo ludzi. Płaczą do telefonu. Mówią, że czują, jakbyś ich przeprowadzał przez wspomnienia. Jakby przez twoje słowa ich bliscy… wracali. Na chwilę. Na ten wieczór. Jakby byli tuż obok.

    Robert milczy. Dłonie mocniej ściskają kierownicę.

    „Tej autostrady szum głęboki… łaskawie mruczy mu do snu…” — cicho w tle, jakby radio znało jego myśli.

    Jeep zjeżdża na pas awaryjny. 189 kilometr.

    — To było tutaj — mówi. — Ja i mój kolega. Tylko my.

    Maluch. Fiat 126P. Roztrzaskany, wciśnięty w pole. Jakby próbował się schować przed śmiercią.

    — Podbiegłem z gaśnicą. Kolega z apteczką. Latarka w ręku. Światło drżało.

    Zajrzałem od strony pasażera.

    — Ciała zmiażdżone. Nie było ratunku. Ale… jedna rzecz mnie zatrzymała. Kontrolka. Na desce świeciła się lampka akumulatora. Mała, czerwona.

    Włożyłem rękę, żeby wyciągnąć kluczyk. Odciąć napięcie.

    I wtedy to poczułem.

    — Coś ciepłego dotknęło grzbietu mojej dłoni.

    Zamilkł. Głos zadrżał.

    — To były oczy tego mężczyzny. Wypadły z oczodołów. Wisiały na szypułkach. I to właśnie ich dotknąłem. Bezwiednie.

    „A serce złamanych… gorzkie łzy… drążą asfalt szarych dni…” — refren cicho opada, niemal szeptem.

    — Stanąłem. Nie z przerażenia. Z poczucia, że na moment… dosłownie dotknąłem czegoś, co jeszcze chwilę temu patrzyło na świat.

    Jeep rusza z powrotem. Reflektory znów przecinają drogę.

    — Moi koledzy z radia powiedzieli, że ta noc jest inna. Że ludzie płaczą. Że dziękują. Za pamięć. Za głos. Za to, że mogą jeszcze raz… na chwilę… poczuć obecność tych, którzy odeszli.

    Radio CB znowu szumi. Ale teraz… nie brzmi jak zakłócenie. Brzmi jak oddech.

    — Tu Nocny Patrol. Mówi Robert Erben.

    W tle:
    „Ta autostrada sunie szlakiem gwiazd…”

    — Jadę dalej. A oni… oni jadą ze mną.

    Czerwone światła Jeepa nikną w oddali. Noc zostaje. Ale nie sama.