Autor: RobertErben

  • Głos został. Człowieka już nie ma

    Głos został. Człowieka już nie ma

    Nagranie może przetrwać człowieka, zachowując coś tak zwyczajnego jak sposób wymawiania naszego imienia. Później wracamy do kilku sekund, których podczas pierwszego słuchania prawie nie zauważyliśmy. Interesuje mnie ta zmiana znaczenia: chwila, w której zwykły plik staje się czymś, czego nie chcemy stracić.

    Wyobraźmy sobie wiadomość głosową. Kilkanaście sekund, szelest ubrania, krótkie zawahanie przed pierwszym słowem. Ktoś informuje, że będzie trochę później. Nic, co należałoby zachować dla przyszłych pokoleń. Podczas pierwszego odtwarzania można jednocześnie szukać kluczy albo sprawdzać, czy w lodówce zostało mleko.

    To przykład, nie zapis czyjejś konkretnej historii. Wystarczy jednak zmienić jedną okoliczność, żeby zobaczyć, jak wiele może pomieścić taki drobiazg. Osoba, która wysłała wiadomość, umiera. Plik pozostaje.

    Informacja o spóźnieniu traci znaczenie. Nagle ważne stają się szelest, oddech, niedokończone słowo. To, co wcześniej przeszkadzało w słuchaniu, zaczyna należeć do najcenniejszej części nagrania. Można usłyszeć człowieka, kiedy jeszcze zajmował się swoim dniem i nie wiedział, że ktoś kiedyś będzie słuchał go w taki sposób.

    Jako radiowiec zwracam uwagę właśnie na ten nadmiar. Na wszystko, co głos niesie poza treścią zdania. Reporter stara się przecież przekazać informację, ale razem z nią zostawia tempo, zmęczenie, temperament, czasem niepewność. Nagranie zachowuje także to, nad czym mówiący nie do końca panował.

    Po latach właśnie tego możemy szukać.

    Zwyczajne słowa mają własną historię

    Łatwo uznać, że najważniejsze nagrania powinny zawierać rzeczy ważne. Wyznania, pożegnania, opowieść o życiu. Tymczasem prywatne archiwum może składać się z ustalania godziny spotkania, pytań o zakupy i relacji z drogi. Człowiek nie przemawia w nim do potomności. Mówi do kogoś, z kim ma wspólne sprawy.

    Przy takich nagraniach myślę o różnicy między portretem uroczystym a zdjęciem zrobionym mimochodem. Na pierwszym wszystko zostało przygotowane. Na drugim ktoś akurat odwraca głowę. Nie musi wyglądać korzystniej, ale bywa bliższy temu, jak go pamiętamy.

    W głosie podobną rolę może odgrywać drobne potknięcie. Charakterystyczne przeciągnięcie samogłoski. Śmiech pojawiający się jeszcze przed puentą. Krótka pauza, którą znało się na tyle dobrze, że nie trzeba było jej niczym wypełniać.

    Nie chcę rozstrzygać, czy dźwięk przechowuje człowieka lepiej niż fotografia. Fotografia ma własną siłę. Głos daje jednak możliwość ponownego usłyszenia przebiegu chwili. Trzeba z nim zostać przez kilka sekund. Poczekać na następne słowo. Przyjąć tempo kogoś innego.

    To ma znaczenie również w radiu. Dawna audycja może zawierać nieaktualną pogodę, zapowiedź koncertu, który odbył się dawno temu, i komunikat o drodze, którą zdążono przebudować. Jako bieżąca informacja przestaje być użyteczna. Jako zapis sposobu mówienia do ludzi może dopiero zaczynać swoje drugie życie.

    Na ERBEN.PL pisałem już o relacji między radiowym głosem a słuchaczem. Tutaj interesuje mnie jej dalszy ciąg: chwila, w której nagranie zostaje, choć z człowiekiem po drugiej stronie nie można już porozmawiać (Błaszczyk, b.d.).

    Wtedy nawet zapowiedź następnej piosenki może znaczyć więcej niż starannie przygotowane wspomnienie.

    Można zachować i nie odtwarzać

    Wokół pamiątek po zmarłych łatwo pojawiają się cudze instrukcje. Trzeba schować. Trzeba wrócić. Trzeba się pożegnać. W tych zdaniach zwykle jest więcej pewności niż wiedzy o osobie, do której są kierowane.

    Badacze opisują podtrzymywaną więź ze zmarłym jako relację obecną między innymi we wspomnieniach, znaczeniach i działaniach. Przegląd systematyczny obejmujący 79 badań pokazuje zarówno ukojenie, jak i cierpienie towarzyszące takim więziom. Nie daje podstaw do prostego zalecenia, żeby każdy je podtrzymywał albo porzucał. Nie był też badaniem skuteczności słuchania nagrań głosowych (Hewson i in., 2024). PubMed

    Dlatego ostrożnie podchodziłbym do oceniania czyjegoś folderu z wiadomościami. Sam fakt, że ktoś ich nie usuwa, niewiele mówi o tym, jak żyje. Podobnie jak od dawna nieotwarty album nie wyjaśnia całej relacji z osobą na zdjęciach.

    Można chcieć zachować nagranie i nie mieć ochoty słuchać go dzisiaj. Można wrócić do niego po długiej przerwie. Można również uznać, że pamięć o człowieku nie potrzebuje takiego pośrednictwa. Nie robiłbym z żadnej z tych decyzji egzaminu z przywiązania.

    Warto zostawić miejsce także dla tych, którzy nie mają nagrania. Nie każdy zdążył. Nie każda rodzina nagrywała codzienność. Nie wszystkie telefony przechowały dawne wiadomości. Łatwo, pisząc o wartości głosu, niechcący dopisać komuś kolejny powód do żalu.

    Brak pliku nie jest brakiem troski. Nasze relacje wydarzały się również wtedy, gdy żadne urządzenie ich nie zapisywało.

    Archiwum ma granice

    Jest jednak sprawa zupełnie praktyczna. Jeżeli chcemy zachować nagranie, dobrze odróżnić możliwość odtworzenia go dzisiaj od zabezpieczenia na przyszłość.

    Biblioteka Kongresu zaleca wybór ważnych plików audio, ich eksport, czytelny opis oraz przechowywanie kopii w różnych miejscach. Radzi również okresowo sprawdzać, czy nadal dają się odczytać. To skromne działania, ale właśnie z takich czynności składa się ochrona prywatnego archiwum (Library of Congress, b.d.). Digital Preservation – Library of Congress

    Dodałbym do tego opis, który pozwoli zrozumieć nagranie komuś innemu. Kto mówi? Do kogo? Kiedy mniej więcej powstał zapis? Własna pamięć podsuwa odpowiedzi tak łatwo, że można nie zauważyć, iż nigdzie ich nie zapisaliśmy.

    Po latach ktoś może odziedziczyć setki plików nazwanych datą albo ciągiem cyfr. Będzie miał dźwięk, lecz niekoniecznie historię, która czyni go zrozumiałym. Dwa zwyczajne zdania dołączone do nagrania potrafią oszczędzić wielu domysłów.

    Osobną decyzją jest udostępnianie. Wiadomość wysłana jednej osobie powstała w określonej relacji. Dla mnie pozostaje ważne, czy publikując ją, respektujemy prywatność mówiącego i ludzi, o których wspomina. Wzruszenie odbiorców nie rozstrzyga tej kwestii.

    W redakcji podobną odpowiedzialność ponosimy za montaż. Można skrócić wypowiedź tak, że zachowamy każde użyte słowo, a zgubimy sens. Prywatne nagranie też zasługuje na kontekst. Zwłaszcza gdy jego autor nie może już wyjaśnić, co miał na myśli.

    Kiedy zapis zaczyna odpowiadać

    Przy sztucznej inteligencji pojawia się jeszcze jedna granica. Odtworzenie dawnej wiadomości i wygenerowanie nowej wypowiedzi znajomym głosem to dwa różne działania. W pierwszym przypadku słuchamy zapisu konkretnej chwili. W drugim otrzymujemy treść, której dana osoba nie musiała nigdy wypowiedzieć.

    Tomasz Hollanek i Katarzyna Nowaczyk-Basińska analizowali takie symulacje, wskazując znaczenie zgody, przejrzystości i możliwości zakończenia kontaktu z systemem. Ich praca wykorzystuje hipotetyczne scenariusze do analizy etycznej. Nie jest badaniem klinicznym dowodzącym korzyści albo szkód u wszystkich użytkowników (Hollanek i Nowaczyk-Basińska, 2024). Springer Nature Link

    Rozumiem pokusę usłyszenia czegoś jeszcze. Pytanie, którego nie zdążyło się zadać, może zostać na długo. Nie chciałbym jednak, żeby podobieństwo brzmienia nadawało wygenerowanej odpowiedzi autorytet nieobecnego człowieka. Znajomy ton nie pozwala ustalić, co naprawdę powiedziałby w nowej sytuacji.

    Nie muszę przy tym uznawać każdej takiej technologii za złą, żeby domagać się jasnego rozróżnienia. Ktoś może świadomie chcieć skorzystać z symulacji. Powinien wiedzieć, czym ona jest, i móc z niej zrezygnować. Mnie bliższe pozostaje archiwum, które uczciwie kończy się tam, gdzie kończy się zapis.

    Jego ograniczenie ma dla mnie wartość. Pozwala spotkać się z wypowiedzią, której treści nie dopasowano do dzisiejszego oczekiwania. Człowiek na nagraniu może być roztargniony, mieć inne zdanie, nie odpowiedzieć na pytanie. Zachowuje fragment swojej odrębności.

    Wracam więc do wyobrażonej wiadomości o spóźnieniu. Nadal trwa kilkanaście sekund. Nie stała się mądrzejsza. Nie dopisano do niej pożegnania. Ktoś miał po prostu przyjść trochę później.

    Teraz można usłyszeć ją jeszcze raz, jeśli ma się na to ochotę. Albo zamknąć folder.

    Wolałbym, żeby nagranie cierpliwie czekało na tę decyzję.


    Robert J Błaszczyk
    Dziennikarz · autor Nocnego Patrolu · psycholog · psychotraumatolog

    Jestem dziennikarzem, autorem Nocnego Patrolu i rodowitym wrocławianinem. Na ERBEN.PL piszę o radiu, drogach, historii i człowieku wobec wydarzeń, które zmieniają codzienność. Łączę perspektywę reporterską z wiedzą psychologiczną i zainteresowaniem komunikacją.

    Prowadzę konsultacje psychologiczne i psychotraumatologiczne online. Pomagam uporządkować trudności związane ze stresem, przeciążeniem emocjonalnym, relacjami i następstwami trudnych doświadczeń oraz ustalić możliwe kolejne kroki.

    W pracy wykorzystuję psychoedukację, analizę funkcjonalną zachowania, dialog motywacyjny oraz elementy podejścia poznawczo-behawioralnego i skoncentrowanego na rozwiązaniach. Dobieram sposób pracy do sytuacji, potrzeb i celu konsultacji.

    Łączę przygotowanie psychologiczne i psychotraumatologiczne, obejmujące suicydologię, z doświadczeniem dziennikarza, coacha, wykładowcy i eksperta komunikacji. Na Psycholog.CLICK przekładam wiedzę psychologiczną na zrozumiałe artykuły i praktyczne wskazówki.

    Nie musisz mieć gotowej nazwy swojego problemu. Możemy zacząć od tego, co jest dla Ciebie trudne.

    Umów konsultację w ZnanyLekarz
    Napisz do mnie przez WhatsApp
    Telefon kontaktowy: +48 790 404 404.

    Bibliografia i źródła

    • Błaszczyk, R. J. (b.d.). Psychologia mediów. Dlaczego ten głos nie pozwala Ci przełączyć? ERBEN.PL. Wcześniejsza publikacja autora, wykorzystana jako kontekst.
    • Hewson, H., Galbraith, N., Jones, C., & Heath, G. (2024). The impact of continuing bonds following bereavement: A systematic review. Death Studies, 48(10), 1001–1014. Publikacja internetowa 19 czerwca 2023 r. DOI: 10.1080/07481187.2023.2223593. Wykorzystano abstrakt i dane bibliograficzne.
    • Hollanek, T., & Nowaczyk-Basińska, K. (2024). Griefbots, Deadbots, Postmortem Avatars: on Responsible Applications of Generative AI in the Digital Afterlife Industry. Philosophy & Technology, 37, artykuł 63. DOI: 10.1007/s13347-024-00744-w.
    • Library of Congress. (b.d.). Keeping Personal Digital Audio. Personal Archiving: Preserving Your Digital Memories. Dostęp 26 września 2026 r.

    The Voice Remains. The Person’s Gone

    A recording can outlive a person, preserving something as ordinary as the way they said our name. Later, we return to a few seconds we barely noticed the first time we listened. What interests me is that change in meaning: the moment an ordinary file becomes something we do not want to lose.

    Imagine a voice message. A dozen seconds or so, the rustle of clothing, a brief hesitation before the first word. Someone says they will be a little late. Nothing that seems worth preserving for future generations. The first time we play it, we might also be looking for our keys or checking whether there is any milk left in the fridge.

    This is an illustration, not an account of anyone’s particular experience. Yet changing one circumstance is enough to reveal how much such a small thing can hold. The person who sent the message dies. The file remains.

    The information about being late loses its relevance. Suddenly, the rustle, the breath and the unfinished word matter. What once got in the way of listening becomes one of the most precious parts of the recording. We can hear someone going about their day, unaware that one day another person will listen to them like this.

    As a radio journalist, I pay attention to precisely that surplus. To everything a voice carries beyond the content of a sentence. A reporter sets out to convey information, but also leaves behind a pace, fatigue, temperament and sometimes uncertainty. A recording preserves things the speaker did not entirely control.

    Years later, those may be exactly what we seek.

    Ordinary words have their own history

    It is easy to assume that the most important recordings should contain important things. Declarations, farewells, the story of a life. Yet a private archive might consist of arrangements to meet, questions about shopping and updates from a journey. The person speaking is not addressing posterity. They are talking to someone with whom they share everyday concerns.

    Such recordings make me think about the difference between a formal portrait and a photograph taken in passing. In the first, everything has been arranged. In the second, someone happens to be turning their head. They may not look more flattering, but sometimes they are closer to the person we remember.

    A small stumble can play a similar role in a voice. A distinctive way of drawing out a vowel. Laughter that arrives before the punchline. A short pause we knew so well that we felt no need to fill it.

    I do not want to decide whether sound preserves a person better than a photograph. Photography has its own power. A voice, though, lets us hear a moment unfolding again. We have to stay with it for a few seconds. Wait for the next word. Accept somebody else’s pace.

    That matters in radio, too. An old broadcast may contain an outdated weather forecast, an announcement for a concert that took place long ago, and a traffic report about a road that has since been rebuilt. As current information, it is no longer useful. As a record of how people spoke to their listeners, its second life may just be beginning.

    On ERBEN.PL, I have already written about the relationship between a radio voice and a listener. Here, I am interested in what follows: the point at which a recording remains, although we can no longer speak to the person behind it (Błaszczyk, n.d.).

    Then even the introduction to the next song can mean more than a carefully prepared tribute.

    You can keep it without pressing play

    Other people’s instructions readily gather around the belongings of those who have died. Put it away. Return to it. Say goodbye. Such sentences usually contain more certainty than knowledge of the person being addressed.

    Researchers describe continuing bonds with someone who has died as a relationship expressed, among other ways, through memories, meanings and actions. A systematic review covering 79 studies identifies both comfort and distress associated with these bonds. It does not justify a simple recommendation that everyone should either maintain or relinquish them. Nor was it a study testing the effectiveness of listening to voice recordings (Hewson et al., 2024). PubMed

    I would therefore be cautious about judging someone’s folder of messages. The fact that a person does not delete them tells us little about how they are living. Just as a photo album left unopened for years does not explain their entire relationship with the person in the pictures.

    You can want to preserve a recording without wanting to hear it today. You can return to it after a long break. You can also decide that remembering someone does not require this kind of intermediary. I would not turn any of these choices into a test of attachment.

    There should also be room for those who have no recording. Not everyone had the chance. Not every family recorded daily life. Not every phone preserved old messages. In writing about the value of a voice, it is easy to unwittingly give someone another reason for regret.

    The absence of a file is not the absence of care. Our relationships also happened when no device was recording them.

    An archive has limits

    There is, however, a thoroughly practical matter. If we want to keep a recording, it helps to distinguish between being able to play it today and preserving it for the future.

    The Library of Congress recommends selecting important audio files, exporting them, describing them clearly and keeping copies in different locations. It also advises checking periodically that they remain readable. These are modest actions, but protecting a private archive is made up of just such tasks (Library of Congress, n.d.). Digital Preservation – Library of Congress

    I would add a description that allows somebody else to understand the recording. Who is speaking? To whom? Approximately when was it recorded? Our memory supplies the answers so readily that we may overlook the fact that we have never written them down.

    Years later, someone may inherit hundreds of files named with dates or strings of numbers. They will have the sound, but not necessarily the story that makes it understandable. Two ordinary sentences accompanying a recording can save a great deal of guesswork.

    Sharing it is a separate decision. A message sent to one person came into being within a particular relationship. What matters to me is whether publishing it respects the privacy of the speaker and of the people they mention. Moving an audience does not settle that question.

    In a newsroom, we bear a similar responsibility when editing. We can shorten a statement, retaining the speaker’s actual words while losing their meaning. A private recording deserves context, too. Especially when its author can no longer explain what they meant.

    When a recording starts answering back

    Artificial intelligence introduces another boundary. Playing an old message and generating a new statement in a familiar voice are two different acts. In the first case, we hear a record of a particular moment. In the second, we receive content the person may never have uttered.

    Tomasz Hollanek and Katarzyna Nowaczyk-Basińska examined such simulations, highlighting consent, transparency and the ability to end interaction with the system. Their paper uses hypothetical scenarios for ethical analysis. It is not a clinical study demonstrating benefits or harms for all users (Hollanek & Nowaczyk-Basińska, 2024). Springer Nature Link

    I understand the temptation to hear something more. A question we never managed to ask can stay with us for a long time. But I would not want a resemblance in sound to give a generated answer the authority of the person who is no longer here. A familiar tone cannot establish what they would actually have said in a new situation.

    I do not have to regard every such technology as bad to insist on a clear distinction. Someone may knowingly wish to use a simulation. They should understand what it is and be able to stop. I remain more drawn to an archive that honestly ends where the recorded material ends.

    Its limitation has value for me. It allows us to encounter a statement whose content has not been adjusted to meet today’s expectations. The person on the recording may be distracted, disagree with us or fail to answer a question. They retain something of their separateness.

    So I return to the imagined message about being late. It still lasts a dozen seconds or so. It has not become wiser. No farewell has been added. Someone was simply going to arrive a little later.

    Now we can listen to it again, if we want to. Or close the folder.

    I would prefer the recording to wait patiently for that decision.


    Robert J Błaszczyk
    Journalist · creator of Nocny Patrol · psychologist · psychotraumatology practitioner

    I am a journalist, the creator of the radio programme Nocny Patrol, and a native of Wrocław, Poland. On ERBEN.PL, I write about radio, roads, history and how people respond to events that change their everyday lives. I combine a reporter’s perspective with psychological knowledge and an interest in communication.

    I provide online psychological consultations and consultations focused on the psychological impact of traumatic experiences. I help people make sense of stress, emotional overload, relationship difficulties and the effects of distressing experiences, and identify possible next steps.

    My work draws on psychoeducation, functional behavioural analysis, motivational interviewing, and elements of cognitive behavioural and solution-focused approaches. I adapt the approach to the person’s circumstances, needs and the purpose of the consultation.

    I combine my background in psychology and psychotraumatology, including suicidology, with my experience as a journalist, coach, lecturer and communication specialist. Through Psycholog.CLICK, I turn psychological knowledge into accessible articles and practical guidance.

    You do not need to have a name for your difficulty. We can start with what you are finding hard.

    Book a consultation via ZnanyLekarz
    Contact me on WhatsApp
    Contact number: +48 790 404 404. Consultations are offered in Polish; please ask about other language options.

    References and sources

    • Błaszczyk, R. J. (n.d.). Psychologia mediów. Dlaczego ten głos nie pozwala Ci przełączyć? [Media psychology: Why does this voice keep you listening?]. ERBEN.PL. An earlier publication by the author, used for context.
    • Hewson, H., Galbraith, N., Jones, C., & Heath, G. (2024). The impact of continuing bonds following bereavement: A systematic review. Death Studies, 48(10), 1001–1014. First published online June 19, 2023. DOI: 10.1080/07481187.2023.2223593. Abstract and bibliographic information consulted.
    • Hollanek, T., & Nowaczyk-Basińska, K. (2024). Griefbots, Deadbots, Postmortem Avatars: on Responsible Applications of Generative AI in the Digital Afterlife Industry. Philosophy & Technology, 37, Article 63. DOI: 10.1007/s13347-024-00744-w.
    • Library of Congress. (n.d.). Keeping Personal Digital Audio. Personal Archiving: Preserving Your Digital Memories. Accessed September 26, 2026.

    Poznaj moją działalność

    Uporządkuj trudną sytuację, znajdź temat do rozmowy albo przygotuj projekt, który pomaga ludziom lepiej się rozumieć. Łączę dziennikarstwo, psychologię, psychoedukację i komunikację. Na ERBEN.PL publikuję autorskie teksty o mediach, pamięci, drogach i ludzkich doświadczeniach. Psycholog.CLICK jest stroną mojej działalności psychologicznej oraz miejscem przystępnych artykułów o emocjach i codziennych trudnościach.

    Prowadzę konsultacje psychologiczne i psychotraumatologiczne online. Możesz zgłosić się z przeciążeniem, stresem, trudnościami w relacjach lub potrzebą omówienia następstw trudnych wydarzeń. Wspólnie określamy cel spotkania i możliwe dalsze kroki.

    Przyjmuję również zapytania o opinie psychologiczne, także przeznaczone do wykorzystania w postępowaniach sądowych, w granicach zlecenia i moich kompetencji. Zakres pracy wymaga indywidualnego ustalenia; nie obiecuję określonego rozstrzygnięcia.

    Moja działalność obejmuje także coaching oraz obszary eksperckie dotyczące NLP, medytacji i hipnozy. Wymienienie tych obszarów nie oznacza jednakowej skuteczności klinicznej poszczególnych metod.

    Zapraszam do rozmowy o konsultacji, opinii, warsztacie, projekcie edukacyjnym lub współpracy medialnej. Napisz, czego potrzebujesz. Ustalimy, czy i w jakim zakresie mogę pomóc.

    Robert J Błaszczyk · ERBEN.PL

    Umów konsultację · WhatsApp
    Psycholog.CLICK – artykuły i działalność psychologiczna
    TikTok – @psycholog.click
    Facebook – Psycholog.CLICK
    ERBEN.PL · ProwadzenieImprez.com · 1244.yt
    Publikacje i produkty – Naffy

    Explore my work

    Make sense of a difficult situation, find a starting point for a conversation, or develop a project that helps people understand one another better. My work brings together journalism, psychology, psychoeducation and communication. On ERBEN.PL, I publish original writing about media, memory, roads and human experience. Psycholog.CLICK is the website for my psychological practice and a place for accessible articles about emotions and everyday difficulties.

    I provide online psychological consultations and consultations focused on the psychological impact of traumatic experiences. You can contact me about emotional overload, stress, relationship difficulties or a need to discuss the effects of distressing events. Together, we identify the purpose of the meeting and possible next steps.

    I also welcome enquiries about psychological reports, including those intended for use in court proceedings, within the scope of the commission and my professional competence. The work must be agreed individually; I do not promise a particular legal outcome.

    My activities also include coaching and specialist work relating to NLP, meditation and hypnosis. Listing these areas does not imply that the different methods have equal clinical effectiveness.

    You are welcome to contact me about a consultation, a report, a workshop, an educational project or media collaboration. Tell me what you need. We can establish whether and how I may be able to help.

    Robert J Błaszczyk · ERBEN.PL

    Book a consultation · WhatsApp
    Psycholog.CLICK – articles and psychological practice
    TikTok – @psycholog.click
    Facebook – Psycholog.CLICK
    ERBEN.PL · ProwadzenieImprez.com · 1244.yt
    Publications and products – Naffy


    Przeczytaj także

  • Kto nam gra w drodze

    Kto nam gra w drodze

    W XX wieku podróżowaliśmy z radiem, kasetami i płytami. W XXI dołączyły streaming, podcasty i audiobooki dostępne z telefonu, ale wcześniejsze sposoby słuchania nie zniknęły. Najciekawsza zmiana dotyczy tego, kto wybiera nam następny dźwięk i czego właściwie od niego oczekujemy.

    Kaseta z własną składanką była deklaracją niezależności. Można było nie znać słowa „personalizacja”, nie posiadać konta użytkownika i nie akceptować regulaminu. Wystarczyło przygotować nagranie, zabrać je do samochodu i przez najbliższą godzinę nie zdawać się na gust człowieka w radiowym studiu.

    Dlatego opowieść, że w XX wieku wszyscy słuchali tego, co nadawało radio, a dopiero internet pozwolił wybierać, wymaga poprawki. Kierowcy potrafili układać sobie podróż muzycznie na długo przed pojawieniem się Spotify.

    Równie nieostrożna jest druga popularna historia. Ta, w której telefon wjeżdża do samochodu, a radio grzecznie opuszcza pojazd.

    W rzeczywistości kilka sposobów słuchania podróżuje razem. Jeden człowiek może rano włączyć wiadomości, po południu własną muzykę, a podczas dłuższego wyjazdu rozmowę, na którą wcześniej nie miał czasu. Nie zmienia przy tym pokolenia ani światopoglądu. Zmienia potrzebę.

    Żeby zrozumieć samochodowe audio, warto więc przyjrzeć się nie tylko urządzeniom. Równie dużo mówi o nim przycisk, którego używamy, kiedy mamy już dość.

    Radio przywoziło świat

    Nie ma jednego brzmienia XX wieku. Samochód z lat trzydziestych i samochód z końca lat dziewięćdziesiątych należą do tego samego stulecia, lecz do bardzo różnych światów medialnych. Nie można też sprowadzić polskiej historii słuchania do amerykańskiej.

    Dobrym punktem orientacyjnym jest rok 1930. Galvin Manufacturing Corporation wprowadziła wtedy odbiornik Motorola, zaliczany przez firmową historię do pierwszych samochodowych radioodbiorników, które odniosły sukces komercyjny. To ostrożniejsze i uczciwsze określenie niż obwoływanie go bez zastrzeżeń pierwszym radiem w samochodzie. Motorola Solutions, historia firmy.

    Znaczenie odbiornika można jednak wyjaśnić bez konkursu na pierwszeństwo. Do wnętrza auta docierał program tworzony gdzie indziej i słuchany w tym samym czasie przez innych ludzi. Muzyka sąsiadowała ze słowem. Wiadomość, komentarz, transmisja sportowa czy audycja rozrywkowa miały określoną porę.

    Kierowca wybierał spośród dostępnych stacji. W obrębie wybranego programu przyjmował kolejność ustaloną przez redakcję. To podstawowa cecha radia linearnego, czyli takiego, którego ramówka biegnie niezależnie od pojedynczego odbiorcy.

    Miało to oczywiste ograniczenia. Piosenka mogła się nie podobać, rozmowa nudzić, a interesująca audycja kończyć akurat wtedy, gdy człowiek rozpoczynał podróż. Miało też szczególną zaletę. Nie trzeba było zarządzać każdym kolejnym wyborem.

    Radio proponowało pewną umowę. Zostań, a przeprowadzimy cię przez najbliższy fragment dnia.

    Dla jednych była to wygoda. Dla innych powód, żeby poszukać kasety.

    Własna muzyka przed internetem

    Kaseta pozwalała wnieść do samochodu własny porządek. Album ulubionego wykonawcy, składankę przygotowaną na wyjazd, nagranie otrzymane od kogoś bliskiego. Nie trzeba było czekać, aż redakcja przypomni sobie o konkretnej piosence.

    Można było słuchać kolejny raz tego samego. Można było też zaplanować kolejność utworów, zamiast traktować muzykę jako przypadkowe wypełnienie drogi.

    Z perspektywy dzisiejszych aplikacji to rozwiązanie skromne. Z perspektywy słuchacza istotna część obietnicy już istniała. Moja muzyka, mój moment, moja kolejność.

    Płyta kompaktowa rozwijała tę możliwość. Samochodowe CD nie jest wynalazkiem XXI wieku. W raporcie rocznym Sony za 1985 rok firma informowała, że Nissan zastosował jej odtwarzacze CD w swoich samochodach. To dokument z epoki, potwierdzający obecność rozwiązania, choć nie jego powszechność na wszystkich rynkach. Sony, „Annual Report 1985”, s. 6.

    Zmieniała się wygoda wyboru. Na płycie można było przejść do określonego utworu bez szukania go przez przewijanie taśmy. Nadal jednak należało mieć przy sobie nośnik.

    Warto zatrzymać się przy tej zwyczajnej czynności. Zabranie kilku kaset albo płyt było decyzją podjętą przed podróżą. Późniejszy wybór mieścił się w granicach tego, co leżało w schowku.

    Dzisiaj katalog może być znacznie większy, lecz sama potrzeba pozostaje rozpoznawalna. Chcemy czasem usłyszeć dokładnie to, co znamy. Nie coś podobnego. Nie propozycję redakcji. Ten utwór.

    Nostalgia łatwo robi z dawnych ograniczeń zalety. Nie ma jednak powodu udawać, że przewijanie taśmy było wygodniejsze od wskazania nagrania. Ważniejsza jest ciągłość. Słuchacz nie czekał na internet, żeby mieć własny gust.

    Kierowca chciał także wiedzieć

    Samochodowe radio nigdy nie musiało ograniczać się do muzyki. Droga wytwarzała własne zapotrzebowanie na informacje. Co wydarzyło się przed nami? Dlaczego stoimy? Czy komunikat dotyczy naszej trasy?

    W Polsce trwałym przykładem tej specjalizacji jest „Radio Kierowców”, audycja obecna w Programie 1 Polskiego Radia od 1974 roku. Jej nazwę przywołano później przy tworzeniu całodobowego Polskiego Radia Kierowców, dostępnego również przez internet i DAB+. Nie należy utożsamiać daty narodzin audycji z początkiem osobnej stacji. Policja, „Pierwsze urodziny Polskiego Radia Kierowców”.

    W informacji drogowej szczególnie wyraźnie widać wartość czasu i miejsca. Wiadomość może być prawdziwa, lecz dla konkretnego kierowcy już nieprzydatna. Może też dotyczyć zdarzenia odległego, które za godzinę wpłynie na jego podróż.

    Dzisiaj aplikacja nawigacyjna potrafi odnieść informację o ruchu do wybranej trasy. Zmienia to oczekiwania wobec komunikatu radiowego. Ogólna lista utrudnień konkuruje z informacją przygotowaną dla konkretnego przejazdu.

    Nie wynika z tego, że redakcja stała się zbędna. Jej zadanie można widzieć szerzej. Sprawdzić przyczynę, rozróżnić potwierdzoną wiadomość i pogłoskę, wyjaśnić skalę zdarzenia, poprawić wcześniejszy błąd.

    Na mapie potrzebujemy wiedzieć, którędy jechać. Od dziennikarza możemy oczekiwać również odpowiedzi, co się właściwie wydarzyło.

    Ta różnica ma znaczenie także poza drogą. Automatyczna informacja i odpowiedzialnie opracowana wiadomość nie są tym samym produktem.

    Telefon nie oznacza końca radia

    W XXI wieku do samochodu zaczęliśmy wnosić coraz większą część własnego środowiska medialnego. Muzykę, zapisane nagrania, subskrybowane audycje, książki i możliwość kontynuowania odsłuchu.

    Wyraźnym punktem tej historii jest prezentacja Apple CarPlay z 3 marca 2014 roku. Już ówczesny komunikat wymieniał muzykę, podcasty, audiobooki oraz aplikacje Spotify i iHeartRadio. Telefon miał udostępniać różne rodzaje treści przez samochodowy interfejs. Apple, komunikat o premierze CarPlay.

    Powstaje jednak pułapka językowa. „Słucham przez telefon” opisuje urządzenie, a niekoniecznie treść. Przez telefon można odbierać audycję radiową na żywo. Podcast może być produkcją rozgłośni. Nagranie dostępne na platformie wideo można odbierać jako dźwięk.

    Z kolei słowo „radio” bywa nazwą całego urządzenia na desce rozdzielczej, choć akurat odtwarza ono plik. Pytanie „radio czy internet?” często ustawia naprzeciw siebie rzeczy należące do różnych kategorii.

    Badanie The Infinite Dial 2025 pokazuje współistnienie źródeł. Wśród dorosłych mieszkańców USA, którzy w ostatnim miesiącu prowadzili samochód lub byli pasażerami, korzystanie z poszczególnych źródeł w głównym użytkowanym aucie deklarowano następująco.

    ŹródłoOdsetek
    Radio AM/FM74%
    Audio online55%
    Podcasty31%
    Płyty CD24%

    To deklaracje korzystania, nie udziały w czasie słuchania. Kategorie mogą się nakładać; wyników nie sumujemy. Nie opisują też Polski. Edison Research, „The Infinite Dial 2025”, slajd „Audio Sources Currently Used in Car”.

    Technologia nie wymienia całej publiczności wraz z premierą kolejnego interfejsu. Nowe możliwości dołączają do istniejących przyzwyczajeń. Samochód okazuje się miejscem, w którym różne epoki potrafią całkiem zgodnie współpracować.

    Czego dowodzą liczby

    W polskim badaniu Total Audio 2025 odbiornik samochodowy wskazano jako najczęściej używane urządzenie do słuchania radia w ciągu dnia, z wynikiem 50%. Nie oznacza to połowy całego samochodowego audio. Badanie obejmowało 2234 osoby w wieku 15–75 lat, a opis wyników opublikowano w kwietniu 2026 roku. Potwierdza znaczenie auta dla radia, nie rozstrzyga pełnego podziału słuchania podczas jazdy. KBR, „Total Audio 2025”.

    Podobnej ostrożności wymagają atrakcyjne nagłówki z zagranicy. Według publikacji Edison Research at SSRS z 9 września 2026 roku radio AM/FM, łącznie ze streamingiem stacji, odpowiadało za 70% czasu samochodowego słuchania audio z reklamami wśród Amerykanów w wieku 13–34 lat. To nie 70% całego audio. Pomiar obejmuje także pasażerów. Edison Research at SSRS, „Riding with Radio”.

    Po usunięciu tych zastrzeżeń powstaje mocniejszy slogan. Niestety, opisuje już coś innego.

    Nie mamy tu porównywalnego szeregu pomiarów, który pokazywałby, minuta po minucie, zmianę słuchania polskich kierowców od połowy XX wieku do dzisiaj. Dokumentacja urządzeń mówi, co było możliwe. Badania odbiorców mówią, z czego deklarowali korzystanie albo ile czasu temu poświęcali. To różne poziomy wiedzy.

    Podobnie nie można uczciwie stworzyć jednej listy gatunków muzycznych dla całego stulecia. Rock, pop, muzyka taneczna czy klasyczna nie stają się automatycznie muzyką kierowców tylko dlatego, że były popularne poza samochodem.

    Najpewniejsza odpowiedź dotyczy więc rozszerzenia repertuaru sposobów słuchania. Muzyka i mówiony program radiowy zyskały liczniejszych konkurentów dostępnych na żądanie. Jednocześnie starsze formy zachowały użytkowników.

    Słowo „naprawdę” wymaga tu mniej efektownej odpowiedzi niż opowieść o jednej wielkiej rewolucji. W różnych samochodach, przy różnych okazjach, słucha się różnych rzeczy.

    Kto wybiera następny dźwięk

    Proponuję spojrzeć na tę historię przez trzy sposoby podejmowania decyzji.

    Pierwszy oddaje wybór redakcji. Włączamy program i pozwalamy komuś ułożyć najbliższe minuty. Dobry prowadzący, sensowna selekcja tematów i wiarygodne wiadomości mogą uzasadniać pozostanie przy stacji.

    Drugi opiera się na własnym wyborze. Dawniej mogła to być kaseta. Dzisiaj konkretny album, pobrany audiobook albo odcinek podcastu. Wspólną cechą jest wskazanie treści, której właśnie chcemy.

    Trzeci polega na przyjmowaniu kolejnych propozycji platformy. Zaczynamy od czegoś wybranego samodzielnie, a potem pozwalamy systemowi podpowiadać dalszy ciąg. To odmienna sytuacja od odtwarzania starannie ułożonej własnej listy, nawet jeśli obie mieszczą się w tej samej aplikacji.

    Te sposoby nie odpowiadają trzem pokoleniom ludzi. Możemy korzystać ze wszystkich.

    Zwolennik radia słusznie zauważy, że ogromny wybór nie zastępuje dobrego programu. Zwolennik streamingu równie słusznie odpowie, że przywiązanie do medium nie usprawiedliwia nudnej anteny, powtarzalności i nadmiaru reklam.

    Obie uwagi prowadzą do konkretnego wymagania. Trzeba dać człowiekowi powód, żeby został.

    Podcast może wygrać ciągłością opowieści. Własna muzyka trafnością wyboru. Radio aktualnością, charakterem prowadzącego i poczuciem uczestniczenia w czymś, co dzieje się właśnie teraz. Żadna z tych zalet nie działa automatycznie tylko dlatego, że na ekranie widnieje właściwa nazwa.

    Pozostaje jeszcze zwyczajna rozmowa z pasażerem albo cisza. Badania rynku audio nie powinny przesłaniać faktu, że podróż nie musi być nieprzerwanym odsłuchem.

    W XX wieku wybór bywał ograniczony do dostępnych stacji i zabranych nagrań. W XXI może sięgać daleko poza zawartość schowka. Nadal jednak oceniamy to, co płynie z głośników, w bardzo konkretnych okolicznościach. Podczas krótkiego dojazdu, wielogodzinnej trasy, samotnej podróży albo wspólnego wyjazdu.

    Radio nie zachowa miejsca w samochodzie za zasługi. Aplikacja nie otrzyma całej naszej uwagi za samą nowoczesność.

    Ostatecznie po obu stronach tej historii pozostaje człowiek, który może powiedzieć: tego chcę jeszcze posłuchać.


    Robert J Błaszczyk
    Dziennikarz · autor Nocnego Patrolu · psycholog · psychotraumatolog

    Jestem dziennikarzem, autorem Nocnego Patrolu i rodowitym wrocławianinem. Na ERBEN.PL piszę o radiu, drogach, historii i człowieku wobec wydarzeń, które zmieniają codzienność. Łączę perspektywę reporterską z wiedzą psychologiczną i zainteresowaniem komunikacją.

    Prowadzę konsultacje psychologiczne i psychotraumatologiczne online. Pomagam uporządkować trudności związane ze stresem, przeciążeniem emocjonalnym, relacjami i następstwami trudnych doświadczeń oraz ustalić możliwe kolejne kroki.

    W pracy wykorzystuję psychoedukację, analizę funkcjonalną zachowania, dialog motywacyjny oraz elementy podejścia poznawczo-behawioralnego i skoncentrowanego na rozwiązaniach. Dobieram sposób pracy do sytuacji, potrzeb i celu konsultacji.

    Łączę przygotowanie psychologiczne i psychotraumatologiczne, obejmujące suicydologię, z doświadczeniem dziennikarza, coacha, wykładowcy i eksperta komunikacji. Na Psycholog.CLICK przekładam wiedzę psychologiczną na zrozumiałe artykuły i praktyczne wskazówki.

    Nie musisz mieć gotowej nazwy swojego problemu. Możemy zacząć od tego, co jest dla Ciebie trudne.

    Umów konsultację w ZnanyLekarz
    Napisz do mnie przez WhatsApp
    Telefon kontaktowy: +48 790 404 404.

    Bibliografia i źródła

    1. Motorola Solutions, Timeline, część „1930: First Motorola Brand Car Radio”, historia instytucjonalna, bez daty publikacji.
    2. Sony Corporation, Annual Report 1985, 1985, s. 6, informacja o zastosowaniu odtwarzaczy Sony CD w samochodach Nissan. Dokument z epoki.
    3. Biuro Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji, Pierwsze urodziny Polskiego Radia Kierowców, materiał archiwalny dotyczący obchodów w 2021 roku.
    4. Apple, Apple Rolls Out CarPlay Giving Drivers a Smarter, Safer & More Fun Way to Use iPhone in the Car, 3 marca 2014.
    5. Edison Research, The Infinite Dial 2025, 20 marca 2025, część „In-Car Media”, slajd „Audio Sources Currently Used in Car”.
    6. Komitet Badań Radiowych, Adres:Media, Total Audio 2025, opis wyników opublikowany 14 kwietnia 2026.
    7. Edison Research at SSRS, Riding with Radio — Daily Time Spent with Ad-Supported Audio Sources in the Car, 9 września 2026.

    Who Chooses Our Road Soundtrack

    In the twentieth century, we travelled with radio, cassettes and CDs. In the twenty-first, streaming, podcasts and audiobooks delivered through our phones joined them, without making the earlier ways of listening disappear. The most interesting change concerns who chooses the next sound and what we actually want from it.

    A cassette containing your own compilation was a declaration of independence. You did not need to know the word “personalisation”, have a user account or accept any terms and conditions. You simply prepared a recording, took it to the car and spent the next hour without relying on the musical taste of someone in a radio studio.

    That is why the story in which everyone spent the twentieth century listening to whatever radio offered, until the internet finally gave them a choice, needs correcting. Drivers were arranging their own travelling soundtracks long before Spotify appeared.

    The other familiar story is equally careless. In that version, the phone enters the car and radio politely gets out.

    In reality, several ways of listening travel together. The same person might choose news in the morning, their own music in the afternoon and, on a longer journey, a conversation they previously had no time to hear. They have not changed generations or worldviews. They want something different.

    To understand in-car audio, we therefore need to look beyond the devices. The button we press when we have had enough tells us just as much.

    Radio brought the world along

    The twentieth century did not have a single soundtrack. A car from the 1930s and one from the late 1990s belong to the same century but to very different media environments. Nor can the history of listening in Poland be reduced to the American experience.

    One useful reference point is 1930. That year, Galvin Manufacturing Corporation introduced the Motorola receiver, described in the company’s history as one of the first commercially successful car radios. That is a more careful and defensible description than declaring it, without qualification, the first radio in a car. Motorola Solutions, company history.

    The receiver’s significance can nevertheless be explained without a contest over who came first. A programme made elsewhere entered the vehicle, reaching other people at the same moment. Music shared airtime with speech. News, commentary, sports coverage and entertainment programmes had scheduled slots.

    Drivers chose among the stations they could receive. Within the selected programme, they accepted the sequence arranged by its editors. This is the defining feature of linear radio: its schedule runs independently of any individual listener.

    There were obvious limitations. A song might be unwelcome, a conversation dull, or an interesting programme might end just as the journey began. There was also a particular advantage. You did not have to manage every successive choice.

    Radio offered a kind of agreement. Stay with us and we will take you through the next part of your day.

    For some people, that was convenient. For others, it was a reason to find a cassette.

    Personal music before the internet

    The cassette allowed people to bring their own sequence into the car. An album by a favourite artist, a compilation prepared for a trip, a recording received from someone close. There was no need to wait for a radio editor to remember a particular song.

    You could hear the same thing again. You could also plan the order of the tracks, rather than accept music as an incidental accompaniment to the journey.

    By the standards of today’s apps, it was a modest arrangement. From the listener’s perspective, an important part of the promise already existed. My music, my timing, my sequence.

    The compact disc extended that possibility. In-car CD playback was not a twenty-first-century invention. In its 1985 annual report, Sony stated that Nissan had adopted its CD players for use in cars. This contemporary document confirms that the technology was available, though not that it was widespread in every market. Sony, “Annual Report 1985”, p. 6.

    Selecting something became more convenient. A CD allowed listeners to move to a particular track without searching for it by winding tape. They still had to bring the recording with them.

    That ordinary action is worth considering. Taking a few cassettes or discs meant making a decision before the journey. Later choices remained within the limits of what was in the glove compartment.

    Today’s catalogue may be much larger, but the need remains recognisable. Sometimes we want to hear precisely what we know. Not something similar. Not an editor’s suggestion. That particular track.

    Nostalgia can easily turn former limitations into virtues. There is no reason, however, to pretend that winding a tape was more convenient than selecting a recording. The continuity matters more. Listeners did not wait for the internet to develop tastes of their own.

    Drivers also wanted information

    Car radio never had to confine itself to music. The road created its own demand for information. What had happened ahead? Why had traffic stopped? Did the announcement concern our route?

    In Poland, a lasting example of this specialisation is Radio Kierowców, a programme carried by Polish Radio’s First Programme since 1974. Its name was later echoed in the creation of the round-the-clock station Polskie Radio Kierowców, also available online and through DAB+. The programme’s starting date should not be confused with the launch of the separate station. Polish Police, “Pierwsze urodziny Polskiego Radia Kierowców”.

    Traffic information makes the importance of time and place particularly clear. A report may be true but no longer useful to an individual driver. Equally, it may concern a distant incident that will affect their journey in an hour.

    Today, a navigation app can relate traffic information to the chosen route. This changes expectations of a radio bulletin. A general list of disruptions competes with information prepared for a particular journey.

    That does not make a newsroom unnecessary. Its role can be understood more broadly: checking the cause, distinguishing confirmed information from rumour, explaining the scale of an incident and correcting earlier mistakes.

    We need a map to tell us which way to go. We can also expect a journalist to explain what actually happened.

    The distinction matters beyond the road. Automated information and responsibly reported news are different products.

    A phone does not mean radio ends

    In the twenty-first century, we began bringing more of our personal media environment into the car. Music, saved recordings, subscribed programmes, books and the ability to resume listening.

    Apple’s presentation of CarPlay on 3 March 2014 marks a clear point in this story. The original announcement already mentioned music, podcasts, audiobooks, Spotify and iHeartRadio. The phone was intended to make different types of content accessible through the car’s interface. Apple, CarPlay launch announcement.

    There is a linguistic trap here, though. “I listen through my phone” identifies a device, not necessarily the content. A phone can receive live radio. A podcast may be produced by a broadcaster. A recording available on a video platform can be experienced as audio.

    Meanwhile, people sometimes call the whole dashboard unit a “radio”, even when it is playing a file. Asking “radio or internet?” often places things from different categories in opposition.

    The Infinite Dial 2025 illustrates the coexistence of sources. Among US adults who had driven or ridden in a car during the previous month, reported use in their primary car was as follows.

    SourcePercentage
    AM/FM radio74%
    Online audio55%
    Podcasts31%
    CDs24%

    These are reported usage figures, not shares of listening time. Categories can overlap and should not be added together. They do not describe Poland. Edison Research, “The Infinite Dial 2025”, “Audio Sources Currently Used in Car”.

    Technology does not replace its entire audience whenever a new interface launches. New possibilities join existing habits. The car turns out to be a place where different eras can work together quite comfortably.

    What the numbers actually show

    In Poland’s Total Audio 2025 study, the car receiver was the most frequently used device for daily radio listening, at 50%. That does not mean half of all in-car audio. The study covered 2,234 people aged 15–75; its results summary appeared in April 2026. It confirms the car’s importance to radio, without establishing the complete distribution of listening during journeys. KBR, “Total Audio 2025”.

    Eye-catching international headlines require similar care. An Edison Research at SSRS publication dated 9 September 2026 reported that AM/FM radio, including station streams, accounted for 70% of in-car ad-supported audio time among Americans aged 13–34. That is not 70% of all audio. The measurement also includes passengers. Edison Research at SSRS, “Riding with Radio”.

    Remove those qualifications and you get a stronger slogan. Unfortunately, it now describes something else.

    We do not have a comparable measurement series here that traces, minute by minute, the changing listening habits of Polish drivers from the mid-twentieth century to the present. Equipment records tell us what was possible. Audience research tells us what people reported using or how much time they devoted to it. These are different kinds of knowledge.

    Likewise, it would be misleading to produce one list of musical genres for an entire century. Rock, pop, dance music and classical music do not automatically become “drivers’ music” merely because they were popular outside cars.

    The most defensible answer therefore concerns the expansion of ways to listen. Music and spoken radio programmes gained more competitors available on demand. At the same time, older forms retained users.

    The word “really” requires a less spectacular answer than a story about one great revolution. People listen to different things in different cars and on different occasions.

    Who chooses the next sound

    I suggest looking at this history through three ways of making decisions.

    The first gives the choice to an editorial team. We switch on a programme and let someone arrange the next few minutes. A good presenter, well-chosen subjects and reliable news can make staying with a station worthwhile.

    The second rests on our own selection. Once, that might have meant a cassette. Today it might be a particular album, a downloaded audiobook or a podcast episode. The common feature is choosing the content we want at that moment.

    The third involves accepting a platform’s successive suggestions. We begin with something we have selected ourselves, then allow the system to propose what comes next. That differs from playing a carefully arranged personal list, even when both happen inside the same app.

    These approaches do not correspond to three generations of people. We can use all of them.

    A radio enthusiast can rightly point out that an enormous choice does not replace a good programme. A streaming enthusiast can just as reasonably reply that affection for a medium does not excuse dull broadcasting, repetition or excessive advertising.

    Both observations lead to a concrete requirement. Give people a reason to stay.

    A podcast can win through the continuity of its story. A personal music selection can match someone’s taste precisely. Radio can offer immediacy, a presenter’s character and a sense of participating in something happening right now. None of these advantages appears automatically because the right name is displayed on a screen.

    There is also ordinary conversation with a passenger, or silence. Audio market research should not obscure the fact that a journey need not involve uninterrupted listening.

    In the twentieth century, choice could be limited to available stations and the recordings people brought along. In the twenty-first, it can extend far beyond the glove compartment. We still assess what comes through the speakers in particular circumstances: a short commute, a journey lasting several hours, travelling alone or going somewhere together.

    Radio will not retain its place in the car on past achievements alone. An app will not receive all our attention simply by being modern.

    Ultimately, at both ends of this history, there is a person who can say: I want to hear more of this.


    Robert J Błaszczyk
    Journalist · creator of Nocny Patrol · psychologist · psychotraumatology practitioner

    I am a journalist, the creator of the radio programme Nocny Patrol, and a native of Wrocław, Poland. On ERBEN.PL, I write about radio, roads, history and how people respond to events that change their everyday lives. I combine a reporter’s perspective with psychological knowledge and an interest in communication.

    I provide online psychological consultations and consultations focused on the psychological impact of traumatic experiences. I help people make sense of stress, emotional overload, relationship difficulties and the effects of distressing experiences, and identify possible next steps.

    My work draws on psychoeducation, functional behavioural analysis, motivational interviewing, and elements of cognitive behavioural and solution-focused approaches. I adapt the approach to the person’s circumstances, needs and the purpose of the consultation.

    I combine my background in psychology and psychotraumatology, including suicidology, with my experience as a journalist, coach, lecturer and communication specialist. Through Psycholog.CLICK, I turn psychological knowledge into accessible articles and practical guidance.

    You do not need to have a name for your difficulty. We can start with what you are finding hard.

    Book a consultation via ZnanyLekarz
    Contact me on WhatsApp
    Contact number: +48 790 404 404. Consultations are offered in Polish; please ask about other language options.

    References and sources

    1. Motorola Solutions, Timeline, section “1930: First Motorola Brand Car Radio”, institutional history, undated.
    2. Sony Corporation, Annual Report 1985, 1985, p. 6, information on Nissan’s adoption of Sony CD players. Contemporary document.
    3. Biuro Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji, Pierwsze urodziny Polskiego Radia Kierowców [Polskie Radio Kierowców’s first anniversary], archived account of the 2021 celebrations.
    4. Apple, Apple Rolls Out CarPlay Giving Drivers a Smarter, Safer & More Fun Way to Use iPhone in the Car, 3 March 2014.
    5. Edison Research, The Infinite Dial 2025, 20 March 2025, “In-Car Media”, slide “Audio Sources Currently Used in Car”.
    6. Komitet Badań Radiowych, Adres:Media, Total Audio 2025, results summary published 14 April 2026.
    7. Edison Research at SSRS, Riding with Radio — Daily Time Spent with Ad-Supported Audio Sources in the Car, 9 September 2026.

    Poznaj moją działalność

    Uporządkuj trudną sytuację, przygotuj ważny przekaz albo nadaj swojemu projektowi wyraźny kierunek. Łączę pracę dziennikarza z wiedzą psychologiczną, psychoedukacją i doświadczeniem w komunikacji.

    Na Psycholog.CLICK prowadzę konsultacje psychologiczne i psychotraumatologiczne online. Możesz zgłosić się z przeciążeniem, stresem, trudnościami w relacji lub następstwami trudnych doświadczeń. Wspólnie określamy temat spotkania i możliwe dalsze kroki, adekwatne do Twojej sytuacji.

    Przyjmuję również zapytania o opinie psychologiczne, także przeznaczone do wykorzystania w postępowaniach sądowych, w zakresie konkretnego zlecenia i moich kompetencji. Możliwość przygotowania opinii wymaga indywidualnego ustalenia celu oraz dostępnego materiału.

    Moja działalność obejmuje coaching, a także obszary eksperckie dotyczące NLP, medytacji i hipnozy. Charakter współpracy dobieram do celu projektu; wymienienie tych obszarów nie oznacza, że są zamiennymi metodami pomocy klinicznej.

    Na ERBEN.PL rozwijam autorskie dziennikarstwo o mediach, drogach i człowieku. Zapraszam także do współpracy przy warsztatach, projektach edukacyjnych, materiałach medialnych i wydarzeniach. Jeśli potrzebujesz konsultacji, opinii, rozmówcy lub prowadzącego, napisz, czego dotyczy sprawa. Ustalimy, czy i w jakiej formie mogę pomóc.

    Robert J Błaszczyk · ERBEN.PL

    Umów konsultację · WhatsApp
    Psycholog.CLICK – artykuły i działalność psychologiczna
    TikTok – @psycholog.click
    Facebook – Psycholog.CLICK
    ERBEN.PL · ProwadzenieImprez.com · 1244.yt
    Publikacje i produkty – Naffy

    Explore my work

    Make sense of a difficult situation, prepare an important message or give your project a clear direction. I combine journalism with psychological knowledge, psychoeducation and experience in communication.

    Through Psycholog.CLICK, I provide online psychological consultations and consultations focused on the psychological impact of traumatic experiences. You can contact me about overload, stress, relationship difficulties or the effects of distressing events. Together, we establish the focus of the consultation and possible next steps appropriate to your circumstances.

    I also welcome enquiries about psychological reports, including those intended for use in court proceedings, within the scope of a specific commission and my professional competence. Whether a report can be prepared depends on individually establishing its purpose and the material available.

    My work includes coaching and areas of expertise relating to NLP, meditation and hypnosis. The form of cooperation depends on the project’s purpose; listing these areas does not mean they are interchangeable methods of clinical support.

    On ERBEN.PL, I develop independent journalism about media, roads and people. I also welcome cooperation on workshops, educational projects, media content and events. If you need a consultation, a report, a contributor or a presenter, write and explain what you have in mind. We can establish whether and how I can help.

    Robert J Błaszczyk · ERBEN.PL

    Book a consultation · WhatsApp
    Psycholog.CLICK – articles and psychological services
    TikTok – @psycholog.click
    Facebook – Psycholog.CLICK
    ERBEN.PL · ProwadzenieImprez.com · 1244.yt
    Publications and products – Naffy

    Przeczytaj także, zweryfikowane istniejące publikacje:

  • Cztery godziny innego świata

    Cztery godziny innego świata

    11 września 2001 roku o godzinie 14.00 rozpocząłem popołudniowy dyżur w Radiu Klakson na 106,1 FM. Cztery godziny później odchodziłem od mikrofonu z przekonaniem, że zaczyna się czas wojny. Dziś, w dwudziestą piątą rocznicę zamachów, wracam do najbardziej niezwykłej audycji, jaką prowadziłem, i do mojego ostatniego dyżuru przy studyjnym mikrofonie tej rozgłośni.

    Robert J Błaszczyk
    11 września 2026

    W grafiku było zwykłe popołudnie

    Po kilku tygodniach nieobecności przy radiowym mikrofonie wpisałem sobie dyżur. Wtorek, 11 września 2001 roku. Od czternastej do osiemnastej.

    Miałem prowadzić popołudniowe pasmo Radia Klakson. Był to program oparty na bieżących tematach i ciągłym kontakcie ze słuchaczami. Taka praca wymagała gotowości do rozmowy, reagowania na to, co przynosi dzień, i podtrzymywania radiowej obecności przez kolejne godziny.

    Nie miałem na ten dyżur szczególnego pomysłu.

    Po dwudziestu pięciu latach właśnie ta zwyczajność początku wydaje mi się istotna. Wpisujemy coś do kalendarza, zakładamy określoną długość spotkania, wiemy, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy. Tyle wystarcza, żeby pojawiło się poczucie, że znamy przynajmniej najbliższy fragment przyszłości.

    Mój fragment miał cztery godziny.

    Nie chcę dziś dopisywać do niego przeczucia ani udawać, że od początku towarzyszyła mi świadomość historycznej chwili. Rozpoczynałem pracę prezentera. Dopiero wydarzenia nadały temu dyżurowi znaczenie, którego nie dało się zaplanować.

    Kiedy teraz myślę o tamtym popołudniu, widzę przede wszystkim spotkanie dwóch porządków. Jednym była ramówka regionalnej rozgłośni. Drugim wydarzenia w Stanach Zjednoczonych, które w trakcie tej ramówki zaczęły zmieniać sposób, w jaki rozumieliśmy bezpieczeństwo i przyszłość.

    Czterdzieści sześć minut później

    Pierwszy samolot uderzył w północną wieżę World Trade Center o 8.46 czasu nowojorskiego. W Polsce była 14.46, czterdzieści sześć minut po rozpoczęciu mojego dyżuru. Drugie uderzenie nastąpiło siedemnaście minut później. National September 11 Memorial & Museum

    W moim wspomnieniu wiadomości zaczęły napływać niedługo po rozpoczęciu programu. Gdy zestawiam to z chronologią wydarzeń, mogę wskazać ich historyczny moment. Nie mogę natomiast przypisać dokładnej minuty pierwszej informacji, która dotarła do mnie w studiu.

    Pamiętam napływające doniesienia agencyjne i relacje mediów, przede wszystkim BBC. Informacje były sprzeczne. Nie układały się od razu w całość, którą znamy dzisiaj.

    To ważne, bo po latach bardzo łatwo opowiedzieć tamten dzień od końca. Wiemy już, co się wydarzyło. Znamy sprawców, miejsca, kolejność uderzeń. Oglądamy materiały ułożone w dokument, którego autor miał czas sprawdzić informacje i wybrać obrazy.

    Prezenter pracujący na żywo takiego komfortu nie ma.

    Kolejna wiadomość może zmienić znaczenie poprzedniej. Sam fakt, że coś zostało właśnie podane, nie rozstrzyga jeszcze, czy jest potwierdzone. A mimo to audycja trwa. Trzeba mówić do ludzi, kiedy samemu dopiero poznaje się wydarzenia.

    Właśnie w takich chwilach warsztat dziennikarski przestaje być abstrakcyjnym zbiorem zasad. Staje się odpowiedzialnością za najbliższe zdanie.

    Dwa zegary jednego dnia

    Poniższa chronologia pokazuje wydarzenia w USA na tle mojego dyżuru. Nie jest zapisem godzin, w których informowałem o nich na antenie.

    Czas w PolsceCzas w Nowym JorkuWydarzenie
    14.008.00Początek mojego dyżuru
    14.468.46Lot AA11 uderza w północną wieżę WTC
    15.039.03Lot UA175 uderza w południową wieżę WTC
    15.379.37Lot AA77 uderza w Pentagon
    15.599.59Zawala się południowa wieża WTC
    16.0310.03Lot UA93 rozbija się w Pensylwanii
    16.2810.28Zawala się północna wieża WTC
    18.0012.00Koniec mojego dyżuru

    Godziny wydarzeń za National Park Service; godziny dyżuru z mojej relacji. Przeliczenie uwzględnia sześciogodzinną różnicę czasu. Chronologia National Park Service

    W tej tabeli mieści się coś, czego sama tabela nie oddaje. Między rozpoczęciem programu a jego końcem zmienił się kontekst niemal wszystkiego, co można było powiedzieć słuchaczom.

    Trzeba jednak zachować jeszcze jedno rozróżnienie. Zegar wydarzenia i zegar wiedzy o wydarzeniu nie są tym samym. Coś już się stało, ale redakcja może jeszcze o tym nie wiedzieć. Może znać fragment informacji albo mieć kilka wzajemnie wykluczających się doniesień.

    Dlatego nie dopisuję dziś do poszczególnych godzin własnych wypowiedzi. Nie przedstawiam tej osi czasu jako odtworzonego scenariusza programu. Dokumenty pozwalają uporządkować historię zamachów. Moja relacja mówi o doświadczeniu prowadzenia audycji w ich trakcie.

    Oba źródła są potrzebne. Każde odpowiada na inne pytanie.

    Doświadczenie z miejsc wypadków

    Nie zaczynałem tamtego dnia od zera.

    Równolegle zajmowałem się dziennikarstwem reporterskim, które prowadziło mnie bezpośrednio na miejsca śmiertelnych wypadków i katastrof drogowych. To była praca blisko silnych emocji, zagrożenia i nieodwracalnych zdarzeń.

    Z tym doświadczeniem siadałem również przed mikrofonem.

    W mojej ocenie właśnie ono pomogło mi opanować emocje i przeprowadzić tamten niezwykły dyżur. Znałem już sytuacje, w których trzeba było pracować mimo ciężaru tego, o czym się informowało.

    Nie oznacza to, że doświadczenie z polskich dróg pozwalało pojąć skalę wydarzeń w Nowym Jorku. Nie zestawiam tych tragedii, żeby je zrównać. Mówię o umiejętności wykonywania konkretnego zadania wtedy, kiedy wydarzenia wywołują silną reakcję.

    Z dzisiejszej perspektywy widzę w tym istotną część odpowiedzialności reportera. Osobiste poruszenie może współistnieć z potrzebą precyzyjnego mówienia. Opanowanie oznacza wtedy zdolność utrzymania tej precyzji.

    Nie przytoczę z pamięci zdań, których dokładnego brzmienia nie mogę potwierdzić. Nie dopiszę reakcji słuchaczy ani rozmów tylko dlatego, że uczyniłyby opowieść bardziej filmową.

    Wystarczy to, co rzeczywiście mogę powiedzieć. Prowadziłem program. Docierały do mnie sprzeczne informacje. Opanowałem emocje. Przeprowadziłem najbardziej niezwykły dyżur w mojej radiowej historii.

    Jego znaczenie nie potrzebuje dodatkowej scenografii.

    106,1 FM i ludzie po drugiej stronie

    Radio Klakson było częścią mojego życia od pierwszego do ostatniego dnia istnienia stacji.

    Częstotliwość 106,1 FM nie jest dla mnie wyłącznie dawnym adresem w eterze. Łączy się z określonym sposobem pracy i kontaktem ze słuchaczami. Z radiem, którego program powstawał także w relacji z ludźmi po drugiej stronie odbiorników.

    Na przekazanym do tego wspomnienia zdjęciu stoję przy samochodzie rozgłośni. Na drzwiach widać oznaczenie „UKF 106,1”, a nad nim napis „PATROL”. To materialny ślad tamtej pracy. Fotografia pokazuje samochód i mnie, lecz sama nie opowiada przebiegu wrześniowego dyżuru.

    Według mojego wspomnienia sygnał Klaksonu docierał na znaczną część Dolnego Śląska, obejmował Wrocław, był odbierany na Opolszczyźnie i dalej na północ, także w części Wielkopolski. Skalę potencjalnego zasięgu szacuję na około pięć milionów osób.

    Słowo „potencjalnego” jest tutaj istotne.

    To mój szacunek liczby ludzi, którzy mogli znajdować się w zasięgu odbioru, a nie wynik badania słuchalności. Nie oznacza, że pięć milionów osób słuchało stacji jednocześnie ani że tylu odbiorców słyszało mój program 11 września.

    Nie potrzebuję zawyżać widowni tamtego dnia. Odpowiedzialność za informację zaczyna się przy pierwszym człowieku, który jej słucha.

    Regionalny mikrofon ma przy tym szczególną perspektywę. Mówi się z konkretnego miejsca, do ludzi, których codzienność jest bliska. A potem przychodzi wiadomość z drugiej strony świata i staje się częścią wspólnego popołudnia. Odległość pozostaje ogromna, lecz temat jest już tutaj.

    Kiedy kończy się dyżur

    Osiemnasta wyznaczała koniec mojego programu.

    Gdy siadałem do mikrofonu, świat był inny niż wtedy, gdy od niego odchodziłem. Miałem przekonanie, że zaczyna się czas wojny.

    Tak opisuję własne odczucie tamtego popołudnia. Nie przedstawiam go jako informacji o formalnym ogłoszeniu wojny podczas mojej audycji.

    W zachowanym wystąpieniu z 12 września 2001 roku George W. Bush nazwał zamachy aktami wojny. To udokumentowana wypowiedź z następnego dnia. Nie należy przenosić jej wstecz do programu, który prowadziłem 11 września między 14.00 a 18.00. Archiwum Białego Domu

    Dla mnie to rozróżnienie nie osłabia wspomnienia. Pozwala zachować jego prawdziwy charakter. Człowiek może odczuwać historyczną zmianę, zanim zna jej późniejsze polityczne nazwy, decyzje i konsekwencje.

    Jest w tej opowieści jeszcze jeden koniec.

    Po tamtym dyżurze nigdy później nie zasiadłem przy studyjnym mikrofonie Radia Klakson jako prowadzący. Pozostałem związany z rozgłośnią, ale 11 września był moim ostatnim takim dyżurem.

    Te dwa fakty mieszczą się obok siebie. Związek z radiem trwał. Prowadzenie programu z jego studia zakończyło się właśnie wtedy.

    Nie dopisuję między zamachami a moim ostatnim dyżurem związku przyczynowego. Zbieżność dat sama w sobie wystarcza, żeby ten dzień miał dla mnie szczególne znaczenie. Wielka historia przecięła się z osobistą historią pracy, a po latach obu nie da się już wspominać całkiem osobno.

    Co zostaje po dwudziestu pięciu latach

    W zamachach 11 września zginęło 2977 ofiar, bez uwzględniania dziewiętnastu sprawców. Za tą liczbą stoją konkretni ludzie i rodziny. To oni pozostają w centrum pamięci o tym dniu. National September 11 Memorial & Museum

    Moja opowieść dotyczy innego miejsca w tej historii. Byłem dziennikarzem w Polsce, który podczas swojego programu przekazywał wiadomości o wydarzeniach w Stanach Zjednoczonych. Warto zachować tę proporcję.

    Jednocześnie historia mediów składa się również z takich doświadczeń. Z poszczególnych dyżurów, lokalnych anten i osób, które musiały znaleźć słowa, zanim powstały rocznicowe filmy i uporządkowane kalendaria.

    Dziś do tamtych czterech godzin wracam z zasadą, którą uważam za równie potrzebną podczas wspominania, jak podczas pracy na żywo. Trzeba jasno rozdzielać to, co wiadomo, od tego, co się pamięta i jak się to interpretuje.

    Można zachować siłę opowieści bez uzupełniania jej domysłem. Można też przyznać, że nie zna się konkretnej minuty lub dokładnego brzmienia wypowiedzi. Taka uczciwość pozwala czytelnikowi samodzielnie ocenić świadectwo.

    Z tego wynika również prosta wskazówka na dzisiaj. Zanim przekażesz wiadomość dalej, sprawdź jej źródło. Ustal, kto ją podał, kiedy powstała i czy kolejne doniesienie rzeczywiście ją potwierdza, czy tylko powtarza. Wielokrotne powtórzenie tego samego zdania nie tworzy wielu niezależnych świadectw.

    Dla mnie rocznica jest też zaproszeniem do ocalenia śladów tamtej audycji. Jeżeli ktoś ma jej nagranie, zachowane materiały albo własne wspomnienie słuchania Klaksonu tego popołudnia, chciałbym je poznać. Każdy taki materiał może dopowiedzieć coś, czego moja perspektywa nie obejmuje.

    W grafiku były cztery godziny. Dziś mieści się w nich dwadzieścia pięć lat pamięci.

    11 września 2001 roku, od 14.00 do 18.00, prowadziłem program w Radiu Klakson na 106,1 FM.

    To był mój ostatni dyżur przy jego studyjnym mikrofonie.

    Robert J Błaszczyk
    Dziennikarz · autor Nocnego Patrolu · psycholog · psychotraumatolog

    Jestem dziennikarzem, autorem Nocnego Patrolu i rodowitym wrocławianinem. Na ERBEN.PL piszę o radiu, drogach, historii i człowieku wobec wydarzeń, które zmieniają codzienność. Łączę perspektywę reporterską z wiedzą psychologiczną i zainteresowaniem komunikacją.

    Prowadzę konsultacje psychologiczne i psychotraumatologiczne online. Pomagam uporządkować trudności związane ze stresem, przeciążeniem emocjonalnym, relacjami i następstwami trudnych doświadczeń oraz ustalić możliwe kolejne kroki.

    W pracy wykorzystuję psychoedukację, analizę funkcjonalną zachowania, dialog motywacyjny oraz elementy podejścia poznawczo-behawioralnego i skoncentrowanego na rozwiązaniach. Dobieram sposób pracy do sytuacji, potrzeb i celu konsultacji.

    Łączę przygotowanie psychologiczne i psychotraumatologiczne, obejmujące suicydologię, z doświadczeniem dziennikarza, coacha, wykładowcy i eksperta komunikacji. Na Psycholog.CLICK przekładam wiedzę psychologiczną na zrozumiałe artykuły i praktyczne wskazówki.

    Nie musisz mieć gotowej nazwy swojego problemu. Możemy zacząć od tego, co jest dla Ciebie trudne.

    Umów konsultację w ZnanyLekarz
    Napisz do mnie przez WhatsApp
    Telefon kontaktowy: +48 790 404 404.

    Bibliografia i źródła

    1. Błaszczyk, Robert J, 11 września 2026. Relacja autobiograficzna dotycząca dyżuru w Radiu Klakson 11 września 2001 roku. Materiał autora przekazany do opracowania.
    2. Materiały fotograficzne autora. Współczesny portret oraz fotografia przy samochodzie Radia Klakson. Data wykonania fotografii archiwalnej nieustalona.
    3. National Park Service, Flight 93 National Memorial. September 11, 2001 Timeline. Materiał internetowy, dostęp 11 września 2026.
    4. National September 11 Memorial & Museum. 9/11 FAQs, sekcje What happened on 9/11? oraz What happened at the World Trade Center on 9/11?. Dostęp 11 września 2026.
    5. The White House, Office of the Press Secretary, 12 września 2001. Remarks by the President In Photo Opportunity with the National Security Team. Archiwum administracji George’a W. Busha.

    Four Hours, a Different World

    At 2 p.m. on 11 September 2001, I began my afternoon shift on Radio Klakson, broadcasting on 106.1 FM. Four hours later, I left the microphone convinced that an era of war was beginning. Today, on the twenty-fifth anniversary of the attacks, I return to the most extraordinary programme I ever presented and my final shift at that station’s studio microphone.

    Robert J Błaszczyk
    11 September 2026

    An ordinary afternoon on the schedule

    After several weeks away from the radio microphone, I put myself down for a shift. Tuesday, 11 September 2001. Two until six in the afternoon.

    I was to present Radio Klakson’s afternoon programme. It revolved around current topics and ongoing interaction with listeners. The job required a willingness to talk, respond to whatever the day brought and sustain that on-air presence over several hours.

    I had no particular idea for the programme.

    Twenty-five years later, that ordinary beginning strikes me as significant. We put something in a calendar, allow a certain amount of time and know when we are supposed to start and finish. That is enough to create a sense that we know at least the next small stretch of our future.

    Mine was four hours long.

    I do not want to add a premonition to it now, or pretend that I began with an awareness of a historic moment. I was starting a presenter’s shift. Events subsequently gave it a significance that no one could have planned.

    When I think about that afternoon today, I see two different orders of life meeting. One was a regional radio station’s programme schedule. The other was a series of events in the United States that, during those scheduled hours, began changing how we understood safety and the future.

    Forty-six minutes later

    The first aircraft struck the World Trade Center’s North Tower at 8:46 a.m. New York time. In Poland, it was 2:46 p.m., forty-six minutes into my shift. The second impact followed seventeen minutes later. National September 11 Memorial & Museum

    In my recollection, the news began arriving not long after the programme started. Comparing that memory with the chronology lets me establish when the historical events occurred. It does not allow me to identify the precise minute when the first report reached me in the studio.

    I remember incoming agency reports and media coverage, particularly the BBC. The information was contradictory. It did not immediately form the coherent picture we know today.

    That matters because, years later, it is very easy to tell the story backwards. We already know what happened. We know the perpetrators, the locations and the sequence of impacts. We watch material assembled into a documentary by someone who had time to check the information and choose the images.

    A presenter working live has no such luxury.

    The next report may change the meaning of the previous one. The fact that something has just been reported does not establish that it has been confirmed. Yet the programme continues. You have to speak to people while you are still learning what is happening yourself.

    At such moments, journalistic practice stops being an abstract set of principles. It becomes responsibility for the next sentence.

    Two clocks, one day

    This chronology places the events in the United States alongside my shift. It does not record the times at which I reported them on air.

    Poland timeNew York timeEvent
    14:0008:00My shift begins
    14:4608:46AA11 strikes the North Tower
    15:0309:03UA175 strikes the South Tower
    15:3709:37AA77 strikes the Pentagon
    15:5909:59The South Tower collapses
    16:0310:03UA93 crashes in Pennsylvania
    16:2810:28The North Tower collapses
    18:0012:00My shift ends

    Event times follow the National Park Service; shift times come from my account. The conversion reflects the six-hour time difference. National Park Service timeline

    Something lies within this table that the table itself cannot convey. Between the beginning of the programme and its end, the context of almost anything one might say to listeners had changed.

    Another distinction matters here. The clock of an event and the clock of our knowledge about it do not run together. Something may already have happened while a newsroom remains unaware of it. The newsroom may know only part of the story, or have several mutually contradictory reports.

    That is why I do not now attach remembered quotations from my broadcast to individual times. I am not presenting this timeline as a recovered running order. Documents help establish the history of the attacks. My account describes the experience of presenting a programme as they unfolded.

    Both sources are needed. Each answers a different question.

    Experience from crash scenes

    I did not begin that day without relevant experience.

    Alongside presenting, I worked as a reporter, going directly to the scenes of fatal road crashes and major road disasters. The work brought me close to intense emotions, danger and irreversible events.

    I carried that experience with me when I sat down at the microphone.

    In my assessment, it helped me manage my emotions and complete that extraordinary shift. I had already encountered situations in which I needed to keep working despite the weight of what I was reporting.

    That does not mean that experience on Polish roads enabled me to comprehend the scale of what was happening in New York. I am not equating those tragedies. I am describing the ability to carry out a specific task while events provoke a powerful reaction.

    Looking back, I see that as an important part of a reporter’s responsibility. Personal distress can coexist with the need to speak precisely. Composure, in that situation, means being able to maintain that precision.

    I will not quote sentences whose exact wording I cannot confirm. I will not add listeners’ reactions or conversations simply because they would make the story more cinematic.

    What I can actually say is enough. I was presenting the programme. Conflicting information was reaching me. I managed my emotions. I completed the most extraordinary shift of my radio career.

    Its significance needs no additional scenery.

    106.1 FM and the listeners

    Radio Klakson was part of my life from the station’s first day to its last.

    For me, 106.1 FM is more than a former address on the dial. It represents a particular way of working and a relationship with listeners. It recalls a station whose programmes were also shaped by the people on the other side of the receivers.

    In the photograph supplied for this account, I am standing beside the station’s vehicle. The door carries the marking “UKF 106,1”, identifying the FM frequency, with “PATROL” above it. It is a physical trace of that work. The photograph shows the vehicle and me, but it does not itself document what happened during the September shift.

    As I remember it, Klakson’s signal reached much of Lower Silesia, including Wrocław, could be received in the Opole region and extended north into parts of Greater Poland. I estimate that around five million people potentially lived within its reception area.

    “Potentially” is important here.

    This is my estimate of the population that may have been within reception range. It is not an audience measurement. It does not mean that five million people listened simultaneously, or that this many heard my programme on 11 September.

    I have no need to inflate that day’s audience. Responsibility for information begins with the first person listening.

    A regional microphone also offers a particular perspective. You speak from a specific place to people whose everyday lives feel close. Then news arrives from the other side of the world and becomes part of a shared afternoon. The geographical distance remains enormous, but the subject is already here.

    When a shift ends

    Six o’clock marked the end of my programme.

    The world in which I had sat down at the microphone felt different from the one in which I left it. I was convinced that an era of war was beginning.

    That is how I describe my own impression that afternoon. I am not presenting it as a report that war was formally declared during my programme.

    In a preserved statement dated 12 September 2001, George W. Bush described the attacks as acts of war. That is a documented statement from the following day. It should not be moved backwards into the programme I presented on 11 September between 2 and 6 p.m. White House archive

    To me, this distinction does not weaken the memory. It preserves its true character. A person can sense a historical change before knowing the political terminology, decisions and consequences that will follow.

    There is another ending in this story.

    After that shift, I never again sat at Radio Klakson’s studio microphone as a presenter. I remained connected with the station, but 11 September was my last shift of that kind.

    Those two facts belong alongside each other. My connection with the station continued. Presenting programmes from its studio ended that day.

    I am not adding a causal link between the attacks and my final shift. The coincidence of dates is enough to make the day personally significant. World history intersected with my working life, and years later I cannot remember the two entirely separately.

    What remains twenty-five years later

    The attacks on 11 September killed 2,977 victims, excluding the nineteen perpetrators. Behind that number are individual people and families. They remain at the centre of remembrance. National September 11 Memorial & Museum

    My account occupies a different place in this history. I was a journalist in Poland reporting events in the United States during my programme. That sense of proportion matters.

    At the same time, media history also consists of experiences like these. Individual shifts, local stations and people who had to find words before anniversary documentaries and orderly timelines existed.

    Today, I return to those four hours with a principle I consider as necessary in remembering as in broadcasting live. We need to distinguish clearly between what is known, what is remembered and how it is interpreted.

    A story can retain its force without being filled out with conjecture. We can also acknowledge that we do not know a precise minute or the exact wording of a statement. Such honesty allows readers to assess an account for themselves.

    A simple practical lesson follows. Before passing a report on, check its source. Establish who published it, when it originated and whether a subsequent report independently confirms it or merely repeats it. Repeating the same statement many times does not create multiple independent accounts.

    For me, the anniversary is also an invitation to preserve traces of that programme. If someone has a recording, surviving material or a personal memory of listening to Klakson that afternoon, I would like to hear about it. Each contribution may add something beyond my own perspective.

    There were four hours on the schedule. Today, they hold twenty-five years of memory.

    On 11 September 2001, from 2 until 6 p.m., I presented a programme on Radio Klakson, 106.1 FM.

    It was my final shift at its studio microphone.

    Robert J Błaszczyk
    Journalist · creator of Nocny Patrol · psychologist · psychotraumatology practitioner

    I am a journalist, the creator of the radio programme Nocny Patrol, and a native of Wrocław, Poland. On ERBEN.PL, I write about radio, roads, history and how people respond to events that change their everyday lives. I combine a reporter’s perspective with psychological knowledge and an interest in communication.

    I provide online psychological consultations and consultations focused on the psychological impact of traumatic experiences. I help people make sense of stress, emotional overload, relationship difficulties and the effects of distressing experiences, and identify possible next steps.

    My work draws on psychoeducation, functional behavioural analysis, motivational interviewing, and elements of cognitive behavioural and solution-focused approaches. I adapt the approach to the person’s circumstances, needs and the purpose of the consultation.

    I combine my background in psychology and psychotraumatology, including suicidology, with my experience as a journalist, coach, lecturer and communication specialist. Through Psycholog.CLICK, I turn psychological knowledge into accessible articles and practical guidance.

    You do not need to have a name for your difficulty. We can start with what you are finding hard.

    Book a consultation via ZnanyLekarz
    Contact me on WhatsApp
    Contact number: +48 790 404 404. Consultations are offered in Polish; please ask about other language options.

    References and sources

    1. Błaszczyk, Robert J, 11 September 2026. Autobiographical account of his Radio Klakson shift on 11 September 2001. Author-supplied material.
    2. Author-supplied photographs. Contemporary portrait and photograph beside a Radio Klakson vehicle. The date of the historical photograph has not been established.
    3. National Park Service, Flight 93 National Memorial. September 11, 2001 Timeline. Online resource, accessed 11 September 2026.
    4. National September 11 Memorial & Museum. 9/11 FAQs, sections What happened on 9/11? and What happened at the World Trade Center on 9/11?. Accessed 11 September 2026.
    5. The White House, Office of the Press Secretary, 12 September 2001. Remarks by the President In Photo Opportunity with the National Security Team. George W. Bush administration archive.

    Poznaj moją działalność

    Rozumieć człowieka. Odpowiedzialnie dobierać słowa.

    Łączę dziennikarstwo, wiedzę psychologiczną i doświadczenie w komunikacji. Na ERBEN.PL opowiadam o radiu, drogach, historii oraz człowieku wobec trudnych wydarzeń. Na Psycholog.CLICK rozwijam działalność psychologiczną i publikuję psychoedukację, która pomaga lepiej rozumieć własne doświadczenia.

    Prowadzę konsultacje psychologiczne i psychotraumatologiczne online. Możesz zgłosić się z trudnością, którą chcesz uporządkować, pytaniem o dalsze kroki lub potrzebą rozmowy o stresie, przeciążeniu i relacjach.

    Przyjmuję również zapytania dotyczące sporządzania opinii psychologicznych, w tym przeznaczonych do wykorzystania w postępowaniach sądowych. Zakres każdorazowo ustalam zgodnie z celem zlecenia i moimi kompetencjami.

    Moja działalność obejmuje coaching oraz obszary eksperckie związane z NLP, medytacją i hipnozą. Możliwa jest także współpraca przy warsztatach, projektach edukacyjnych, materiałach dziennikarskich i działaniach komunikacyjnych. Poszczególne formy współpracy mają odrębne cele i zakres.

    Jeżeli szukasz konsultacji, autora, prowadzącego spotkanie albo partnera do projektu medialnego, napisz, czego potrzebujesz. Ustalimy, czy i w jakiej formule mogę pomóc. Pierwszym krokiem może być krótka wiadomość z opisem sprawy.

    Robert J Błaszczyk · ERBEN.PL

    Umów konsultację · WhatsApp
    Psycholog.CLICK: artykuły i działalność psychologiczna
    TikTok: @psycholog.click · Facebook: Psycholog.CLICK
    ERBEN.PL · ProwadzenieImprez.com · 1244.yt
    Publikacje i produkty na Naffy

    Explore my work

    Understanding people. Choosing words responsibly.

    I bring together journalism, psychological knowledge and experience in communication. On ERBEN.PL, I write about radio, roads, history and people facing difficult events. Psycholog.CLICK is the home of my psychological work and psychoeducational writing, helping readers better understand their experiences.

    I provide online psychological consultations and consultations focused on the psychological impact of traumatic experiences. You can get in touch about a difficulty you want to understand, possible next steps, or the need to discuss stress, emotional overload and relationships.

    I also welcome enquiries about psychological reports, including reports intended for use in court proceedings. The scope is agreed individually according to the purpose of the assignment and my competencies.

    My work also encompasses coaching and specialist activities relating to NLP, meditation and hypnosis. Collaboration may involve workshops, educational projects, journalism and communication initiatives. These forms of work have distinct purposes and scopes.

    If you are looking for a consultation, a writer, an event host or a collaborator for a media project, tell me what you need. We can establish whether and how I can help. A short message describing the matter can be the first step.

    Robert J Błaszczyk · ERBEN.PL

    Book a consultation · WhatsApp
    Psycholog.CLICK: articles and psychological services
    TikTok: @psycholog.click · Facebook: Psycholog.CLICK
    ERBEN.PL · ProwadzenieImprez.com · 1244.yt
    Publications and products on Naffy

  • Sekunda przed wypadkiem. Co naprawdę dzieje się w głowie kierowcy

    Sekunda przed wypadkiem. Co naprawdę dzieje się w głowie kierowcy

    Najuczciwsza odpowiedź brzmi krótko. Kierowca może rozpoznać, że zderzenie jest nieuniknione, ale nie musi świadomie pomyśleć „za sekundę umrę”. W tej chwili mózg przede wszystkim wykrywa zagrożenie, skupia uwagę i uruchamia próbę obrony. Może pojawić się gwałtowne hamowanie, skręt, znieruchomienie albo ruch, którego człowiek później nie pamięta.

    Czas może wydawać się wolniejszy, lecz badania nie pokazują, że świadomość naprawdę zaczyna działać jak kamera w zwolnionym tempie. Nie ma też dowodu, że każdemu przed śmiercią ukazuje się całe życie. Jedna sekunda bywa psychicznie bardzo długa, fizycznie jednak pozostaje jedną sekundą.

    Przy prędkości 90 km/h samochód pokonuje w tym czasie 25 metrów. To wystarcza, by wydarzyło się wiele w pojeździe i bardzo niewiele w uporządkowanej opowieści wewnętrznej.

    Zderzenie nie jest tym samym co świadomość śmierci

    W pytaniu o ostatnią sekundę sklejają się dwa różne momenty. Pierwszy to chwila, w której kierowca widzi nadjeżdżającą ciężarówkę, drzewo albo tył samochodu rosnący w przedniej szybie. Drugi to umieranie po uderzeniu. Mogą dzielić je ułamki sekundy, minuty, godziny albo całe dalsze życie, jeśli człowiek przeżyje.

    Kierowca potrafi więc wiedzieć, że dojdzie do zderzenia. Nie ma jednak dostępu do medycznego wyniku zdarzenia, które jeszcze nie nastąpiło. Myśl „to koniec” może się pojawić, lecz będzie błyskawiczną oceną zagrożenia, a nie pewną prognozą śmierci.

    Nauka ma tu niewygodne ograniczenie. Możemy analizować nagrania, ruchy kierownicy, hamowanie i relacje osób, które przeżyły. Nie możemy zapytać osób zmarłych, co dokładnie czuły. Opowieści ocalałych są ważne, ale opisują wyłącznie tych, którzy mogli później opowiedzieć swoją historię. Z kolei stan samochodu pozwala odtworzyć dynamikę zderzenia, nie zawartość świadomości kierowcy.

    Co mózg i ciało mogą zrobić w ciągu sekundy

    Reakcja kierowcy nie zaczyna się od pełnego zdania w głowie. Najpierw wzrok rejestruje zmianę. Obiekt szybko powiększa się w polu widzenia, znika bezpieczna przestrzeń, ruch innego pojazdu łamie przewidywany porządek. Badania nad zachowaniem kierowców pokazują, że znaczenie mają widoczność, zaskoczenie, wcześniejsze spojrzenia poza drogę, zmęczenie i rodzaj zagrożenia.

    Potem pojawia się alarm obronny. Uwaga przykleja się do najważniejszego bodźca, mięśnie przygotowują ruch, a autonomiczny układ nerwowy zmienia pracę serca i oddechu. Popularne „walcz albo uciekaj” jest zbyt ubogie. Człowiek może także na moment znieruchomieć. Badacze opisują zamrożenie nie tylko jako bezradny paraliż, lecz czasem jako krótkie zatrzymanie, które przygotowuje organizm do działania.

    Następnie może pojawić się hamowanie, skręt, jednoczesna próba obu manewrów albo brak widocznej reakcji. Ten ostatni wariant nie dowodzi pogodzenia się ze śmiercią. Kierowca mógł zauważyć niebezpieczeństwo zbyt późno, błędnie je rozpoznać, nie mieć fizycznej możliwości manewru albo rozpocząć reakcję, której nie widać bez dokładnych danych.

    Pełna reakcja na drodze obejmuje wykrycie, rozpoznanie, decyzję i rozpoczęcie ruchu. Zależnie od sytuacji może zająć od około pół sekundy do dwóch i pół sekundy. Nie jest to stoper oceniający konkretnego człowieka. Pokazuje jedynie, dlaczego „miał przecież całą sekundę” często brzmi rozsądniej przy biurku niż za kierownicą.

    Czy czas naprawdę zwalnia

    Wiele osób po wypadkach, upadkach i innych nagłych zagrożeniach mówi, że świat poruszał się nienaturalnie wolno. To doświadczenie jest realne jako odczucie. Nie oznacza jednak, że mózg zyskał dodatkowe sekundy.

    W znanym eksperymencie uczestnicy wykonywali wywołujący silny strach swobodny spadek do siatki. Po zdarzeniu oceniali własny spadek jako dłuższy niż spadek innych osób. Nie poprawiła się jednak ich zdolność odczytywania bardzo szybko zmieniających się bodźców. Autorzy uznali, że poczucie zwolnienia czasu bardziej przypomina efekt pamięci i intensywnego zapisu zdarzenia niż chwilowe przyspieszenie percepcji.

    Silne pobudzenie i uwaga mogą sprawić, że moment zostanie zapisany z niezwykłą gęstością. Później bogatsze wspomnienie wydaje się dłuższe. To trochę jak kilka ostrych kadrów z krótkiego nagrania. Kadrów jest dużo, ale taśma nie stała się dłuższa.

    Czy całe życie przelatuje przed oczami

    Takie relacje istnieją. Nie są jednak regułą i nie pozwalają twierdzić, że każdy człowiek ogląda przed śmiercią biograficzny film. Ludzie opisują bardzo różne doświadczenia. Obrazy bliskich, pojedyncze wspomnienie, światło, spokój, lęk, wrażenie odłączenia od ciała, senne sceny albo brak jakiegokolwiek zapisu.

    Sensacyjne nagłówki chętnie powołują się na badania aktywności umierającego mózgu. W jednym z najczęściej cytowanych badań analizowano EEG czterech nieprzytomnych pacjentów po odłączeniu wentylacji. U dwóch pojawił się wzrost aktywności gamma i łączności między obszarami mózgu. To interesujący ślad fizjologiczny, ale pacjenci nie mogli opisać swoich przeżyć. Z fal mózgowych nie da się odczytać, czy widzieli wspomnienia, czy byli świadomi ani co czuli.

    Co więcej, zatrzymanie krążenia w szpitalu nie jest tym samym co sekunda przed uderzeniem samochodu. Łączenie tych sytuacji w jedną pewną opowieść jest atrakcyjne medialnie, ale naukowo za odważne.

    Dlaczego jeden człowiek pamięta wszystko, a drugi nic

    Pamięć wypadku nie jest czarną skrzynką. Zależy od tego, gdzie była skierowana uwaga, jak silne było pobudzenie, czy doszło do urazu głowy lub utraty przytomności, jakie leki podano po zdarzeniu i ile razy wspomnienie zostało później opowiedziane.

    Ktoś może pamiętać twarz pasażera i nie pamiętać hamowania. Inna osoba zapamięta dźwięk, ale nie obraz. Jeszcze ktoś będzie przekonany, że chwila trwała minutę. Żaden z tych wariantów sam w sobie nie dowodzi kłamstwa, słabości ani ukrytej winy.

    Także luka pamięciowa nie mówi, że człowiek niczego nie czuł. Z kolei niezwykle żywe wspomnienie nie gwarantuje fotograficznej dokładności. Wysoka pewność i wysoka trafność to dwie różne sprawy, choć umysł bardzo lubi je mylić.

    Po wypadku nie warto zmuszać siebie ani innej osoby do natychmiastowego odtwarzania każdej klatki. Najpierw liczą się bezpieczeństwo, badanie medyczne, sen, obecność zaufanych ludzi i uporządkowanie spraw praktycznych. Pamięci nie naprawia się przesłuchaniem prowadzonym przy kuchennym stole.

    Gdy pytanie dotyczy śmierci bliskiej osoby

    Rodzina często pyta, czy bliski wiedział, czy się bał i czy cierpiał. Za tymi pytaniami zwykle kryje się próba dotarcia do człowieka, którego nie można już ochronić. Niestety nauka nie daje prawa do pewnego „tak” ani uspokajającego „nie”. Świadomość i ból zależą od przebiegu zdarzenia, obrażeń oraz czasu przeżycia po uderzeniu.

    Można natomiast powiedzieć coś skromniejszego i uczciwego. W ostatniej chwili mózg jest nastawiony przede wszystkim na wykrycie zagrożenia i próbę ocalenia. Nie mamy podstaw, by automatycznie dopisywać zmarłemu długą, uporządkowaną sekwencję przerażenia.

    Zdanie, które może zatrzymać najbardziej bolesne domysły, brzmi tak.

    „Nie wiem, co dokładnie czuł. Wiem, że wszystko wydarzyło się bardzo szybko, a jego mózg robił to, do czego został stworzony. Próbował chronić życie”.

    To zdanie nie udaje wiedzy. Oddziela fakt od obrazu tworzonego przez żałobę.

    Co zrobić, gdy ostatnia sekunda ciągle wraca

    Po przeżytym wypadku przez pewien czas mogą pojawiać się natrętne obrazy, koszmary, przestrach na dźwięk hamowania, niechęć do jazdy, drażliwość albo poczucie winy. Sama obecność takich reakcji tuż po zdarzeniu nie oznacza PTSD. Znaczenie mają ich nasilenie, czas trwania i wpływ na codzienne funkcjonowanie.

    W ciągu najbliższych 24 godzin można zrobić jedno proste ćwiczenie. Podziel kartkę na trzy pola zatytułowane „wiem”, „przypuszczam” i „nie mogę wiedzieć”. W pierwszym zapisz wyłącznie sprawdzone fakty. W drugim własne interpretacje. W trzecim pytania, na które dziś nie ma uczciwej odpowiedzi. To nie usuwa bólu, ale ogranicza sytuację, w której wyobraźnia podszywa się pod dowód.

    Konsultacja ze specjalistą jest rozsądnym krokiem, gdy wspomnienia nie słabną albo się nasilają, sen pozostaje zaburzony, unikanie jazdy rozlewa się na życie, pojawia się stała nadmierna czujność, odrętwienie, silna wina lub wyraźny spadek funkcjonowania. Jeśli występuje bezpośrednie zagrożenie życia lub myśli o zrobieniu sobie krzywdy, trzeba dzwonić pod numer 112 albo zgłosić się po pilną pomoc.

    Ostatnia sekunda przed wypadkiem nie ma jednego scenariusza. Czasem mieści próbę hamowania, czasem błysk myśli, czasem kilka ostrych obrazów, a czasem nic, co później da się przywołać. Najbardziej rzetelna odpowiedź pozostawia miejsce na tę różnorodność. Bez filmowych pewników i bez odbierania znaczenia temu, co człowiek naprawdę przeżył.

    Jeśli po wypadku wracają natrętne obrazy, lęk przed jazdą albo poczucie winy, podczas konsultacji można uporządkować reakcje, oddzielić fakty od katastroficznych dopowiedzeń i ustalić pierwszy bezpieczny krok w powrocie do codzienności lub prowadzenia samochodu. Umów konsultację psychologiczną z Robertem J Błaszczykiem

    Notka autora
    Robert J Błaszczyk, psycholog, dziennikarz, ekspert od komunikacji, coach i wykładowca. Ma przygotowanie z zakresu psychotraumatologii, obejmujące elementy suicydologii, oraz rozwija kompetencje w zakresie opiniowania psychologicznego na potrzeby postępowań sądowych.

    PROPOZYCJE PRZECZYTAJ TAKŻE:

    1. PTSD i terapia CPT
      https://psycholog.click/ptsd-i-terapia-cpt/
      Dla czytelnika, u którego po wypadku utrzymują się intruzje, unikanie, pobudzenie lub poczucie winy. Sugerowana kolejność 1.
    2. Trauma lubi adrenalinę?
      https://psycholog.click/trauma-lubi-adrenaline/
      Rozwija wątek ryzykownych zachowań i poszukiwania silnego pobudzenia po doświadczeniu traumatycznym. Sugerowana kolejność 2.
  • Autokar, który nie wrócił. Polskie katastrofy autokarowe 1996–2026

    Autokar, który nie wrócił. Polskie katastrofy autokarowe 1996–2026

    Od nocnych relacji „Nocnego Patrolu” do tragedii na węgierskiej autostradzie M3

    Kilka dni temu do Polski sprowadzono ciała dwunastu ofiar katastrofy polskiego autokaru na Węgrzech. Samoloty przywiozły tych, którzy 16 sierpnia 2026 roku mieli po prostu wrócić z pielgrzymki do Medziugorja. Ich podróż zakończyła się około godziny pierwszej w nocy na autostradzie M3, w pobliżu miejscowości Mezőkeresztes.

    W autokarze było 57 pasażerów i dwóch kierowców. Pojazd zjechał z prostego odcinka drogi, wpadł do rowu i przewrócił się. Zginęło 12 osób, dziesiątki zostały ranne. Węgierscy śledczy podejrzewają, że kierowca mógł zasnąć, ale w chwili, gdy piszę te słowa, postępowanie nadal trwa. Podejrzenie nie jest wyrokiem. Pierwszy komunikat nie jest jeszcze prawdą zamkniętą w aktach.

    To rozróżnienie jest ważne. Zwłaszcza wtedy, gdy śmierć wielu ludzi budzi społeczną potrzebę natychmiastowej odpowiedzi. Chcemy wiedzieć, kto zawinił. Chcemy znaleźć jeden moment, jednego człowieka i jedną przyczynę. Tragedia zbiorowa jest jednak niemal zawsze bardziej złożona niż pasek na dole telewizyjnego ekranu.

    Nie chcę więc układać katalogu śmierci. Chcę opowiedzieć o trzydziestu latach polskich podróży autokarowych, o kilku katastrofach, które zatrzymywały cały kraj, o kierowcach walczących z nocą i o pasażerach, dla których zwyczajna droga zmieniła się w granicę między życiem sprzed wypadku i życiem po nim.

    Chcę też wrócić na chwilę do „Nocnego Patrolu”. Nie z nostalgii. Po to, żeby spróbować zrozumieć, czego nocna droga uczy człowieka, który przez lata patrzy na jej najciemniejszą stronę.

    Rok 1996. Gdy radio jechało na miejsce

    W drugiej połowie lat 90. Polska podróżowała inaczej. Nie było aplikacji pokazujących zator, powiadomień o wypadkach ani mapy świecącej na ekranie telefonu. Telefon komórkowy wciąż należał bardziej do marzeń niż do codzienności, a na starej A4 pomiędzy Legnicą, Wrocławiem i Opolem kierowca często zostawał sam z ciemnością, CB-radiem i głosem dobiegającym z odbiornika.

    W takim świecie stworzyłem i realizovwanelem przez kolejne lata jedyny taki program radiowy, pn. „Nocny Patrol” Radia Klakson.

    Jeździłem najczęściej w nocy z piątku na sobotę. Często sam. Miałem informatorów, kontakt z ludźmi pracującymi na drodze i coś, co z czasem zaczęło przypominać reporterski radar. Ruszałem w ciemność i nieraz trafiałem dokładnie tam, gdzie wydarzyło się coś złego. Wchodziłem na antenę co pół godziny albo co godzinę, czasem na kilkadziesiąt sekund, czasem na kilka minut. Z kabiny Jeepa mówiłem kierowcom, co znajduje się przed nimi i którędy mogą bezpiecznie przejechać.

    Pomysł nie urodził się wyłącznie z radiowej ambicji. Kilka lat wcześniej, w Radiu Frank, prowadziłem program z koleżanką, która zginęła w wypadku samochodowym. Później ratownicy drogowi zabrali mnie na patrol. Dwa dni przed Wigilią 1995 roku po raz pierwszy zetknąłem się bezpośrednio ze śmiercią na drodze. Po latach opisałem tamto spotkanie w „Mandarynce”. Wtedy zrozumiałem, że informacja drogowa może być czymś więcej niż wiadomością o korku. Może ostrzec człowieka, zanim będzie za późno.

    „Nocny Patrol” trwał prawie siedem lat. Z czasem dołączyły do niego Dzienny Patrol i Powietrzny Patrol, najpierw z samolotu, potem z policyjnego śmigłowca Mi-2. Najważniejsze nie były jednak samochody, samoloty ani radiowa technika. Najważniejsze było poczucie, że ktoś czuwa.

    Po relacjach przygotowywanych w okolicach Wszystkich Świętych ludzie dzwonili do radia i płakali. Dziękowali, że ktoś powiedział głośno o tych, którzy już sami niczego nie opowiedzą. Wtedy dotarło do mnie, że reportaż z drogi nie kończy się przy wraku. Jedzie dalej, do domu ofiary, do telefonu odbieranego przez rodzinę, do pustego miejsca przy stole.

    Bywały też noce, po których własna psychika mówiła mi „dość”. Pamiętam moment, gdy pękłem po spotkaniu ze spalonymi ciałami. Dziennikarz może nauczyć się mówić spokojnym głosem. Nie oznacza to, że obrazy przestają w nim pracować.

    Dzisiaj jestem starszy o trzy dekady i patrzę na tamte relacje również jako psycholog. Wiem, że na miejscu wypadku nie ma ludzi niezniszczalnych. Są tylko ci, których reakcja przychodzi od razu, i ci, których dopada później.

    Trzy dekady, kilka dat i tysiące przerwanych historii

    Nie jest to pełny rejestr wszystkich wypadków polskich autokarów. Taka lista byłaby długa, a po pewnym czasie liczby zaczęłyby zasłaniać ludzi. Są jednak daty, które zostały w zbiorowej pamięci. Każda z nich miała inną przyczynę i inny przebieg. Każda zaczynała się zwyczajnie, od zbiórki, sprawdzania bagaży i pytania, kto przy kim usiądzie.

    2002. Balaton

    1 lipca 2002 roku na Węgrzech autokar wiozący pielgrzymów z Lubelszczyzny przewrócił się w pobliżu Balatonu. Zginęło 19 osób, 32 zostały ranne. Polska śledziła akcję ratunkową, transport poszkodowanych i powrót ofiar. Wyjazd, który miał mieć wymiar duchowy, zakończył się narodową żałobą.

    Wypadek pod Balatonem zmienił sposób, w jaki wielu Polaków zaczęło patrzeć na dalekie podróże autokarowe. Nagle pytania o stan pojazdu, kwalifikacje kierowcy, czas pracy i odpoczynek przestały być techniczną formalnością. Stały się pytaniami o powrót do domu.

    2005. Jeżewo

    30 września 2005 roku niedaleko Jeżewa Starego autokar z maturzystami jadącymi z Białegostoku na pielgrzymkę do Częstochowy zderzył się z ciężarową lawetą i stanął w płomieniach. Zginęło 13 osób, w tym dziesięcioro uczniów, dwóch kierowców autokaru i kierowca ciężarówki. Około 40 osób zostało rannych.

    Śledztwo wskazało na ryzykowny manewr wyprzedzania podjęty przez kierowcę autokaru. Późniejsze postępowania odsłoniły także nieprawidłowości dotyczące funkcjonowania firmy i badań kierowców. Jeżewo nie było więc tylko dramatem jednej sekundy. Pokazało, że za człowiekiem siedzącym za kierownicą znajduje się cały system decyzji, dokumentów, nadzoru i odpowiedzialności.

    Najbardziej boli tu wiek ofiar. Maturzysta jedzie do Częstochowy z myślą o egzaminie, studiach i dorosłym życiu. Rodzic żegna dziecko rano, przekonany, że wieczorem albo następnego dnia usłyszy opowieść z wyjazdu. Zamiast niej przychodzi wiadomość, na którą żaden człowiek nie jest przygotowany.

    2007. Grenoble

    22 lipca 2007 roku autokar z polskimi pielgrzymami rozbił się na alpejskiej drodze w pobliżu Grenoble. Pojazd przebił barierę, spadł w dół i stanął w płomieniach. Zginęło 26 osób, 24 zostały ranne.

    Katastrofa wywołała debatę o planowaniu tras, przestrzeganiu ograniczeń dotyczących stromych dróg, stanie technicznym pojazdów i odpowiedzialności organizatorów. Była też bolesnym przypomnieniem, że nowoczesny autokar nie unieważnia praw fizyki. Masa pojazdu, nachylenie drogi, temperatura hamulców i jedna błędna decyzja mogą spotkać się w tym samym miejscu.

    2010. Droga pod Berlinem

    26 września 2010 roku na autostradzie pod Berlinem samochód osobowy uderzył w polski autokar. Zginęło 14 spośród 47 pasażerów, 28 osób zostało rannych. Ta tragedia jest ważna również dlatego, że burzy łatwą opowieść, według której każdą katastrofę autokaru można sprowadzić do zmęczenia lub błędu jego kierowcy.

    Autokar jest częścią ruchu drogowego. Może być sprawny, prawidłowo prowadzony i nadal znaleźć się w sytuacji stworzonej przez inny pojazd. Bezpieczeństwo nie zależy od jednego człowieka. Jest siecią, którą codziennie współtworzą tysiące nieznających się osób.

    2014. Drezno

    19 lipca 2014 roku pod Dreznem doszło do zderzenia polskiego autokaru, autokaru z Ukrainy i mikrobusu. Zginęło 11 osób, 69 zostało rannych. W jednym zdarzeniu spotkało się kilka pojazdów, wiele narodowości i dziesiątki indywidualnych dramatów.

    Wypadki zbiorowe mają szczególną siłę. Nie dotyczą jednej rodziny ani jednej miejscowości. Rozchodzą się po mapie. Telefony dzwonią w wielu domach naraz, a szpitale, konsulaty i służby próbują ustalić nazwiska, stan rannych oraz to, kto został przewieziony do której placówki.

    2022. Chorwacja

    6 sierpnia 2022 roku na chorwackiej autostradzie A4, na północ od Zagrzebia, rozbił się polski autokar wiozący pielgrzymów do Medziugorja. Zginęło 12 osób, 32 zostały ranne.

    Ta katastrofa była boleśnie podobna do wielu wcześniejszych. Noc, długa międzynarodowa trasa, autostrada i grupa ludzi połączonych wspólnym celem podróży. Po raz kolejny kraj usłyszał najpierw liczbę ofiar, potem historie konkretnych osób. Zawsze dzieje się to w tej kolejności. Statystyka przychodzi szybciej niż biografia.

    2026. Węgierska M3

    Dziesięć dni po czwartej rocznicy tragedii w Chorwacji kolejny polski autokar związany z podróżą do Medziugorja rozbił się na Węgrzech. Tym razem grupa wracała do kraju. Zginęło 12 osób.

    Wypadek wydarzył się około pierwszej w nocy. Kierowca został zatrzymany, a węgierscy śledczy badają hipotezę, że zasnął za kierownicą. Polska prokuratura prowadzi własne czynności, zabezpieczono dokumentację przewoźników i kierowców. Dopóki postępowanie się nie zakończy, uczciwość nakazuje mówić o podejrzeniu, nie o pewnej przyczynie.

    To nie jest językowa ostrożność dla samej ostrożności. Człowiek oskarżony w pierwszych godzinach po katastrofie może już nigdy nie uwolnić się od publicznego wyroku, nawet jeśli późniejsze ustalenia pokażą bardziej złożony obraz.

    Najłatwiej powiedzieć, że kierowca zasnął

    Zmęczenie za kierownicą jest realnym i potężnym zagrożeniem. Nie wolno go jednak opisywać jak prostego braku odpowiedzialności. Senność nie zawsze wygląda jak ziewanie i opadająca głowa. Człowiek może czuć, że jeszcze panuje nad pojazdem, choć jego uwaga już się zwęża, reakcje stają się wolniejsze, a mózg zaczyna wycinać krótkie fragmenty rzeczywistości.

    Najgłębszy nocny spadek czuwania przypada zwykle na godziny pomiędzy drugą i czwartą. Ryzyko rośnie również nad ranem i w środku popołudnia. Organizm nie czyta rozkładu jazdy. Rytm dobowy nie uznaje presji organizatora, korków na granicy ani obietnicy, że „jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów”.

    Autostrada potrafi usypiać podstępniej niż kręta droga. Powtarzalność obrazu, jednostajny dźwięk, niewielka liczba manewrów i ciemność ograniczają dopływ bodźców. Kierowca nie musi czuć dramatycznego zmęczenia. Czasem najniebezpieczniejsze jest właśnie przekonanie, że wszystko jest w porządku.

    Przepisy określają czas jazdy, obowiązkowe przerwy i odpoczynek. Tachograf zapisuje aktywność. Dwóch kierowców może się zmieniać. To wszystko jest konieczne, ale nie rozwiązuje całego problemu. Formalny odpoczynek nie zawsze oznacza sen. Można leżeć przez kilka godzin i nie zasnąć. Można spać w nieodpowiedniej porze, w hałasie, w napięciu albo po wielu dniach nieregularnego rytmu. Można zmieścić się w limicie i nadal nie być zdolnym do bezpiecznej jazdy.

    Dlatego odpowiedzialność za zmęczenie zawodowego kierowcy nie kończy się na kierowcy. Obejmuje sposób planowania trasy, realność rozkładu, kulturę firmy, jakość odpoczynku, presję czasu, możliwość zgłoszenia senności bez lęku przed karą oraz gotowość do przerwania podróży.

    Bezpieczeństwo zaczyna się tam, gdzie kierowca może powiedzieć „nie jadę dalej” i wie, że ta decyzja zostanie potraktowana jako profesjonalizm, a nie słabość.

    Po wypadku zaczyna się druga katastrofa

    W wiadomościach katastrofa ma wyraźny początek i koniec. Jest alarm, obraz przewróconego pojazdu, konferencja prasowa, transport rannych, powrót ciał i pogrzeby. Potem pojawia się następny temat.

    Dla ludzi, którzy przeżyli, wtedy często wszystko dopiero się zaczyna.

    Najnowsze metaanalizy pokazują, że objawy zespołu stresu pourazowego mogą dotyczyć mniej więcej jednej piątej osób, które przeżyły wypadki drogowe. Nie oznacza to, że każda osoba po katastrofie rozwinie PTSD. Większość ludzi w pierwszych dniach może doświadczać reakcji, które są bolesne, ale naturalne po nienaturalnym zdarzeniu. Mogą wracać obrazy, dźwięki i zapachy. Może pojawić się bezsenność, rozdrażnienie, drżenie, poczucie odrealnienia, lęk przed wejściem do samochodu lub autokaru.

    Szczególnie okrutne bywa poczucie winy ocalałego. „Dlaczego ja wyszedłem, a ktoś obok nie?”. „Czy mogłem zrobić więcej?”. „Dlaczego zamieniłem się z kimś miejscem?”. Umysł próbuje odzyskać kontrolę, więc bez końca odtwarza sekundy, których nie da się już zmienić.

    Nie każda taka reakcja jest zaburzeniem. Nie każdą należy natychmiast uciszać. Człowiek po katastrofie potrzebuje przede wszystkim bezpieczeństwa, informacji, kontaktu z bliskimi, pomocy praktycznej, snu i prawa do własnego tempa. Nie powinien być zmuszany do wielokrotnego opowiadania mediom o najgorszej chwili życia. Powtarzanie historii przed kamerą nie jest leczeniem.

    Pomoc psychologiczna nie może kończyć się przy szpitalnym łóżku ani po pierwszym tygodniu. Część objawów ujawnia się później, gdy ustaje mobilizacja, bliscy wracają do pracy, a otoczenie zaczyna oczekiwać, że ocalały również „wróci do normalności”. Tymczasem jego normalność została na poboczu drogi.

    Rodziny też uczestniczą w katastrofie

    Rodzina nie musi znajdować się w autokarze, żeby doznać urazu psychicznego. Czasem pierwszym doświadczeniem jest telefon, niepełna informacja albo wielogodzinne oczekiwanie na potwierdzenie, czy bliska osoba żyje. Potem przychodzą identyfikacja, szpital, podróż do obcego kraju, kontakt z urzędami, przesłuchania, sekcja zwłok, pogrzeb i pytania bez odpowiedzi.

    W zbiorowej tragedii żałoba staje się publiczna. Nazwiska trafiają do mediów, ludzie komentują przyczyny, szukają winnych, oceniają organizatora i kierowcę. Rodzina może jednocześnie przeżywać rozpacz i obserwować, jak śmierć bliskiej osoby zamienia się w materiał, nagłówek albo internetową kłótnię.

    To kolejny powód, dla którego dziennikarz powinien ważyć słowa. Nie wszystko, co można pokazać, należy pokazywać. Nie każde pytanie trzeba zadać w dniu tragedii. Mikrofon nie daje prawa do wejścia w cudzą żałobę bez zaproszenia.

    „Nocny Patrol” nauczył mnie, że relacja z miejsca wypadku powinna przede wszystkim ostrzegać i pomagać. Nigdy nie powinna odbierać godności tym, którzy nie mogą zaprotestować.

    Co naprawdę możemy zrobić przed podróżą

    Nie da się stworzyć podróży pozbawionej wszelkiego ryzyka. Można jednak zmniejszyć prawdopodobieństwo, że ostrzeżenie pojawi się dopiero po tragedii.

    Organizator powinien wybierać przewoźnika nie tylko według ceny. Powinien pytać o licencję, doświadczenie w trasach międzynarodowych, plan zmian kierowców, noclegi i rzeczywisty odpoczynek. Powinien znać numer rejestracyjny pojazdu na tyle wcześnie, aby sprawdzić go w państwowej usłudze „Bezpieczny Autobus”. Można również wcześniej zwrócić się do Policji lub Inspekcji Transportu Drogowego o kontrolę pojazdu i kierowcy.

    Pasażer powinien zapinać pas, jeśli autokar jest w niego wyposażony, i pozostawić go zapiętego także w nocy. To niewygodne, ale bezpieczeństwo ma paskudny zwyczaj bycia niewygodnym dokładnie do chwili, w której ratuje życie.

    Jeżeli sposób jazdy budzi niepokój, kierowca walczy ze snem albo pojazd zachowuje się nietypowo, trzeba reagować. Grzeczność nie jest ważniejsza od życia. W autokarze pełnym ludzi odpowiedzialność nie znika tylko dlatego, że siedzimy po drugiej stronie drzwi kierowcy.

    Najważniejsza jest jednak zmiana kultury. Kierowca nie może być ostatnim bezpiecznikiem systemu, który wcześniej zaakceptował zbyt napięty plan, źle zorganizowaną zmianę i odpoczynek istniejący głównie na papierze.

    Gdybym dziś znów wyruszył w Nocny Patrol

    Gdybym dzisiaj ponownie wsiadł do samochodu z mikrofonem, miałbym lepszą technikę, szybszy internet, dokładną lokalizację i obraz z wielu kamer. Wiedziałbym więcej o ruchu drogowym. Jako psycholog rozumiałbym też lepiej to, co w latach 90. czułem głównie intuicyjnie.

    Wiedziałbym, że kierowca uczestniczący w wypadku może być jednocześnie podejrzanym, rannym i człowiekiem w ostrym kryzysie psychicznym. Wiedziałbym, że ratownik po zakończonej akcji nie zawsze zostawia ją na miejscu. Że pasażer wyciągnięty z wraku może zacząć cierpieć dopiero po powrocie do domu. Że rodzina potrzebuje prawdy, ale potrzebuje jej podanej bez okrucieństwa.

    Mówiłbym chyba ciszej.

    Nie dlatego, że tragedia wymaga szeptu. Dlatego, że krzyk mediów zbyt często zagłusza ludzi, o których media rzekomo opowiadają.

    Katastrofa na M3 powinna zostać dokładnie wyjaśniona. Trzeba zbadać stan pojazdu, zapisy tachografu, czas pracy, odpoczynek kierowców, organizację przewozu i wszystkie okoliczności na drodze. Jeśli doszło do zaniedbań, odpowiedzialność musi zostać nazwana. Nie po to jednak, by zaspokoić społeczną potrzebę kary, lecz po to, żeby kolejna grupa naprawdę wróciła do domu.

    Przez trzydzieści lat zmieniły się samochody, autostrady, przepisy i sposoby przekazywania informacji. Nie zmieniła się jedna rzecz. Każda podróż jest obietnicą powrotu.

    W „Nocnym Patrolu” wierzyłem, że warto mówić, zanim będzie za późno. Nadal w to wierzę.

    Dlatego na koniec mogę powtórzyć tylko słowa, którymi od lat żegnam kierowców.

    Życzę wam tylu wyjazdów, co i powrotów do domu.

    Robert J. Błaszczyk
    dziennikarz, psycholog, autor „Nocnego Patrolu” Radia Klakson

  • Droga zacznie mówić

    Droga zacznie mówić

    Poprzedni tekst zakończyłem zdaniem, że droga jest mniej pusta, kiedy po drugiej stronie odbiornika odzywa się żywy człowiek.

    Pozostaje jednak drugie pytanie.

    Co będzie, jeśli któregoś dnia po stronie odbiornika nie będzie już kierowcy? Albo będzie, lecz samochód nie pozwoli mu prowadzić? Co stanie się z radiem, gdy pojazd sam zacznie obserwować drogę, rozmawiać z innymi samochodami, przewidywać wypadki i wybierać trasę? Czy nadal będziemy potrzebowali reportera drogowego, skoro każdy samochód stanie się reporterem?

    Kiedy w 1992 roku zamontowałem CB-radio w studiu Radia Frank, system był bardzo prosty. Kierowca widział zdarzenie na A4, sięgał po mikrofon, mówił do mnie, a ja przekazywałem jego relację dalej. Człowiek był czujnikiem, komentatorem i świadkiem. Radio skracało jedynie drogę pomiędzy jednym człowiekiem a drugim.

    Dzisiaj tę samą funkcję częściowo wykonują telefony, nawigacje, kamery, radary, czujniki natężenia ruchu i algorytmy analizujące prędkość tysięcy pojazdów. Nadal jednak większość informacji pojawia się dopiero wtedy, kiedy coś już się wydarzyło.

    Samochód przyszłości ma wiedzieć wcześniej.

    Nie zobaczy wypadku. Zobaczy jego możliwość.

    Najpierw samochód przestanie być skończonym przedmiotem

    Najłatwiej opowiadać o przyszłości motoryzacji przez samochód elektryczny. Tyle że wymiana silnika spalinowego na elektryczny jest tylko najbardziej widoczną częścią zmiany.

    Według raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej w 2025 roku na świecie sprzedano ponad 20 milionów samochodów elektrycznych. Stanowiły już jedną czwartą wszystkich nowych aut. W Europie ich udział wyniósł 28 procent. To nie jest futurystyczna wizja ani obietnica składana inwestorom. To proces, który już trwa.

    Samochód elektryczny jest jednak ważny nie tylko dlatego, że nie ma rury wydechowej. Jego konstrukcja sprzyja centralizacji elektroniki, rozwijaniu oprogramowania, zdalnym aktualizacjom i integracji z siecią energetyczną. Auto zaczyna przypominać komputer, który przypadkiem ma koła, fotele i bardzo drogie ubezpieczenie.

    Dawny samochód w dniu zakupu był zasadniczo gotowy. Mógł się starzeć, psuć i rdzewieć, ale nie budził się rano z nowym menu, inną charakterystyką hamowania albo dodatkową funkcją, której poprzedniego wieczoru jeszcze nie posiadał.

    Samochód przyszłości nie będzie produktem skończonym. Będzie platformą rozwijaną przez cały okres użytkowania. Otrzyma aktualizacje systemów bezpieczeństwa, zarządzania energią, wspomagania jazdy i mediów. Niektóre funkcje będzie można uruchomić zdalnie. Za inne zapewne trzeba będzie płacić abonament, ponieważ przemysł szybko odkrył, że najlepiej sprzedać człowiekowi samochód, a następnie sprzedawać mu jego własny samochód jeszcze raz, po kawałku.

    To dlatego ONZ wprowadziła już regulacje dotyczące cyberbezpieczeństwa pojazdów i zarządzania aktualizacjami oprogramowania. Samochód, który można poprawić przez internet, można również przez internet zaatakować. W przyszłości włamanie do auta nie musi polegać na wybiciu szyby. Może zacząć się tysiąc kilometrów dalej, przy biurku.

    Zmieni się również relacja samochodu z energią. Pojazd elektryczny może nie tylko pobierać prąd, ale w określonych warunkach oddawać go do sieci lub zasilać dom. W 2025 roku zaczęły pojawiać się pierwsze komercyjne oferty takich usług dla prywatnych właścicieli. Na razie ograniczają je przepisy, standardy i niewielka liczba kompatybilnych modeli, ale kierunek jest czytelny.

    Samochód będzie pojazdem, komputerem i magazynem energii.

    Być może właśnie radio okaże się najmniej zaskakującą rzeczą, jaką będzie potrafił.

    Sto elektrycznych samochodów nadal tworzy korek

    W opowieściach producentów przyszłość jest zwykle czysta, cicha i płynna. Samochody jadą po pustych ulicach, wieżowce odbijają błękitne niebo, a żaden kierowca nie próbuje wcisnąć się przed innych z pasa do skrętu.

    Rzeczywistość ma gorszy dział marketingu.

    Sto elektrycznych samochodów stojących w korku nadal jest setką samochodów stojących w korku. Zmiana napędu ogranicza emisje w miejscu jazdy i może zmniejszyć zużycie ropy, ale nie poszerza ulic, nie tworzy miejsc parkingowych i nie leczy ludzkiej potrzeby, by wszędzie pojechać samemu.

    Dlatego przyszłość transportu samochodowego nie będzie polegała wyłącznie na wymianie wszystkich aut spalinowych na elektryczne. W dużych miastach samochód będzie coraz mocniej łączony z koleją, komunikacją publiczną, rowerem, ruchem pieszym, mikromobilnością i usługami przejazdu na żądanie. Pojazd prywatny nie zniknie, szczególnie poza centrami wielkich miast, ale przestanie być jedynym oczywistym rozwiązaniem każdej podróży.

    Międzynarodowe Forum Transportu od lat zwraca uwagę, że automatyzacja sama nie usuwa korków. Może je nawet zwiększyć, jeśli autonomiczne samochody będą jeździły puste, wracając po pasażera albo krążąc po mieście, ponieważ postój okaże się droższy niż kolejny przejazd.

    Najbardziej prawdopodobna przyszłość nie przypomina więc jednej wielkiej rewolucji. Będzie mieszaniną rozwiązań. Prywatne samochody elektryczne. Autonomiczne taksówki działające w wyznaczonych strefach. Elektryczne ciężarówki na głównych korytarzach transportowych. Transport publiczny sterowany danymi. Małe pojazdy dostawcze. Rowery. Roboty wożące paczki. A pomiędzy nimi ludzie, którzy nadal będą przechodzić przez jezdnię wpatrzeni w telefon.

    Latający samochód pozostanie prawdopodobnie tym, czym jest dzisiaj: świetnym obrazkiem do prezentacji, drogim środkiem transportu dla nielicznych i koszmarem każdego urzędu odpowiedzialnego za hałas, bezpieczeństwo oraz kontrolę ruchu.

    Przyszłość drogi wydarzy się raczej na asfalcie niż nad nim.

    Droga nauczy się ostrzegać

    W 1992 roku kierowca jadący A4 musiał zobaczyć korek, wypadek albo uszkodzony samochód. Dopiero wtedy mógł o nim powiedzieć.

    W przyszłości pojedynczy pojazd nie będzie musiał widzieć całego zdarzenia. Wystarczy, że zauważy fragment.

    Jeden samochód zarejestruje gwałtowne hamowanie. Drugi wykryje poślizg. Trzeci zauważy przeszkodę kamerą. Czwarty rozpozna, że wycieraczki pracują z maksymalną prędkością. Droga przekaże informację o remoncie, ograniczeniu widoczności albo zamkniętym pasie. System połączy te sygnały i zrozumie, że dwa kilometry dalej zaczyna się problem.

    Europejska platforma C-Roads rozwija już współpracujące systemy transportowe, w których pojazdy wymieniają zabezpieczone informacje z infrastrukturą. Pierwsze usługi obejmują ostrzeżenia o korkach, robotach drogowych, niebezpiecznych miejscach, pogodzie i zalecanej prędkości.

    To jeszcze nie jest asfalt obdarzony świadomością. To raczej układ nerwowy w bardzo wczesnym stadium rozwoju. Ma już pojedyncze receptory, przewody i odruchy, ale nadal uczy się, jak połączyć je w jeden organizm.

    Z czasem samochód jadący przed nami może ostrzec nasze auto o hamowaniu, zanim zobaczymy jego światła. Sygnalizacja świetlna poinformuje, kiedy zmieni się zielone. Pług przekaże, który pas został odśnieżony. Motocykl pojawi się w systemie pojazdu wcześniej, niż kierowca zauważy go w lusterku.

    Informacja drogowa przestanie opisywać drogę po fakcie. Stanie się częścią sterowania ruchem.

    A radio drogowe przestanie mówić wyłącznie: „na A4 utworzył się korek”.

    Będzie mogło powiedzieć: „zjedź następnym węzłem, zanim korek powstanie”.

    Autonomia, która nadal patrzy kierowcy na ręce

    Pełna autonomia jest jedną z tych technologii, które od wielu lat mają nadejść za kilka lat.

    Samochody potrafią już utrzymywać pas, kontrolować odległość, hamować awaryjnie, parkować i poruszać się w korku. W niektórych miejscach działają autonomiczne taksówki bez kierowcy. Międzynarodowa Agencja Energetyczna wskazuje, że komercyjne usługi tego rodzaju funkcjonują już w ponad dwudziestu miastach, głównie w Chinach i Stanach Zjednoczonych.

    Nie oznacza to jednak, że jesteśmy o krok od samochodu, który pojedzie sam wszędzie, w każdą pogodę i po każdej polskiej drodze, łącznie z tą, na której oznakowanie poziome skończyło się trzy zimy temu.

    Większość systemów dostępnych dla zwykłych nabywców pozostaje na drugim poziomie automatyzacji. Samochód może jednocześnie kierować oraz regulować prędkość, lecz człowiek nadal odpowiada za obserwację drogi. Trzeci poziom, na którym pojazd przejmuje prowadzenie, ale może zażądać interwencji, jest dostępny tylko w ograniczonych modelach i warunkach. Czwarty poziom działa w wyznaczonych obszarach. Piąty, oznaczający pełną autonomię zawsze i wszędzie, pozostaje projekcją.

    Najbardziej niebezpieczny może się okazać okres przejściowy. Samochód będzie prowadził wystarczająco dobrze, żeby człowieka znudzić, ale nie wystarczająco dobrze, żeby można mu było całkowicie zaufać.

    Psychologicznie jest to wyjątkowo trudny układ. Człowiek ma obserwować zadanie, którego właściwie nie wykonuje. Uwaga słabnie, pojawia się złudzenie bezpieczeństwa, a w chwili krytycznej system może nagle oddać kontrolę kierowcy, który przez ostatnie pół godziny był mentalnie gdzie indziej.

    Dlatego samochody już dziś obserwują ludzi. Kamery sprawdzają kierunek spojrzenia, systemy oceniają zmęczenie, a ostrzeżenia o senności i rozproszeniu uwagi stają się elementem europejskich wymagań bezpieczeństwa.

    Najpierw my patrzyliśmy na drogę.

    Teraz samochód patrzy również na nas.

    Radio rozpłynie się w kabinie

    Radio przyszłości nie będzie osobnym urządzeniem. Nie będzie nawet osobną ikoną, jeśli nadawcy pozwolą producentom samochodów schować ją wystarczająco głęboko.

    Już dzisiaj najważniejsza walka nie toczy się pomiędzy FM, DAB+ i internetem. Toczy się o miejsce na ekranie. Nowe systemy integrują telefon nie tylko z centralnym wyświetlaczem, ale również z zegarami, nawigacją i ustawieniami pojazdu. Producent samochodu, producent telefonu, dostawca map, serwis muzyczny i nadawca radiowy chcą być pierwszą rzeczą, którą zobaczy człowiek.

    Przyszłe radio będzie hybrydowe, ale to już najmniej interesująca część tej historii. Samochód sam zdecyduje, czy odbiera program przez FM, DAB+, internet, sieć komórkową, satelitę albo przyszłą transmisję 5G Broadcast. Europejska Unia Nadawców bada systemy płynnie przełączające się pomiędzy emisją rozsiewczą i internetową. Słuchacz nie będzie musiał wiedzieć, którędy przychodzi dźwięk.

    Naciśnie nazwę programu i usłyszy go dalej.

    Broadcast pozostanie ważny, ponieważ jeden nadajnik może dotrzeć do ogromnej liczby odbiorców bez tworzenia osobnego połączenia dla każdego samochodu. Ma to znaczenie szczególnie podczas katastrof, awarii i przeciążenia sieci. Internet daje natomiast personalizację, możliwość cofania programu, dostęp do archiwum i kontakt zwrotny.

    Połączenie obu systemów może stworzyć radio, które jednocześnie zachowa wspólny program i będzie przekazywało różne informacje poszczególnym kierowcom.

    Ja usłyszę komunikat dotyczący A4 pod Wrocławiem. Ktoś jadący tą samą stacją w Warszawie otrzyma ostrzeżenie o wypadku na S8. Program pozostanie wspólny, lecz jego drogowa warstwa będzie dopasowana do trasy.

    Radio nie będzie już nadawało tylko do miasta.

    Będzie nadawało do konkretnej podróży.

    Każdy fotel otrzyma własny świat

    Rozwój samochodowego nagłośnienia również nie polega już na dokładaniu kolejnych głośników. Inżynierowie pracują nad strefami dźwięku, głośnikami umieszczanymi w zagłówkach, aktywną redukcją hałasu i systemami potrafiącymi kierować dźwięk do określonego miejsca.

    Kierowca może słyszeć nawigację i informacje drogowe. Pasażer obok prowadzić rozmowę. Dziecko z tyłu słuchać audiobooka, a druga osoba muzyki. Wszystko bez czterech par słuchawek i bez rodzinnej wojny o repertuar.

    Samochód stanie się zbiorem nakładających się na siebie prywatnych przestrzeni akustycznych.

    Dźwięk może również przejąć funkcję mapy. Ostrzeżenie o motocyklu nadjeżdżającym z lewej strony zabrzmi z lewej. Informacja o pojeździe w martwym polu pojawi się dokładnie tam, skąd nadchodzi zagrożenie. Komunikat nie będzie już abstrakcyjnym piknięciem. Stanie się przestrzenną wskazówką.

    W samochodzie autonomicznym możliwości będą jeszcze większe. Jeśli fotele obrócą się do siebie, a szyby staną się ekranami, wnętrze może zamienić się w kino, biuro, pokój konferencyjny albo salon. Już dzisiaj systemy samochodowe przewidują aplikacje działające podczas postoju, szczególnie w czasie ładowania. W przyszłości granica pomiędzy pojazdem a pomieszczeniem zacznie się zacierać.

    Wtedy media w samochodzie przestaną być czymś, czego słuchamy podczas jazdy.

    Jazda stanie się czasem przeznaczonym na media.

    Nocny Patrol 2045

    Wyobrażam sobie A4 w roku 2045.

    Jest 23.47. Pada deszcz. Kilka kilometrów za Wrocławiem ciężarówka traci fragment ładunku. Pierwszy samochód wykrywa przeszkodę i gwałtownie hamuje. Następne pojazdy rejestrują falę opóźnienia. Czujniki nawierzchni wskazują pogorszenie przyczepności. Kamera kolejnego auta rozpoznaje obiekt na pasie.

    System nie czeka, aż ktoś zadzwoni do radia.

    Samochody przesyłają ostrzeżenie do innych pojazdów i zarządcy drogi. Nawigacje zaczynają zmieniać trasy. Elektroniczne znaki ograniczają prędkość. Pojazdy znajdujące się najbliżej automatycznie przygotowują miejsce dla służb.

    Do wirtualnego studia Nocnego Patrolu wpływają setki sygnałów. Sztuczna inteligencja odrzuca duplikaty, porównuje dane i zaznacza, że zdarzenie jest prawdopodobne. Dziennikarz (mnie już pewnie nie będzie) sprawdza informację u służb, łączy się z człowiekiem znajdującym się na miejscu i podejmuje decyzję o emisji.

    Każdy słuchacz słyszy trochę inny komunikat.

    Kierowca przed ostatnim bezpiecznym zjazdem otrzymuje polecenie objazdu. Człowiek znajdujący się już w zatorze słyszy, jak utworzyć korytarz życia. Samochody jadące z przeciwnego kierunku dostają ostrzeżenie, by nie zwalniać i nie fotografować zdarzenia. Pojazd elektryczny z niewielkim zapasem energii otrzymuje trasę uwzględniającą dostępną ładowarkę.

    Radio nie relacjonuje już tylko zdarzenia.

    Współuczestniczy w jego rozwiązaniu.

    Czy w takim systemie potrzebny jest jeszcze człowiek przy mikrofonie?

    Moim zdaniem bardziej niż kiedykolwiek.

    Czujnik potrafi zmierzyć gwałtowne hamowanie, ale nie rozumie strachu. Kamera rozpoznaje leżący na jezdni przedmiot, lecz nie zawsze wie, czy jest nim fragment opony, bagaż czy człowiek. Algorytm może wyznaczyć objazd, ale nie ponosi moralnej odpowiedzialności za komunikat.

    Maszyna jest szybka. Dziennikarz powinien być odpowiedzialny.

    Przyszły Nocny Patrol mógłby korzystać z milionów czujników, ale nie powinien być tylko syntezatorem głosu czytającym dane z mapy. Najlepszy system połączyłby szybkość maszyny z ludzką zdolnością rozumienia sytuacji.

    W 1992 roku otworzyłem antenę dla kierowców, ponieważ droga potrzebowała świadków.

    W 2045 roku świadków mogą zastąpić czujniki.

    Znaczenia nie zastąpią.

    Samochód, który zna nas zbyt dobrze

    Najbardziej odjechane wizje przyszłości nie dotyczą wcale latania. Dotyczą samochodu, który zacznie rozumieć człowieka lepiej, niż człowiek sobie życzy.

    Pojazd będzie znał nasze trasy, godziny pracy, ulubione miejsca, głos, muzykę, kontakty i sposób prowadzenia. Kamery zobaczą twarz oraz ruch oczu. Fotel może mierzyć puls i oddech. Mikrofony usłyszą zmęczenie, zdenerwowanie albo zmianę tonu głosu.

    To, co nastąpi później, jest już projekcją, a nie pewną prognozą. Technicznie jednak nie wydaje się niemożliwe.

    Samochód rozpoznaje, że kierowca jest napięty, i zmienia rodzaj muzyki. Wycisza agresywne wiadomości. Proponuje przerwę. Prowadzący zwraca się do człowieka inaczej, ponieważ system wie, że jest noc, pada deszcz, a kierowca jedzie od czterech godzin.

    Jeszcze krok dalej i radio zacznie tworzyć indywidualny program w czasie rzeczywistym. Sztuczny prowadzący połączy wiadomości, pogodę, muzykę, archiwalne głosy, rozmowę i informacje o trasie. Będzie pamiętał poprzednie podróże. Zapyta, czy chcemy dokończyć historię przerwaną wczoraj pod Opolem. Być może przemówi głosem, który sami wybierzemy. Głosem aktora, bliskiej osoby albo nieżyjącego prezentera odtworzonego z nagrań.

    To ostatnie jest technologicznie fascynujące i moralnie bardzo podejrzane.

    Samochód może również tworzyć muzykę dopasowaną do ruchu. Przyspieszenie, deszcz, krajobraz i pora dnia staną się częścią generowanego na żywo dźwięku. Podróż otrzyma własną ścieżkę filmową, której nikt wcześniej nie skomponował i której nikt później nie usłyszy w identycznej formie.

    Szyby mogą nakładać na mijany krajobraz informacje, obrazy i opowieści. Podczas przejazdu starą częścią A4 pasażer zobaczy jej przedwojenny przebieg. Usłyszy głosy ludzi, którzy jechali tamtędy osiemdziesiąt lat wcześniej. Droga stanie się ruchomym muzeum, grą, filmem i archiwum.

    Brzmi pięknie.

    Do chwili, kiedy pojawi się reklama restauracji dokładnie w momencie, gdy system wykryje spadek poziomu cukru.

    Radio, które słucha człowieka

    Dawny odbiornik radiowy był wobec człowieka obojętny. Nie wiedział, kto go włączył. Nie znał trasy, wieku, nastroju ani historii słuchania. Odbierał falę i zamieniał ją w dźwięk.

    Przyszłe radio będzie wiedziało niemal wszystko.

    Może dzięki temu lepiej ostrzegać, uspokajać, informować i towarzyszyć. Może również manipulować, sprzedawać i zamykać człowieka w świecie stworzonym wyłącznie z jego wcześniejszych wyborów.

    Jeżeli każdy otrzyma osobny program, osobne wiadomości, własnego prowadzącego i indywidualną wersję rzeczywistości, stracimy coś, co było jedną z największych sił radia: wspólną chwilę.

    Kiedyś tysiące kierowców słyszały ten sam komunikat, tę samą piosenkę i ten sam głos. Przez kilka minut jechaliśmy różnymi drogami, ale znajdowaliśmy się w jednej przestrzeni psychologicznej.

    Personalizacja może być wygodna. Może również stać się doskonałą samotnością.

    Radio dopasowane idealnie przestaje zaskakiwać. Nie pokazuje człowiekowi niczego spoza jego świata. Nie mówi tego, czego nie chce usłyszeć. Zamienia drogę w szczelnie zamknięty tunel własnych przekonań.

    Dlatego przyszłość mediów samochodowych nie jest wyłącznie pytaniem technicznym. To pytanie o prywatność, odpowiedzialność, własność danych i granicę pomiędzy pomocą a kontrolą.

    Dawne radio mówiło do samochodu.

    Nowe radio będzie także słuchało tego, co dzieje się w środku.

    Kto pozostanie po drugiej stronie?

    Nie boję się samochodu elektrycznego, cyfrowej drogi ani sztucznej inteligencji analizującej ruch. Nie wierzę również, że należy bronić każdego starego rozwiązania tylko dlatego, że znamy je od dzieciństwa.

    Technologia potrafi uratować życie. Samochód, który wcześniej wykryje poślizg, zmęczenie albo gwałtowne hamowanie, może zatrzymać zdarzenie, zanim zamieni się ono w wypadek. Sieć pojazdów może przekazać ostrzeżenie szybciej niż najlepszy reporter.

    Ale informacja to nie tylko dane.

    W 1992 roku kierowcy na A4 nie przekazywali mi pakietów telemetrycznych. Mówili własnym głosem. Czasem niedokładnie, chaotycznie, ze zdenerwowaniem. Trzeba było słuchać, dopytywać, oddzielać fakt od emocji i zrozumieć, co naprawdę dzieje się na drodze.

    Przyszły samochód zrobi to szybciej.

    Nie jestem pewien, czy zrobi to mądrzej.

    Dlatego chciałbym, aby radio przyszłości miało dwie warstwy. Pierwszą zbudowaną z czujników, danych, pojazdów, map i algorytmów. Drugą stworzoną z odpowiedzialności, doświadczenia i ludzkiego głosu.

    Maszyna może powiedzieć, że trzy samochody gwałtownie zahamowały.

    Człowiek potrafi powiedzieć: zwolnij, ktoś chce dziś wrócić do domu.

    W 1992 roku wprowadziłem A4 do studia za pomocą CB-radia. W przyszłości studio może znajdować się w każdym samochodzie, a każdy kilometr drogi może stać się źródłem informacji.

    Droga zacznie mówić.

    Najważniejsze, żeby po drugiej stronie nadal ktoś jej słuchał.

    Robert J Błaszczyk

  • Radio na drodze

    Radio na drodze

    Nie zacznę od wojskowych radiostacji. Owszem, urządzenia nadawczo-odbiorcze montowano w pojazdach wojskowych wcześniej, niż ktokolwiek pomyślał o słuchaniu w samochodzie muzyki. Tyle że radiostacja służąca do wydawania rozkazów i radioodbiornik, z którego kierowca słucha wiadomości, to jednak dwa różne światy. Łączy je fala radiowa. Dzieli niemal wszystko inne.

    Mnie interesuje ten drugi świat. Odbiornik samochodowy. Przedmiot, który najpierw zajmował pół auta, potem zmieścił się w desce rozdzielczej, następnie został połączony z magnetofonem, odtwarzaczem płyt i nawigacją, aż wreszcie rozpłynął się w ekranie dotykowym. Interesuje mnie również to, jak wraz z nim zmieniało się samo radio: jego treść, tempo, zasięg i stosunek do człowieka za kierownicą.

    Inspiracją do tego artykułu jest historia, którą już kiedyś opowiadałem. Wracam do niej, ponieważ dobrze pokazuje, czym radio samochodowe było przed epoką telefonów komórkowych, aplikacji i map, które wiedzą o korku wcześniej niż ludzie stojący w tym korku.

    Jeden wieczór w Radiu Frank

    Był rok 1992. Pracowałem w Radiu Frank, pierwszej prywatnej rozgłośni działającej we Wrocławiu. W ramach naszego piątkowego programu wieczornego zamontowałem w studiu CB-radio. Dzięki niemu kierowcy jadący autostradą A4 pod Wrocławiem mogli przekazywać mi informacje bezpośrednio ze swoich samochodów, a ja natychmiast emitowałem ich relacje na antenie.

    Dzisiaj nie brzmi to jak technologiczna rewolucja. Wystarczy telefon, komunikator albo aplikacja nawigacyjna. Wtedy jednak niczego takiego nie było.

    W Polsce nie działała jeszcze sieć GSM. Pierwsza analogowa sieć komórkowa NMT Centertela wystartowała dopiero w czerwcu 1992 roku i początkowo obejmowała niewielki obszar Warszawy. Telefony były ogromne, absurdalnie drogie i dla większości ludzi miały mniej więcej taki sam związek z codziennym życiem jak prywatny samolot. Kierowca znajdujący się na podwrocławskim odcinku A4 nie mógł po prostu zadzwonić do studia.

    Mógł natomiast sięgnąć po mikrofon CB.

    Na jeden wieczór droga informacji została skrócona do minimum. Zdarzenie na autostradzie, głos kierowcy, CB-radio, studio, nadajnik FM i odbiorniki w kolejnych samochodach. Bez oficjalnych komunikatów, telefonicznych central, rzeczników i reporterów wysyłanych dopiero na miejsce. Kierowcy informowali kierowców, a radio otwierało im antenę.

    To było prawdziwe radio drogi.

    Nie twierdzę, że wynalazłem CB ani informację drogową. Zrobiłem coś znacznie prostszego, połączyłem dwa radiowe światy. Jeden pozwalał kierowcom rozmawiać między sobą. Drugi nadawał ich głosy do tysięcy odbiorników. Na ten jeden wieczór radio przestało mówić do kierowców, a zaczęło mówić razem z nimi.

    Później tę samą ideę rozwijałem w Radiu Klakson. Tam informacja drogowa nie była dodatkiem pomiędzy reklamą i piosenką. Droga była częścią programu, a czasami właściwie jego głównym bohaterem.

    Żeby jednak zrozumieć, dlaczego miało to znaczenie, trzeba cofnąć się do czasów, kiedy radioodbiornik samochodowy nie był jeszcze oczywistością. Był ciężką, drogą i dość kłopotliwą fanaberią.

    Skrzynia, która próbowała przetrwać podróż

    O tytuł wynalazcy radia samochodowego konkuruje kilka osób i firm. Jak zwykle w historii techniki wszystko zależy od tego, co zechcemy uznać za radio samochodowe. Jeśli wystarczy włożyć przenośny odbiornik do auta i podłączyć antenę, początki można umieścić bardzo wcześnie. Jeśli urządzenie ma być zaprojektowane specjalnie do pracy w samochodzie i produkowane seryjnie, historia zaczyna się nieco później.

    W 1922 roku młody radioamator George Frost miał zamontować odbiornik w Fordzie T. W tym samym roku w Wielkiej Brytanii pokazano Daimlera wyposażonego w Marconiphone. Nie były to jednak jeszcze odbiorniki samochodowe w dzisiejszym rozumieniu. Były raczej domowymi lub przenośnymi radiami, które ktoś z dużą cierpliwością zmusił do podróżowania.

    Za bezpieczniejszy początek produkcji urządzeń przeznaczonych do samochodów można uznać rok 1927, kiedy powstały odbiorniki Transitone. Miały dwa pokrętła strojenia, zajmowały dużo miejsca i kosztowały ponad 150 dolarów. Sprzedawały się słabo, co nie powinno dziwić. Samochód nadal był dobrem luksusowym, a radio potrafiło kosztować znaczącą część jego ceny.

    W 1930 roku pojawiła się Motorola 5T71, jeden z pierwszych odbiorników, które osiągnęły rzeczywisty sukces handlowy. Sama nazwa „Motorola” miała oznaczać dźwięk w ruchu, czyli połączenie słowa motor z popularną wówczas końcówką -ola.

    Łatwo dziś powiedzieć… zamontowali radio w samochodzie. Trudniej wyobrazić sobie, co to wówczas oznaczało.

    Lampy elektronowe były duże, delikatne i nie przepadały za wybojami. Instalacja zapłonowa produkowała zakłócenia, które odbiornik chętnie wzmacniał. Metalowe nadwozie utrudniało odbiór, a antenę trzeba było jakoś poprowadzić. Część aparatury trafiała pod deskę rozdzielczą, część pod siedzenie albo pod podłogę. Dochodziły przewody, dodatkowe baterie, przetwornice napięcia, oddzielny głośnik i sterowanie.

    Radio samochodowe było bardziej instalacją niż urządzeniem.

    W 1932 roku pokazano europejski Ideal Autosuper 5, później kojarzony z marką Blaupunkt. Ważył 12 kilogramów, zajmował miejsce na nogi pasażera i kosztował ponad 300 marek, czyli mniej więcej równowartość miesięcznego wynagrodzenia pracownika akademickiego. Mimo rozbudowanej anteny poprowadzonej wokół dachu często pozwalał odebrać tylko jedną stację.

    Dzisiaj użytkownik denerwuje się, gdy system multimedialny łączy się z telefonem przez kilkanaście sekund. Właściciel Autosupera musiał najpierw kupić odbiornik za pensję, oddać samochód do montażu, pogodzić się z utratą miejsca dla pasażera i liczyć na to, że po wjechaniu na gorszą drogę lampy nadal będą działały. A później mógł posłuchać jednej stacji. Jeśli akurat coś nadawała.

    Kiedy noc miała większy zasięg

    Pierwsze samochodowe odbiorniki służyły głównie do słuchania stacji na falach długich i średnich, wykorzystujących modulację amplitudy. Warto uporządkować pojęcia. AM jest sposobem zapisania dźwięku w fali radiowej, a nie nazwą konkretnego zakresu częstotliwości. W potocznym języku AM zrosło się jednak właśnie z falami długimi i średnimi.

    Fale długie pozwalały pokryć ogromny obszar sygnałem jednego nadajnika. Nie zapewniały dźwięku wysokiej jakości, ale nie o jakość na początku chodziło. Liczyło się to, że głos ze studia docierał setki kilometrów dalej.

    Fale średnie miały jeszcze jedną cechę. Po zmroku potrafiły odbijać się od jonosfery i docierać znacznie dalej niż w dzień. Nocą skala odbiornika ożywała. Pojawiały się stacje z innych krajów, obce języki, nieznana muzyka i głosy ludzi nadających z miast, których kierowca nigdy nie widział.

    Było w tym coś, czego nie daje dzisiejszy katalog internetowy. Stacji nie wybierało się z uporządkowanej listy. Trzeba było ją znaleźć. Pomiędzy trzaskami, gwizdami i fragmentami cudzych audycji obracało się gałkę strojenia, czekając, aż z szumu wyłoni się głos.

    To nie był idealny dźwięk. To było odkrycie.

    Zakłócały go burze, linie energetyczne, silniki elektryczne i układ zapłonowy samochodu. Muzyka brzmiała wąsko, a szum był częścią odbioru. Mimo to radio po raz pierwszy wprowadziło do poruszającego się auta świat zewnętrzny. Kierowca nie był już zamknięty pomiędzy silnikiem, drogą i własnymi myślami.

    W pierwszych dekadach słuchał przede wszystkim tego, co postanowił nadać ktoś inny, czyli wiadomości, transmisji, przemówień, słuchowisk, muzyki granej na żywo i programów rozrywkowych. Radio miało ustaloną porę. Jeśli człowiek nie zdążył, audycja przepadała. Nie było cofania, archiwum ani słuchania później. Świat płynął razem z anteną.

    FM dało radiu muzykę, a kierowcy lokalność

    Edwin Armstrong opracował szerokopasmową modulację częstotliwości FM w latach trzydziestych. Rozwiązanie znacznie ograniczało trzaski i zakłócenia charakterystyczne dla AM, pozwalając transmitować dźwięk o szerszym paśmie.

    Dla radia samochodowego była to zmiana zasadnicza. Muzyka zaczęła naprawdę przypominać muzykę. FM nie oferowało jednak ogromnego zasięgu fal długich. Sygnał był bardziej zależny od terenu, budynków i sieci nadajników. Radio stawało się czystsze, lecz zarazem bardziej lokalne.

    W 1952 roku Blaupunkt wprowadził pierwszy europejski samochodowy odbiornik UKF. W kolejnych dekadach zakres FM stał się naturalnym środowiskiem radia w aucie. Razem z nim rozwijały się stacje muzyczne, lokalne serwisy, prognozy pogody i informacje przygotowywane specjalnie dla ludzi jadących do pracy lub wracających do domu.

    Radio zaczęło układać dzień według ruchu ulicznego. Poranek miał krótkie wiadomości, godzinę, pogodę i sytuację na drogach. Popołudnie miało korek, konkurs, telefon od słuchacza i muzykę, która miała nie przeszkadzać w staniu. Noc należała do głosów spokojniejszych, bardziej osobistych i mniej nadzorowanych przez kierownictwo programu. Dlatego właśnie nocne radio bywało najlepsze.

    Polska początku lat dziewięćdziesiątych miała dodatkowy problem. Przez lata korzystaliśmy z innego zakresu UKF niż Europa Zachodnia. Nowe prywatne stacje pojawiały się już w paśmie zachodnim, którego wiele polskich odbiorników zwyczajnie nie odbierało.

    Radio Frank nadawało na częstotliwości 100,2 MHz. Dla samochodu przywiezionego z Niemiec nie stanowiło to problemu. Dla części krajowych odbiorników była to częstotliwość z innej planety. Potrzebne były konwertery, przeróbki albo zachodnie radio kupione na bazarze.

    Dochodziło do sytuacji absurdalnej, ale wtedy zupełnie normalnej. Stacja nadawała we Wrocławiu, a wielu wrocławian nie mogło jej odebrać. Tymczasem kierowca starego niemieckiego samochodu często słyszał ją bez żadnego problemu, ponieważ wraz z autem przyjechał odbiornik przygotowany do zachodniego UKF.

    Sam przekonałem się o tym boleśnie. Pracowałem w radiu, którego nie mogłem normalnie słuchać na własnym sprzęcie. A przecież nie wypada nie odbierać własnej stacji. Zdobycie odpowiedniego radiobudzika stało się wówczas całkiem poważną wyprawą. Dzisiaj aplikacja znajduje stację w kilka sekund. Wtedy najpierw trzeba było znaleźć radio, które w ogóle wiedziało, że ta częstotliwość istnieje.

    Tranzystor, kaseta i bunt przeciwko ramówce

    Prawdziwa miniaturyzacja przyszła razem z tranzystorem. W roku modelowym 1956 Chrysler Imperial mógł zostać wyposażony w jeden z pierwszych całkowicie tranzystorowych odbiorników samochodowych. Nie potrzebował rozgrzewających się lamp, pobierał mniej energii, był odporniejszy na wstrząsy i zajmował znacznie mniej miejsca.

    Radio wreszcie przestało być meblem przewożonym przez samochód. Stało się częścią samochodu.

    Początkowo dźwięk wydobywał się z jednego głośnika umieszczonego pod deską rozdzielczą. Potem dodano głośnik z tyłu, dwa kanały stereo i regulację proporcji między przodem a tyłem. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych radioodbiornik zaczął łączyć się z urządzeniami odtwarzającymi nagraną muzykę.

    Format Stereo 8, znany jako 8-track, powstał w 1964 roku przy współpracy firm związanych z przemysłem elektronicznym, muzycznym i motoryzacyjnym. Był wygodny w samochodzie, odporny i nie wymagał ręcznego przekładania szpul.

    Większą rewolucję wywołała jednak kaseta kompaktowa, zaprezentowana przez Philipsa w 1963 roku. Początkowo pomyślana jako nośnik do dyktafonów, szybko stała się podstawowym narzędziem prywatnej muzyki.

    Kaseta zmieniła układ sił w samochodzie. Do tej pory kierowca mógł wybrać stację, ale nie program. Teraz sam decydował, czego słucha. Mógł kupić album, skopiować płytę, nagrać audycję albo przygotować własną składankę.

    Dobra kaseta samochodowa była prywatną ramówką. Miała stronę A i B, odpowiednią kolejność utworów i ten jeden moment, kiedy trzeba było ją odwrócić. Zdarzało się też, że magnetofon wciągał taśmę i z romantycznej składanki pozostawał brązowy serpentynowy kłąb. Technologia od początku przypominała, że nie zamierza być człowiekowi całkowicie posłuszna.

    Płyta kompaktowa przyniosła czystszy dźwięk i natychmiastowy dostęp do wybranego nagrania. W 1984 roku Sony pokazało samochodowy odtwarzacz CDX-5, skonstruowany tak, aby wytrzymywał drgania i wysoką temperaturę. Późniejsze systemy otrzymywały zmieniarki na kilka lub kilkanaście płyt, często montowane w bagażniku.

    Każdy kolejny nośnik odbierał stacji radiowej część władzy. Kaseta pozwoliła ułożyć własny program. Płyta pozwoliła przeskoczyć utwór. Pliki MP3 zmieściły setki albumów. Streaming usunął właściwie wszystkie ograniczenia, poza jednym: ktoś nadal musiał zdecydować, czego człowiek zechce posłuchać. Jeśli nie robi tego słuchacz, robi to algorytm.

    Kiedy odbiornik nauczył się pilnować drogi

    FM brzmiało dobrze, lecz samochód miał nieprzyjemny zwyczaj przemieszczania się. Kierowca wyjeżdżał poza zasięg nadajnika i musiał szukać tej samej stacji na innej częstotliwości.

    Rozwiązaniem stał się RDS. Pierwszą specyfikację systemu opublikowano w 1984 roku, a w 1987 roku Volvo wprowadziło pierwszy samochodowy odbiornik wyposażony w tę technologię.

    RDS przesyłał razem z dźwiękiem niewielką ilość danych. Odbiornik mógł wyświetlić nazwę stacji, odnaleźć częstotliwość alternatywną i przełączyć się na silniejszy nadajnik. Funkcje TP oraz TA pozwalały oznaczyć informacje drogowe i przerwać nimi odtwarzanie kasety lub płyty.

    Radio samochodowe po raz pierwszy nie tylko odbierało. Zaczynało podejmować proste decyzje za kierowcę.

    Co ciekawe, Radio Frank już na początku lat dziewięćdziesiątych dysponowało koderem RDS z ręcznie uruchamianą flagą komunikatu drogowego. Naciśnięcie przełącznika mogło sprawić, że odpowiednio wyposażone radio w samochodzie rozpoznawało ważną informację dla kierowcy.

    RDS był zapowiedzią dzisiejszego systemu multimedialnego. Odbiornik przestawał być wyłącznie urządzeniem do dźwięku. Zaczynał pracować na rzecz podróży.

    Samochód staje się salą odsłuchową

    Wczesny odbiornik miał przede wszystkim działać. O jakości dźwięku można było rozmawiać później, najlepiej po wyłączeniu silnika.

    Samochód jest trudnym miejscem dla muzyki. Szyby odbijają dźwięk, fotele go pochłaniają, kierowca siedzi z lewej strony, pasażer z prawej, a żaden z nich nie znajduje się w idealnym punkcie odsłuchowym. Do tego dochodzą opony, silnik, wentylacja, wiatr i drgania nadwozia.

    Najpierw producenci dokładali kolejne głośniki. Później pojawiły się osobne wzmacniacze, korektory, głośniki wysokotonowe i subwoofery. W latach osiemdziesiątych rozpoczęła się epoka systemów projektowanych specjalnie dla konkretnego modelu samochodu. Za jeden z przełomów uznaje się system zastosowany w Cadillacu Seville z 1983 roku, w którym akustykę wnętrza i rozmieszczenie głośników analizowano już jako całość.

    Prawdziwą zmianę przyniosło cyfrowe przetwarzanie sygnału. Procesor może osobno sterować każdym głośnikiem, korygować częstotliwości i opóźniać dźwięk tak, aby docierał do uszu słuchacza we właściwym czasie. System zwiększa głośność wraz z prędkością, poprawia czytelność mowy i może tworzyć różne strefy odsłuchu dla kierowcy oraz pasażerów.

    Współczesne instalacje wykorzystują kilkanaście, a czasami kilkadziesiąt głośników. Mikrofony słuchają wnętrza, a akcelerometry wykrywają drgania. Układ aktywnej redukcji hałasu wysyła przez głośniki sygnał o przeciwnej fazie, aby ograniczyć jednostajne odgłosy drogi.

    Paradoksalnie szczególnie przydaje się to w samochodach elektrycznych. Kiedy znika dźwięk silnika spalinowego, bardziej słyszalne stają się opony, zawieszenie i powietrze opływające nadwozie. Cisza okazuje się nie brakiem dźwięku, lecz miejscem, w którym odkrywamy kolejne jego warstwy.

    DAB+, internet i radio bez częstotliwości

    Pierwsze publiczne prezentacje europejskiego systemu DAB odbyły się w 1988 roku. Radio cyfrowe projektowano również z myślą o odbiorze w poruszającym się samochodzie. Zamiast jednej stacji przypisanej do jednej częstotliwości kilka lub kilkanaście programów umieszczono we wspólnym multipleksie.

    Kierowca przestał szukać częstotliwości. Wybierał nazwę stacji z listy.

    W 2007 roku opublikowano standard DAB+, wykorzystujący nowocześniejsze kodowanie dźwięku. W Polsce oficjalną emisję uruchomiono w 2013 roku. Od końca 2020 roku nowe samochody sprzedawane w Unii Europejskiej, jeśli mają fabrycznie zintegrowany radioodbiornik, muszą obsługiwać naziemne radio cyfrowe.

    DAB+ pozwala umieścić w jednym bloku częstotliwości kilka programów, nazwy audycji, teksty, okładki i dodatkowe informacje. Nie oznacza jednak automatycznie idealnego dźwięku. Jego jakość zależy od tego, ile miejsca operator multipleksu przeznaczy dla konkretnej stacji. Można nadać mniej programów w lepszej jakości albo więcej w jakości gorszej. Technologia nie unieważniła ekonomii.

    Inaczej zachowuje się również słaby sygnał. FM zaczyna szumieć stopniowo. DAB+ dzięki korekcji błędów przez pewien czas brzmi prawidłowo, po czym nagle znika. Analog umiera powoli. Cyfra zwykle zachowuje się dobrze aż do chwili, w której postanawia przestać istnieć.

    Radio internetowe poszło jeszcze dalej. Usunęło związek stacji z nadajnikiem i terytorium. Z podwrocławskiej drogi można słuchać programu z Reykjavíku, Chicago albo Sydney. Nie trzeba znajdować częstotliwości, ale potrzebna jest sieć komórkowa, pakiet danych, działająca aplikacja i serwer nadawcy.

    W 2014 roku pojawiły się CarPlay i Android Auto. Nie były nowym rodzajem radia. Były zmianą władzy nad deską rozdzielczą. Odtąd centrum samochodu coraz częściej należało nie do producenta odbiornika, lecz do telefonu i znajdujących się w nim usług.

    Najnowszym etapem jest radio hybrydowe. Samochód może odbierać program przez FM albo DAB+, pobierać jego nazwę, logo i opis przez internet, a po utracie sygnału nadajnika automatycznie przejść na transmisję sieciową. Kierowca wybiera stację. System sam ustala, którędy ma do niego dotrzeć dźwięk.

    Radioodbiornik przestaje być skrzynką. Staje się usługą.

    Droga nadal potrzebuje głosu

    Historia radia samochodowego nie jest jedynie historią coraz lepszej elektroniki. To także historia stopniowej zmiany odpowiedzi na pytanie: kto decyduje, czego słuchamy?

    Najpierw decydował nadawca. Kierowca mógł tylko obracać gałką. Kaseta i płyta oddały wybór słuchaczowi. Streaming zaoferował mu niemal wszystko, po czym zaczął podpowiadać, czego powinien chcieć. Dzisiaj pomiędzy człowiekiem i muzyką stoją aplikacja, algorytm oraz historia wcześniejszych wyborów.

    Tradycyjne radio nie wygra z internetem liczbą dostępnych nagrań. Nie ma nawet sensu próbować. Zachowało jednak coś, czego nie potrafi zastąpić najlepsza playlista: wspólną chwilę.

    Radio lokalne wie, że przed nami wydarzył się wypadek. Potrafi ostrzec o mgle, korku, zamkniętej drodze albo samochodzie jadącym pod prąd. Może oddać głos człowiekowi, który właśnie tam jest. Nie godzinę później, nie po zatwierdzeniu komunikatu i nie wtedy, gdy algorytm uzna informację za odpowiednio popularną.

    W 1992 roku w studiu Radia Frank połączyłem CB-radio z anteną radiową. Kierowcy z A4 mówili do mnie, a chwilę później ich głosy pojawiały się w odbiornikach innych kierowców. Na jeden wieczór otworzyłem radiowy eter dla drogi i przyspieszyłem informację bardziej, niż pozwalały ówczesne oficjalne systemy.

    Ta sama idea wróciła później w Radiu Klakson. Radio kierowców nie mogło przecież jedynie odtwarzać muzyki dla ludzi zamkniętych w samochodach. Musiało słuchać drogi.

    Od początków tego radiowego a samochodowego jednocześnie czasu, odbiornik zmienił się niemal całkowicie. Lampy zastąpiły tranzystory, jeden głośnik zamienił się w przestrzenny system nagłośnienia, a gałkę strojenia przykrył ekran dotykowy. Fale długie ustąpiły miejsca FM, DAB+ i transmisji internetowej.

    Nie zmieniło się tylko to, co najważniejsze.

    Droga wciąż jest mniej pusta, kiedy po drugiej stronie odbiornika odzywa się żywy człowiek.

    Robert J Błaszczyk

  • Psychologia mediów. Dlaczego ten głos nie pozwala Ci przełączyć?

    Psychologia mediów. Dlaczego ten głos nie pozwala Ci przełączyć?

    Jedną z nocnych rozmów pamiętam nie jak stenogram, lecz jak… sens. Po niemal trzydziestu latach słowa mogły się trochę przesunąć, ale znaczenie zostało we mnie dokładnie tam, gdzie było. Prowadziłem wtedy Nocny Patrol, gdzieś przede mną ciągnęła się stara, betonowa A4, służbowy Centertel gubił zasięg, a noc robiła z drogi długi, ciemny tunel. Po jednym z wejść antenowych, na 19 kanale CB radia odezwał się do mnie kierowca. Nie pytał o objazd, wypadek ani pogodę. Powiedział mniej więcej tak, „Niech pan jeszcze mówi. Jadę sam i dobrze wiedzieć, że ktoś też jest na tej drodze”.

    To zdanie nauczyło mnie o radiu więcej niż niejeden wykład z teorii mediów.

    Człowiek nie zawsze włącza radio, żeby otrzymać wiadomość. Czasem chce usłyszeć, że świat po drugiej stronie szyby nadal istnieje, ktoś czuwa, noc ma jakiś porządek, a jego samotna podróż jest przez chwilę wspólnym doświadczeniem. Wtedy radio przestaje być urządzeniem, stacją, formatem i częstotliwością. Staje się obecnością.

    Dzisiaj, kiedy patrzę na tamte lata jako psycholog, dziennikarz i onegdaj badacz mediów, lepiej rozumiem, co działo się pomiędzy moim mikrofonem a człowiekiem w jadącym gdzieś samochodzie. Właśnie ta niewidoczna przestrzeń jest dla mnie najciekawszym obszarem psychologii mediów. Nie sam komunikat, lecz to, co komunikat robi z uwagą, emocjami, pamięcią, poczuciem bezpieczeństwa i wyobraźnią odbiorcy.

    Informacja mówi, co się wydarzyło. Psychologia mediów pyta, co wydarzyło się w człowieku, kiedy o tym usłyszał.

    Psychologia mediów bada spotkanie bez spotkania

    Psychologię mediów najczęściej definiuje się jako dziedzinę badającą relacje człowieka z mediami i technologią. Interesują ją uwaga, pamięć, emocje, motywacja, wpływ społeczny, identyfikacja, tworzenie nawyków, wiarygodność źródeł, odbiór przekazu i zachowania podejmowane pod jego wpływem. To definicja poprawna, ale brzmi trochę tak, jakby powstała w pomieszczeniu, w którym nigdy nie zapaliło się czerwone światło antenowe.

    Dla mnie psychologia mediów jest nauką o spotkaniu, które odbywa się bez fizycznej obecności. Dziennikarz nie siedzi obok słuchacza, a jednak może wpłynąć na jego napięcie, ocenę sytuacji i decyzję. Potrafi go uspokoić, ostrzec, zirytować, przestraszyć albo skłonić do zatrzymania samochodu. Odbiorca nie zna prowadzącego prywatnie, lecz rozpoznaje jego sposób oddychania, tempo mowy, ironię, charakterystyczne pauzy oraz chwilę, w której głos nagle staje się poważniejszy.

    Medium nie jest więc rurą, przez którą płynie gotowa informacja. Tworzy środowisko psychologiczne. Ten sam komunikat przeczytany w portalu, pokazany w telewizji i wypowiedziany nocą w radiu może zostać odebrany zupełnie inaczej, ponieważ każde medium inaczej zarządza czasem, uwagą, dystansem i wyobraźnią.

    Psychologia mediów nie pyta wyłącznie, co powiedziałem. Pyta, dlaczego słuchacz zwrócił na to uwagę, jak nadał temu znaczenie, co zapamiętał, czego nie zrozumiał, komu zaufał i dlaczego następnego dnia ponownie włączył tę samą stację. Bada również drogę odwrotną, czyli sposób, w jaki reakcje publiczności, telefony, wiadomości i wyniki słuchalności zmieniają osobę siedzącą przy mikrofonie. Radio kształtuje słuchacza, ale słuchacz również kształtuje radio.

    Radio nie pokazuje i właśnie dlatego pozwala zobaczyć

    Telewizja daje odbiorcy gotowy kadr. Radio zostawia mu puste miejsce, które człowiek musi wypełnić własną wyobraźnią. Gdy mówię o mokrym asfalcie, niebieskim świetle odbijającym się w karoserii i ciszy po odjeździe karetki, każdy słuchacz tworzy inną scenę. Nie widzi dokładnie tego, co widziałem ja. Buduje obraz z własnych wspomnień, doświadczeń, lęków i dróg, którymi sam kiedyś jechał.

    W tym sensie radio nie jest uboższą telewizją. Jest medium współtworzonym przez odbiorcę. Ma zresztą najtańszego i najbardziej pracowitego scenografa na świecie. Jest nim umysł słuchacza.

    Badania Emmy Rodero nad przekazem audialnym pokazały, że opisowe efekty dźwiękowe i przestrzenne budowanie sceny mogą wzmacniać wyobrażenia mentalne oraz uwagę. Nie wynika z tego, że reportaż trzeba zasypać syrenami, trzaskaniem drzwi i dramatyczną muzyką. Dźwięk pozbawiony znaczenia szybko staje się hałasem. Pobudza, lecz niekoniecznie pomaga zrozumieć.

    W Nocnym Patrolu naturalną scenografią były odgłosy drogi, deszczu, silnika, policyjnego radia i głosy ludzi obecnych na miejscu. Ich siła nie polegała na atrakcyjności technicznej. Potwierdzały obecność reportera. Mówiły słuchaczowi, że nie czytam komunikatu w ciepłym studiu, lecz jestem tam, gdzie właśnie dzieje się coś ważnego.

    Dźwięk stawał się dowodem obecności, ale nigdy nie mógł zastępować sprawdzania faktów. Syrena w tle potwierdza, że przyjechały służby. Nie mówi jeszcze, kto zawinił, ile osób zostało poszkodowanych ani jaki będzie finał zdarzenia. Psychologia mediów uczy, że sugestywny dźwięk może wyprzedzić rozumienie. Dziennikarska odpowiedzialność nakazuje nie pozwolić, by emocjonalny obraz stał się ważniejszy od prawdy.

    Głos dociera wcześniej niż argument

    Zanim słuchacz zrozumie sens pierwszego zdania, zaczyna oceniać osobę, która je wypowiada. Phil McAleer, Alexander Todorov i Pascal Belin wykazali, że ludzie tworzą zaskakująco spójne pierwsze wrażenia dotyczące cech mówiącego już na podstawie bardzo krótkiego słowa. W ich eksperymencie trwające około czterech dziesiątych sekundy „hello” wystarczało, aby pojawiały się oceny związane między innymi z sympatią, wiarygodnością i dominacją.

    Dla radiowca jest to wiadomość trochę niewygodna. Mikrofon nie przekazuje wyłącznie słów. Przekazuje napięcie, pośpiech, niepewność, protekcjonalność, znudzenie i sztuczną emfazę. Mogę napisać znakomite wejście, a potem unieważnić je tonem, który mówi słuchaczowi, że sam nie wierzę w czytany tekst. Mogę też wypowiedzieć zwyczajne zdanie w taki sposób, że odbiorca poczuje obecność człowieka, a nie pracownika obsługującego antenę.

    Nie wierzę przy tym w jeden idealny „głos radiowy”. Przez lata rozgłośnie produkowały charakterystyczny ton prezentera, trochę zbyt gładki i trochę zbyt zachwycony wszystkim, jakby każda zapowiedź pogody była otwarciem festiwalu, a każda piosenka właśnie zmieniała historię muzyki. Prezenter, który przez trzy godziny udaje entuzjazm, zaczyna brzmieć jak człowiek sprzedający odkurzacz o trzeciej nad ranem.

    Skuteczny głos powinien być zgodny z treścią, sytuacją i osobowością prowadzącego. W wiadomościach potrzebuję klarowności. W rozmowie spokoju i reaktywności. W relacji terenowej wiarygodnej energii. W nocnej audycji bliskości, która nie udaje poufałości. Autentyczność nie oznacza mówienia wszystkiego, co przyjdzie mi do głowy. Oznacza zgodność pomiędzy tym, co mówię, jak mówię i dlaczego w ogóle zabieram głos.

    Słuchacz wraca po człowieka, którego właściwie nie zna

    Badacze mediów od dawna opisują relacje paraspołeczne, czyli poczucie znajomości z osobą medialną mimo jednostronnego charakteru kontaktu. W radiu mechanizm ten działa wyjątkowo mocno, ponieważ znajomy głos wchodzi w prywatną przestrzeń człowieka. Towarzyszy mu w samochodzie, kuchni, pracy, nocnym dyżurze oraz wtedy, gdy w domu nie ma nikogo innego.

    Alan Rubin i Mary Step, badając słuchaczy talk radio, zauważyli, że więź paraspołeczna z ulubionym prowadzącym wiązała się z częstszym i bardziej intencjonalnym słuchaniem. Odbiorcy częściej traktowali takiego gospodarza programu jako ważne źródło informacji i przypisywali mu wpływ na własne poglądy lub zachowania.

    Z kolei Benedikt Spangardt, Nicolas Ruth i Holger Schramm pokazali eksperymentalnie, że osobowość radiowego prezentera może wpływać na zamiary słuchaczy wobec stacji. Ważnymi mechanizmami okazały się interakcja paraspołeczna i doświadczenie przepływu, czyli stan, w którym człowiek angażuje się w to, czego słucha, i nie ma potrzeby szukania kolejnego bodźca.

    Nie wyciągam z tych badań wniosku, że prowadzący powinien produkować fałszywą bliskość. Słuchacze szybciej niż niejeden dyrektor programowy wyczuwają sztuczne ciepło, mechaniczny śmiech i poufałość tworzoną z instrukcji. Relacja powstaje przez powtarzalność, przewidywalność wartości, konsekwencję i drobne oznaki prawdziwej obecności.

    Jeżeli o tej samej porze codziennie pojawia się znajomy głos, człowiek zaczyna włączać go do rytmu własnego dnia. Nie zna prezentera, ale wie, czego może się po nim spodziewać. Zaufanie w radiu jest więc mniej podobne do jednego wielkiego olśnienia, a bardziej do drogi, którą przejeżdża się wielokrotnie i po pewnym czasie zna każdy zakręt.

    Radio na żywo ma przewagę chwili, której nie można odtworzyć

    Podcast mogę zatrzymać, cofnąć i odłożyć na jutro. Radio na żywo wydarza się teraz. To jego ograniczenie i jednocześnie największa siła. Słuchacz wie, że po drugiej stronie mikrofonu także płynie czas. Może pojawić się nowa informacja, telefon, błąd, śmiech, cisza albo coś, czego nie przewidział żaden scenariusz.

    Żywa antena tworzy wspólnotę chwili. Tysiące osób słyszą ten sam głos w tym samym momencie, chociaż znajdują się w różnych samochodach, domach i miastach. Nagranie może być doskonalsze technicznie, ale nie ma już ryzyka teraźniejszości. W radiu na żywo odbiorca uczestniczy w czymś, co powstaje również dla niego i przy nim.

    Nieprzewidywalność trzeba jednak dawkować. Jeśli wszystko jest zapisane co do sylaby, audycja traci oddech. Gdy nic nie jest przygotowane, swoboda szybko zamienia się w chaos, a chaos rzadko bywa tak fascynujący, jak sądzi prowadzący, który go właśnie wyprodukował.

    Dobry program na żywo potrzebuje konstrukcji wystarczająco mocnej, by utrzymać sens, i dostatecznie elastycznej, by dopuścić życie. W Nocnym Patrolu teraźniejszość była oczywista. Jechałem, widziałem, sprawdzałem i mówiłem. Dzisiaj przestrzegałbym jednak reporterów przed myleniem obecności z epatowaniem dramatem. Człowiek na miejscu wypadku nie staje się rekwizytem tylko dlatego, że dziennikarz ma mikrofon i dobre wejście antenowe.

    Psychologia mediów bez etyki bardzo łatwo zmienia się w instrukcję skuteczniejszego naruszania cudzych granic.

    Uwaga nie jest własnością prowadzącego

    Radiowcy lubią mówić, że „mają słuchacza”. To wygodny język branżowy, ale psychologicznie fałszywy. Uwaga zawsze należy do odbiorcy i może zostać wycofana w dowolnej sekundzie. Słuchacz niczego mi nie obiecywał. Nie podpisał umowy, że wytrzyma pięć minut nudnego monologu tylko dlatego, że ja mam jeszcze dwie kartki tekstu.

    Radio najczęściej towarzyszy innej czynności. Odbiorca prowadzi samochód, pracuje, gotuje, szuka kluczy, rozmawia z dzieckiem albo sprawdza telefon. Jego zasoby poznawcze są ograniczone, a nadawca konkuruje nie tylko z inną stacją, lecz także z całym światem.

    Modele ograniczonej pojemności przetwarzania przekazów medialnych przypominają, że człowiek dysponuje skończoną ilością zasobów potrzebnych do zauważania, rozumienia i zapamiętywania informacji. Z tego powodu większa liczba bodźców nie zawsze oznacza większą uwagę. Szybszy montaż, głośniejszy podkład, cztery nazwiska, pięć liczb i trzy poboczne historie mogą pobudzić, a jednocześnie utrudnić zrozumienie.

    Badania Emmy Rodero nad tempem, intonacją i gęstością informacji w przekazach radiowych prowadzą do praktycznego wniosku, który intuicyjnie zna wielu dobrych prezenterów. Mowa powinna być wystarczająco dynamiczna, aby nie zgubić uwagi, lecz na tyle umiarkowana, by odbiorca zdążył zbudować znaczenie. Szybkość nie zawsze jest energią. Czasem jest jedynie lękiem prowadzącego przed ciszą.

    Dlatego w radiu na żywo potrzebne jest krótkie resetowanie kontekstu. Przypominam, o czym mówimy, nazywam jedną najważniejszą myśl, oddzielam fakt od komentarza i nie zakładam, że każdy słucha od początku. Radio jest strumieniem, do którego ludzie wchodzą w różnych miejscach. Prowadzący musi budować mosty dla spóźnionych, nie zanudzając tych, którzy są z nim od pierwszej minuty.

    Nie ma nudnych tematów, są tematy bez stawki

    Utrzymanie słuchacza nie polega na ciągłym podnoszeniu napięcia. Gdy wszystko jest szokujące, niewiarygodne, przełomowe i już za chwilę, po pewnym czasie nic nie jest ważne. Ludzka uwaga reaguje na niepewność, zmianę oraz obietnicę uzyskania odpowiedzi. Zaufanie reaguje natomiast na to, czy nadawca dotrzymuje złożonej obietnicy.

    Przed wejściem antenowym zadałbym sobie pięć prostych pytań. Do kogo teraz mówię? Dlaczego ten człowiek ma zostać ze mną przez następną minutę? Jaki jeden obraz albo sens powinien zapamiętać? Jaką obietnicę dalszego ciągu składam? W którym momencie ją domknę?

    To mój autorski model pracy, wynikający z doświadczenia radiowego i późniejszego patrzenia na komunikację oczami psychologa. Nie potrzebuję do niego magicznych technik wpływu. Potrzebuję dyscypliny i świadomości, że każde wejście zabiera słuchaczowi fragment uwagi, za który powinien otrzymać coś wartościowego.

    Dobre otwarcie nie musi krzyczeć. Może rozpocząć scenę, nazwać zmianę, zadać uczciwe pytanie albo powiedzieć odbiorcy, dlaczego sprawa dotyczy właśnie jego. Następnie trzeba poprowadzić myśl w czytelnym rytmie, dać jeden konkretny detal i doprowadzić do znaczenia.

    Jeżeli zapowiadam odpowiedź, powinienem jej udzielić. Niedomknięcie bywa sztuką. Notoryczne zwodzenie odbiorcy jest tylko zużywaniem zaufania.

    Każdy format radiowy odpowiada na inną potrzebę

    Poranny program buduje rytuał i orientację. Słuchacz budzi się, sprawdza pogodę, sytuację na drogach, najważniejsze wydarzenia i emocjonalny klimat dnia. Prowadzący nie musi być najzabawniejszą osobą w kraju. Powinien pomóc człowiekowi przejść z prywatnego półsnu do społecznej rzeczywistości. Duet może tu działać znakomicie, jeśli rozmowa ma prawdziwą dynamikę, a nie jest zawodami w głośnym śmianiu się z żartów, których nikt poza studiem nie zrozumiał.

    Drive time, czyli pasmo powrotów, opiera się na użyteczności i regulowaniu napięcia. Kierowca jest zmęczony, przeciążony, czasem zły. Potrzebuje informacji krótkiej, lokalnej i możliwej do zastosowania, ale także głosu, który nie dodaje chaosu do chaosu. Nocny Patrol i Dzienny Patrol wyrastały właśnie z takiej realnej potrzeby, zanim aplikacje zaczęły prowadzić człowieka przez każdy korek.

    Talk radio i phone-in wykorzystują potrzebę uczestnictwa, identyfikacji oraz konfrontowania własnego zdania z opiniami innych. Telefon od słuchacza zmienia audycję z monologu w wydarzenie społeczne. Gospodarz musi jednak potrafić słuchać, nazywać główną myśl rozmówcy i pilnować granic. Upokorzenie dzwoniącego może chwilowo pobudzić publiczność, lecz wszystkich pozostałych uczy, że antena nie jest bezpiecznym miejscem wypowiedzi.

    Newswheel, czyli powtarzalny cykl wiadomości, pogody, ruchu i krótkich rozmów, odpowiada na sposób korzystania z radia informacyjnego. Człowiek wchodzi do strumienia na kilka lub kilkanaście minut. Powtórzenie nie jest tutaj wadą, ale architekturą formatu, pod warunkiem że najważniejsze informacje pozostają klarowne, a kolejne aktualizacje rzeczywiście coś wnoszą.

    Nocna audycja rozmowna działa inaczej. Tempo może zwolnić, pytania mogą stać się głębsze, a cisza przestaje być techniczną katastrofą. Badania nad codziennymi praktykami słuchania prowadzone przez Amandę Krause wskazują, że odbiorcy mogą wiązać radio z komfortem, wspólnotą, relaksem i regulowaniem nastroju. Prezenter nie zastępuje realnej relacji, lecz może sprawić, że samotna przestrzeń nie będzie całkiem pusta.

    Reportaż i feature radiowy uruchamiają uwagę narracją, bohaterem, konfliktem, dźwiękiem i zmianą. Tutaj odbiorcy nie zatrzymuje konkursowe pytanie, lecz potrzeba poznania dalszego losu człowieka. Format muzyczny z wyrazistym prowadzącym opiera się natomiast na kuratorstwie i tożsamości. Słuchacz może znaleźć piosenkę sam, ale wraca do osoby, której gust, wiedza i sposób opowiadania pomagają mu tę piosenkę przeżyć.

    Słuchacza przy mikrofonie utrzymuje się słuchaniem

    Jeżeli mówiąc o słuchaczu przy mikrofonie, mam na myśli także osobę, która dodzwoniła się do programu, najważniejszym narzędziem prowadzącego nie jest kolejne pytanie. Jest nim dowód, że poprzednia odpowiedź została naprawdę usłyszana.

    Używam imienia, krótko odzwierciedlam sens wypowiedzi, dopytuję o jeden konkret i pozwalam sobie na sekundę ciszy. Rozmówca nie może czuć, że stał się tylko trampoliną do następnej efektownej kwestii gospodarza.

    Na żywo szczególnie łatwo pomylić dynamikę z przerywaniem. Dobre tempo rozmowy nie polega na tym, że nikt nie kończy zdania. Powstaje wtedy, gdy pytanie prowadzi do odpowiedzi, odpowiedź wpływa na kolejne pytanie, a odbiorca słyszy rozwój rozmowy, nie odczytywanie przygotowanej listy.

    Psycholog powiedziałby, że człowiek angażuje się mocniej, gdy doświadcza sprawczości i bycia rozumianym. Radiowiec może powiedzieć to prościej. Najlepsza rozmowa zaczyna się wtedy, gdy prowadzący przestaje czekać wyłącznie na własną kolej mówienia.

    Dane pokazują zasięg, ale nie tłumaczą całej więzi

    Według danych Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w drugim kwartale 2026 roku radia słuchało codziennie blisko 63 procent Polaków w wieku od 15 do 75 lat, czyli około 18,4 miliona osób. Przeciętny czas słuchania wynosił cztery godziny i siedem minut. Te liczby przeczą łatwej opowieści o śmierci radia. Pokazują również, że walka o uwagę nie dotyczy medium marginalnego.

    Jako badacz nie zatrzymałbym się jednak na zasięgu i udziale w czasie słuchania. Pytałbym, w której minucie ludzie odchodzą, po jakim typie wejścia wracają, jakie tematy uruchamiają telefony, czy odbiorcy zapamiętują główną informację i czy potrafią rozpoznać wartości programu. W transmisji internetowej można analizować retencję, momenty odpływu, ponowne uruchomienia i aktywność wokół audycji. W klasycznym radiu pozostają badania słuchalności, eksperymenty programowe, dzienniczki, telefony, wiadomości i jakościowe rozmowy ze słuchaczami.

    Żaden wskaźnik nie powinien jednak udawać człowieka. Wysokie pobudzenie może zatrzymać odbiorcę, ale nie musi budować zaufania. Kontrowersja potrafi zwiększyć liczbę komentarzy, a jednocześnie obniżyć wiarygodność prowadzącego. Psychologia mediów pomaga interpretować dane, ponieważ pyta nie tylko, czy słuchacz został, lecz także w jakim stanie emocjonalnym został i co zabrał ze sobą po wyłączeniu odbiornika.

    Psychologia mediów nie jest nazwą manipulacji

    Wiedzę o uwadze można wykorzystać do klarowniejszego informowania albo do konstruowania coraz skuteczniejszych przynęt. Wiedzę o emocjach da się zastosować, by odpowiedzialnie opowiedzieć o tragedii, albo by wycisnąć z niej kilka minut sensacji. Mechanizm może być podobny, lecz intencja, sposób użycia i konsekwencje pozostają zupełnie inne.

    Jako psycholog i dawny reporter uważam, że skuteczność nie może być jedynym kryterium dobrej pracy medialnej. Prowadzący wpływa na pobudzenie odbiorcy, jego poczucie zagrożenia, ocenę innych ludzi i społeczną temperaturę rozmowy. W sytuacji kryzysu powinien oddzielać fakty od hipotez, unikać niepotrzebnej drastyczności, nie diagnozować ludzi na odległość i nie zmieniać cudzego cierpienia w dekorację własnego programu.

    Paradoksalnie właśnie takie ograniczenia pomagają budować długotrwałą uwagę. Odbiorca może na chwilę zatrzymać się przy krzyku, ale wraca do miejsca, w którym spodziewa się sensu. Radio nie wygra z algorytmami, stając się bardziej agresywnym algorytmem. Może wygrać żywą odpowiedzialnością, lokalnością, niepowtarzalnością chwili i głosem, który potrafi być blisko bez przekraczania granic.

    Krzyk zatrzymuje na moment. Wiarygodność przyprowadza słuchacza jutro.

    Po drugiej stronie mikrofonu zawsze jest jedna osoba

    Badania pokazują miliony słuchaczy, lecz przy mikrofonie nie wolno mówić do milionów. Tłum nie ma kuchni, samochodu, bezsennej nocy ani drogi do domu. Ma je pojedynczy człowiek. To właśnie do niego mówię.

    Psychologia mediów daje dziennikarzowi język potrzebny do zrozumienia tego, co dobry radiowiec często przeczuwał intuicyjnie. Uwaga jest ograniczona. Głos tworzy pierwsze wrażenie szybciej niż argument. Wyobraźnia słuchacza stanowi część przekazu. Powtarzalność buduje rytuał. Autentyczność nie oznacza braku przygotowania. Napięcie wymaga domknięcia. Relacja jest ważniejsza od popisu, a słuchanie bywa potężniejszym narzędziem niż mówienie.

    Gdybym miał dzisiaj ponownie zapalić czerwone światło i rozpocząć program na żywo, przygotowałbym fakty, konstrukcję oraz pierwsze zdanie. Resztę zostawiłbym uważności. Bo słuchacza nie utrzymuje się przy radiu siłą. Daje mu się powód, żeby został.

    Radio zaczyna się przy mikrofonie, ale wydarza się dopiero w człowieku.

    Robert Erben Błaszczyk

    Psycholog, psychotraumatolog, dziennikarz i badacz mediów, twórca Nocnego Patrolu, Dziennego Patrolu i Powietrznego Patrolu Radia Klakson.

    Wybrane źródła i opracowania

    American Psychological Association, Society for Media Psychology and Technology, materiały dotyczące zakresu psychologii mediów

    Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, „Ranking liderów rynku radiowego w II kwartale 2026”, 16 lipca 2026

    Komitet Badań Radiowych, „Raport RADIO 2025”

    McAleer P., Todorov A., Belin P., „How Do You Say ‘Hello’? Personality Impressions from Brief Novel Voices”, PLOS ONE, 2014

    Rodero E., „See It on a Radio Story. Sound Effects and Shots to Evoked Imagery and Attention on Audio Fiction”, Communication Research, 2012

    Rubin A. M., Step M. M., „Impact of Motivation, Attraction, and Parasocial Interaction on Talk Radio Listening”, Journal of Broadcasting and Electronic Media, 2000

    Spangardt B., Ruth N., Schramm H., „How Radio Presenter Personalities Influence Listeners’ Interactions with Radio Stations”, Journal of Radio and Audio Media, 2016

    Krause A. E., „The Role and Impact of Radio Listening Practices in Older Adults’ Everyday Lives”, Frontiers in Psychology, 2020

  • Człowiek po drugiej stronie piosenki

    Człowiek po drugiej stronie piosenki

    Są takie formaty radiowe, których nie da się łatwo wpisać do tabeli. Nie są czystym talk-show, bo między rozmowami pojawia się muzyka. Nie są zwykłą playlistą, bo piosenka nie jest tam tapetą, tylko odpowiedzią, komentarzem, czasem puentą. Nie są terapią, choć ludzie mówią w nich o samotności, strachu, miłości, żalu, pracy, zdradzie, drodze, zmęczeniu i nadziei. Nie są też tylko rozrywką, bo w środku nocy, gdy ktoś dzwoni do radia, zwykle nie robi tego wyłącznie dlatego, że chce wygrać kubek z logo stacji.

    To jest radio interaktywne w najstarszym, najbardziej ludzkim sensie. Człowiek przed mikrofonem. Telefon. Słuchacz albo słuchaczka po drugiej stronie. Piosenka przed rozmową, piosenka po rozmowie. Trochę jak ognisko w eterze, trochę jak konfesjonał popkultury, trochę jak nocna stacja benzynowa, w której kawa jest za mocna, ale rozmowa trafia dokładnie tam, gdzie trzeba.

    W polskiej wyobraźni najbliżej takiego radia bywa „Przystanek Alaska”. Fikcyjna stacja KBHR z Cicely i Chris Stevens, filozoficzny didżej, który potrafił między utworami mówić o Whitmanie, Jungowskich cieniach, życiu w miasteczku, pogodzie, śmierci, pożądaniu i sensie istnienia. Formalnie to była radiowa fantazja scenarzystów. Psychologicznie była jednak czymś bardzo prawdziwym. Pokazywała radio jako centrum wspólnoty, nie jako maszynę do emisji hitów.

    Format, którego nie nazwano do końca

    W klasycznych podręcznikach radiowych można znaleźć kilka osobnych pojęć. Talk radio oznacza audycję opartą na rozmowie. Call-in show zakłada udział słuchaczy dzwoniących na antenę. Request show pozwala zamawiać piosenki i dedykacje. Freeform radio daje prowadzącemu swobodę doboru muzyki i tematów. Personality radio opiera się na silnej osobowości gospodarza. Advice radio wprowadza element porady, często emocjonalnej, zdrowotnej albo relacyjnej.

    Interaktywne radio, o którym tu mowa, łączy to wszystko, ale nie jest żadną z tych rzeczy osobno. Jego siłą nie jest format, lecz obecność. Prowadzący nie tylko zapowiada piosenki. On jest kimś, kto siedzi przy mikrofonie w imieniu wszystkich tych, którzy jadą nocą, nie mogą spać, wracają z pracy, dyżurują, chorują, tęsknią albo po prostu chcą usłyszeć, że za szkłem studia ktoś jeszcze oddycha w tym samym czasie.

    To dlatego najważniejszym narzędziem takiego radia nie jest mikrofon. Jest nim próg. Prowadzący decyduje, kogo wpuścić na antenę, jak długo pozwolić mówić, kiedy odciążyć rozmowę muzyką, kiedy przerwać, kiedy ochronić słuchacza przed nim samym, a kiedy pozwolić mu wypowiedzieć zdanie, które będzie ważniejsze niż cały blok reklamowy.

    Amerykańska noc i telefon z ciemności

    Historia amerykańskiego radia zna wiele takich postaci. Long John Nebel prowadził nocne rozmowy o UFO, zjawiskach paranormalnych, spiskach i dziwnościach świata. W latach 50. i 60. jego audycje miały klimat intelektualnego lunaparku. Słuchacz nie zawsze wiedział, czy trafia do salonu dyskusyjnego, czy do namiotu iluzjonisty, ale wiedział, że nie słucha produktu z taśmy.

    Herb Jepko poszedł w inną stronę. Jego „Nitecap” był nocnym, życzliwym, telefonicznym radiem dla ludzi, którzy potrzebowali towarzystwa. Bez polityki, bez religijnych walk, bez wrzasku. Bardziej kuchenny stół niż ring bokserski. Ten model jest ważny, bo pokazuje, że interaktywność nie musi oznaczać agresji. Może oznaczać troskę, obecność i rytuał wspólnego trwania do rana.

    Potem przyszedł Larry King ze swoim nocnym programem, w którym rozmowa z gościem przechodziła w telefony od słuchaczy, a później w otwarte pasmo dla ludzi chcących mówić o wszystkim. Ameryka uczyła się wtedy, że radio może być wielkim pokojem rozmów, zanim internet wymyślił fora, czaty, komentarze i live’y.

    Była też druga odnoga tej tradycji, bardziej emocjonalna i muzyczna. Delilah stworzyła nocny format oparty na telefonach, historiach miłosnych, dedykacjach i piosenkach dobranych do przeżyć słuchaczy. To nie było radio informacyjne. To było radio afektywne. Piosenka nie pojawiała się dlatego, że wynikała z rotacji. Pojawiała się dlatego, że ktoś właśnie opowiedział o rozstaniu, powrocie, dziecku, żałobie albo randce sprzed trzydziestu lat.

    Jeszcze inny wariant przyniosło „Loveline”, gdzie młodzi ludzie dzwonili z pytaniami o seks, relacje, uzależnienia, wstyd i rodzinne chaosy. To już nie była poetycka dedykacja, lecz coś bliższego popkulturowej psychoedukacji. Prowadzący balansowali między humorem, wiedzą medyczną i surowością anteny, która musi utrzymać uwagę, a jednocześnie nie może udawać gabinetu.

    „Coast to Coast AM” z Artem Bellem pokazało natomiast, że nocne radio może stać się osobnym krajem. Swoją drogą do dzisiaj słucham tej świetnej audycji, głównie w sobotnie poranki za pośrednictwem aplikacji radia K2. Tu od zawsze tematy paranormalne, teorie spiskowe, opowieści słuchaczy, głos prowadzącego i późna godzina tworzyły środowisko, w którym radio nie tyle informowało o świecie, ile otwierało drzwi do alternatywnej wyobraźni. Można się z tym spierać, można kręcić nosem, ale nie sposób odmówić temu formatowi jednego, rozumiał noc lepiej niż niejeden dzienny newsroom.

    Dlaczego telefon działał inaczej niż komentarz

    Telefon w radiu był bramą. Trzeba było zadzwonić, poczekać, przejść przez wydawcę, zostać wpuszczonym, usłyszeć własny głos w słuchawce i wiedzieć, że za moment usłyszą go inni. To wytwarzało napięcie. Każdy telefon miał wagę. Każda rozmowa miała dramaturgię. Słuchacz nie był jednym z tysiąca migających nicków, lecz osobą, która dostała antenę.

    Dzisiejsze live’y w mediach społecznościowych są szybsze, bardziej demokratyczne i bardziej chaotyczne. Facebook Live, YouTube Live, Twitch czy TikTok LIVE pozwalają reagować natychmiast. Widz pisze komentarz, daje serduszko, wysyła prezent, prosi o odpowiedź, wchodzi w spór z innymi. Interakcja dzieje się nie przez bramę, lecz przez zalew. Dawne radio miało jedną linię telefoniczną i jednego człowieka na antenie. Live ma chat, algorytm, powiadomienia, emotikony, presję liczby widzów i bezlitosny zegar utrzymania uwagi.

    To ogromna różnica psychologiczna. Telefon tworzył kontakt pionowy, tu człowiek mówi do prowadzącego, a wspólnota słucha. Chat tworzy kontakt roju, gdzie wszyscy mówią obok siebie, a prowadzący próbuje wyławiać sens z poruszającej się ściany znaków. W radiu słuchacz mógł zostać zapamiętany po głosie. W social live bywa zapamiętany po nicku, awatarze albo kwocie wsparcia.

    Dlatego social live jest potomkiem radia, ale nie jest jego prostym następcą. To raczej radio po eksplozji kamery. Ma natychmiastowość, ale często traci intymność. Ma zasięg, ale często gubi skupienie. Ma komentarze, ale rzadziej ma rozmowę.

    Polski słuchacz po latach prywatnej radiofonii

    Polska prywatna radiofonia ruszyła z impetem transformacji. Dolnośląski Frank, RTF-FM, Radio Serc we Wrocławiu, obok ogólnopolskich RMF FM i Radio ZET były dziećmi początku lat 90., wolnego rynku, nowych technologii, reklam, jingli, szybkiej informacji i charyzmatycznych ludzi anteny. Wychowały słuchacza, który przyzwyczaił się do tempa, skrótu, hitu, konkursu, serwisu, poranka prowadzonego przez duet albo zespół, dynamicznego wejścia i mocnego znaku stacji.

    To była wielka szkoła radiowej sprawności. Nauczyła Polaków, że radio jest blisko, szybko reaguje, jedzie z nami samochodem i potrafi być częścią dnia. Równocześnie przyzwyczaiła wielu odbiorców do radia jako tła. Piosenka, informacja, pogoda, żart, reklama, kolejna piosenka. Dużo rytmu, mniej oddechu. Dużo energii, mniej długiej rozmowy.

    Nie znaczy to, że polski słuchacz nie chce rozmowy. Przeciwnie. Sukcesy audycji autorskich, podcastów, internetowych stacji wspieranych przez społeczności, TOK FM, Radia Nowy Świat czy Radia 357 pokazują, że istnieje grupa odbiorców, która pragnie głosu, osobowości, sensu i dłuższej formy. Tyle że to nie zawsze jest masowy słuchacz głównego pasma komercyjnego. To raczej słuchacz wybrany, lojalny, bardziej wymagający, czasem starszy, czasem zmęczony nadmiarem bodźców, a czasem młody, ale już przesycony algorytmicznym fast foodem.

    W 2026 roku taki format w Polsce mógłby się sprawdzić, ale pod warunkiem, że nie udawałby porannego radia ani TikToka. Musiałby wiedzieć, czym jest. Najlepiej działałby wieczorem albo nocą. Musiałby mieć wyrazistego gospodarza, muzykę z sensem, bezpieczny system dopuszczania rozmów, obecność psychologa lub psychoedukatora, ale bez udawania terapii na antenie. Musiałby mieć także drugie życie w internecie, podcast, krótkie fragmenty wideo, live chat, newsletter, społeczność i możliwość zostawiania wiadomości głosowych.

    Nocny Patrol jako polska odmiana bliskości

    Tego nie mogłem sobie tu odmówić. I w tym miejscu pojawia się „Nocny Patrol”. Nie jako kopia amerykańskiego formatu, lecz jako polska, lokalna i drogowa odmiana radia obecności. Wrocław, Radio Klakson, noc, samochód, autostrada, telefon, głos reportera, komunikaty z drogi, wypadki, ostrzeżenia, ludzie wracający do domu. To nie było radio siedzące wygodnie w studiu i opowiadające o świecie z bezpiecznej odległości. To było radio, które miało asfalt pod butami.

    „Nocny Patrol” nie był klasycznym call-in show w stylu amerykańskiego nocnego telefonu. Miał jednak tę samą zasadę psychologiczną, bo słuchacz czuł, że ktoś jest po drugiej stronie. Ktoś czuwa. Ktoś słyszy drogę. Ktoś może powiedzieć, gdzie jest wypadek, gdzie korek, gdzie nie jechać, ale też przypomnieć, że za kierownicą siedzi człowiek, nie punkt na mapie.

    To ważne, bo polskie radio bardzo często było świetne w dynamice, ale nie zawsze umiało zatrzymać się przy doświadczeniu słuchacza. „Nocny Patrol” miał w sobie coś, co dziś nazwalibyśmy radiową empatią sytuacyjną. Nie musiał mówić językiem psychologii, żeby dotykać psychologii. Każda nocna droga jest przecież stanem psychicznym. Samotność kierowcy, adrenalina po wypadku, lęk przed telefonem z policji, ulga po powrocie, zmęczenie, które oszukuje człowieka bardziej niż zła pogoda.

    W tym sensie „Nocny Patrol” może być pomostem do współczesnego formatu. Nie chodzi o nostalgię. Chodzi o odzyskanie pewnej funkcji radia, aby być z człowiekiem wtedy, kiedy człowiek jest pomiędzy. Pomiędzy miastami. Pomiędzy decyzjami. Pomiędzy piosenkami. Pomiędzy „dam radę” i „nie wiem, czy dam radę”.

    Nocne rozmowy i psychologia na antenie

    W Polsce istnieją przykłady audycji, które pokazują, że noc i psychologia pasują do siebie naturalnie. „Dobra Terapia” w TOK FM zaprasza słuchaczy do zadawania pytań i dzielenia się historiami dotyczącymi zdrowia psychicznego. Polskie Radio Kierowców mówiło o popularności „Nocnej Zmiany”, czyli nocnych rozmów terapeutycznych z udziałem słuchaczy, dotyczących samotności w trasie, depresji, tęsknoty za rodziną, alkoholizmu, lekomanii czy narkomanii wśród zawodowych kierowców.

    To są tropy bardzo ważne. Pokazują, że radio psychologiczne nie musi być akademickim wykładem ani miękkim poradnikiem z pastelową okładką. Może być rozmową. Może być dyżurem emocjonalnym. Może być przestrzenią, w której człowiek nie otrzymuje diagnozy, ale dostaje język do opisania własnego stanu.

    Granica jest tu jednak święta. Jako psycholog tym razem, a nie tylko dziennikarz, muszę to zastrzec… Radio nie jest gabinetem. Prowadzący nie powinien prowadzić terapii na antenie, rozpoznawać zaburzeń po trzech zdaniach ani robić z cudzego kryzysu widowiska. Dobry format psychologiczno-radiowy potrzebuje jasnych zasad, czyli na wyczucie podaję anonimowości, opóźnienia emisyjnego, zgód, wydawcy, numerów pomocowych, procedur kryzysowych i języka, który wspiera, ale nie zawłaszcza.

    Czy Polska jest gotowa na nowe interaktywne radio

    Odpowiedź brzmi tak, ale nie wszędzie i nie dla wszystkich. Taki program nie powinien walczyć z RMF FM o masowego słuchacza w środku dnia. Nie wygra z playlistą, pogodą, szybkim newsem i humorem poranka. Jego miejsce jest gdzie indziej. Wieczór. Noc. Internet. Auto. Podcast. Społeczność. Ludzie, którzy nie chcą kolejnego krzykliwego live’a, ale chcą głosu, który nie spieszy się z puentą.

    Format mógłby wyglądać tak, gdzie prowadzący z doświadczeniem radiowym i psychologicznym siada wieczorem przed mikrofonem. Ma przygotowane tematy, ale nie trzyma się ich kurczowo. Między utworami rozmawia z ludźmi przez telefon, WhatsApp, wiadomości głosowe i komentarze z transmisji. Jedna rozmowa dotyczy rozstania. Druga wypalenia zawodowego. Trzecia wspomnienia z drogi. Czwarta pytania, dlaczego człowiek w piątek wieczorem czuje pustkę, chociaż tydzień czekał na wolne.

    Muzyka nie jest przypadkowa. Każda piosenka staje się mostem. Po trudnej rozmowie nie wchodzi przypadkowy przebój z rotacji, tylko utwór, który daje przestrzeń. Po rozmowie lekkiej może pojawić się coś z uśmiechem. Po historii drogowej wraca temat podróży, nocy, miasta, świateł, autostrady.

    To byłoby radio dla ludzi, którzy dorastali z FM-em, ale dziś żyją w świecie streamingu. Dla tych, którzy pamiętają głos z odbiornika, lecz mają telefon w dłoni. Dla słuchaczy, którzy mogą oglądać live, ale czasem wolą tylko słuchać. Dla osób, które nie potrzebują kolejnej twarzy mówiącej do kamery, tylko obecności, której można towarzyszyć w kuchni, w aucie, w łóżku, na dyżurze, na nocnej zmianie.

    Przewaga radia nad live’em

    Radio ma jedną przewagę nad social mediami, której nie wolno lekceważyć. Nie żąda od słuchacza całego ciała. Live chce oczu, reakcji, komentarza, kliknięcia, obecności na ekranie. Radio pozwala być obok. Można prowadzić, gotować, iść, patrzeć w okno, milczeć. To medium mniej natarczywe, a przez to bardziej intymne.

    W świecie nadmiaru obrazów radio może wrócić jako luksus niewidzialności. Głos nie rozprasza tak jak twarz. Dźwięk zostawia miejsce na własną wyobraźnię. Telefoniczna rozmowa nie musi konkurować z filtrem, kadrem, fryzurą i światłem. W dobrym radiu człowiek słyszy nie tylko prowadzącego, ale też samego siebie.

    Interaktywne radio przyszłości nie powinno więc kopiować TikToka. Powinno robić to, czego TikTok nie umie robić długo: słuchać. Powinno korzystać z technologii, ale nie oddawać jej duszy programu. Chat może być dodatkiem. Kamera może być oknem. Podcast może być archiwum. Sednem nadal pozostaje głos i rozmowa.

    Powrót człowieka przy mikrofonie

    Być może właśnie teraz, po latach automatyzacji, formatowania, rotacji i algorytmów, wraca potrzeba radia osobowości. Nie celebryty, który zagłusza słuchacza własnym ego. Nie eksperta, który mówi z katedry. Raczej gospodarza, który potrafi być przewodnikiem po piosenkach i ludzkich sprawach. I nie AI DJ’a z cudnym głosem i subtelnością odkurzacza. Ok, ja też uważam, że jest w tym przyszłość. Lecz nie aż tak subtelna.

    Taki prowadzący musi umieć więcej niż mówić. Musi słyszeć. Musi wytrzymać pauzę. Musi wiedzieć, kiedy żart ocala rozmowę, a kiedy ją niszczy. Musi rozumieć, że telefon do radia bywa aktem odwagi. Powinien mieć temperament narratora, refleks reportera, uważność psychologa i pokorę człowieka, który wie, że antena nie jest prywatnym tronem.

    W tym sensie format z „Przystanku Alaska” nie jest starą fantazją o radiu, które przeminęło. Jest zapowiedzią czegoś, co może wrócić w nowej postaci. Małe studio, duży świat. Piosenka, rozmowa, głos, człowiek. Radio, które nie tylko nadaje, ale odbiera.

    Bo może najważniejsze pytanie nie brzmi dziś, czy ludzie chcą jeszcze słuchać radia. Dane pokazują, że słuchają. Ważniejsze pytanie brzmi, czy radio chce jeszcze słuchać ludzi.

    A chce?

    Robert J Błaszczyk

  • Byłeś przy mojej śmierci

    Byłeś przy mojej śmierci

    Był piątkowy, ciepły, jasny jeszcze wieczór sprzed bez mała trzydziestu lat.

    Dzisiaj, kiedy próbuję wrócić pamięcią do tamtej chwili, najpierw nie widzę ludzi. Widzę światło. Takie późne, lekko złote, w którym dzień jeszcze nie chce ustąpić, ale noc już zaczyna przesuwać się gdzieś za plecami. Widzę starą autostradę A4, tę sprzed wielkich remontów, przebudów, równych nawierzchni, ekranów, systemów bezpieczeństwa i całej tej nowoczesnej infrastruktury, która dziś przykrywa wiele dawnych śladów. Wtedy droga była jeszcze betonowa, płytowa, twarda, poszatkowana rytmicznymi łączeniami, przez które samochód nie jechał, lecz jakby odmierzał czas.

    Tum. Tum. Tum. Tum.

    Kto pamięta tamtą A4, ten wie, że ona miała własny głos. Nie była jeszcze autostradą w dzisiejszym znaczeniu. Bardziej przypominała szeroki, rozpędzony korytarz między polami, ciężarówkami, zmęczeniem kierowców i nagłą śmiercią, która potrafiła wyjść na drogę bez zapowiedzi. Była jednocześnie arterią, obietnicą wolności i miejscem, gdzie człowiek w ułamku sekundy dowiadywał się, że technika, prędkość i ludzkie przekonanie o kontroli są czasem tylko cienką warstwą lakieru na masce samochodu.

    Byłem wtedy dziennikarzem Radia Klakson, twórcą programu „Nocny Patrol”. Programu, który nie powstawał zza biurka. Nie był tylko pasmem komunikatów drogowych odczytywanych z kartki. „Nocny Patrol” miał koła, zapach benzyny, błoto na dywanikach, policyjne błyski na szybach i głosy ludzi, którzy chwilę wcześniej jechali zwyczajnie do domu, do pracy, do rodziny, a nagle stawali się świadkami czegoś, czego nie umieli później opowiedzieć bez zaciśniętego gardła.

    Tamtego wieczoru jechałem Jeepem od Wrocławia w stronę Legnicy. Spokojnie. Bez pośpiechu. Nie pamiętam już, czy wracałem z materiału, czy dopiero byłem w drodze. Pamiętam jednak ten stan zawodowej gotowości, który nosiłem wtedy w sobie niemal nieustannie. Reporter drogowy, zwłaszcza taki, który jeździł nocą i żył rytmem służb, nigdy naprawdę nie wyłączał odbioru. Człowiek patrzył dalej, słuchał uważniej, reagował szybciej. Widział na poboczu więcej niż inni. Dym, nietypowe światła, dziwnie stojące samochody, nagłe hamowanie ciężarówek, błysk kogutów gdzieś przed sobą albo po przeciwnej stronie jezdni.

    Niedaleko za zjazdem na Szczytkowice, a jeszcze dużo przed zjazdem na Kąty Wrocławskie, zobaczyłem coś, co w tamtej pracy rozpoznawało się natychmiast. Nie musiałem jeszcze wiedzieć, co się stało. Wystarczyło spojrzeć na układ świateł, na stojące pojazdy, na zatrzymany ruch w kierunku Wrocławia, na ludzi wysiadających z samochodów i patrzących w jedną stronę.

    Autostrada w kierunku Wrocławia była całkowicie zablokowana.

    Po mojej stronie ruch jeszcze trwał, ale już czułem, że za chwilę ta droga przestanie być drogą, a stanie się miejscem zdarzenia. Tak to wyglądało, jak przestrzeń, która sekundę wcześniej należała do prędkości, nagle przechodziła pod władzę strażaków, policjantów, ratowników, przewróconych przedmiotów, rozbitego szkła i pytań, na które nikt nie miał odpowiedzi.

    Włączyłem ostrzegawcze oświetlenie. Jeep pozwalał mi zjechać głębiej niż zwykłe samochody, więc zsunąłem się możliwie daleko poza pas autostrady, żeby nikomu nie przeszkadzać i jednocześnie nie stworzyć kolejnego zagrożenia. To była jedna z podstawowych zasad w takich sytuacjach, jeśli już jesteś na miejscu, nie stań się następnym problemem. Droga w takich chwilach ma własną agresję. Kierowcy zwalniają, patrzą, niektórzy hamują zbyt gwałtownie, inni próbują zrozumieć, co się dzieje, zamiast patrzeć przed siebie. Wypadek przyciąga wzrok, a wzrok zabrany z drogi potrafi być początkiem następnego wypadku.

    Wysiadłem.

    Nie pamiętam dokładnie pierwszego zapachu, ale wiem, że musiał tam być. Tych zapachów się nie zapomina. Rozlany olej, paliwo, gorący metal, pył z poduszek, spalona instalacja, ziemia przecięta oponami, mokry beton i coś jeszcze, czego człowiek nie chce nazywać. To nie jest zapach filmu sensacyjnego. To zapach gwałtownie przerwanego porządku. Zapach rzeczy, które jeszcze przed chwilą były samochodem, podróżą, planem, a teraz stały się rozsypanym mechanizmem i ludzkim dramatem.

    Doszedłem do niebieskiego seata.

    Nie miał przodu.

    To zdanie brzmi technicznie, prawie sucho, ale w rzeczywistości oznacza coś strasznego. Nie było tej części samochodu, która dla oka zwykle mówi, że to jest to auto. Nie było normalnej maski, reflektorów, zderzaka, błotników. Przód został zgnieciony, rozdarty i wciśnięty w resztę pojazdu tak, jakby ogromna niewidzialna pięść uderzyła w niego z całą siłą rozpędzonego świata. Metal nie był już metalem, tylko poskręcaną materią. Fragmenty silnika walały się po dużym fragmencie drogi. W rozlanym oleju i paliwie leżały części, których zwykły kierowca nigdy nie ogląda oddzielnie. Przewody, plastiki, szkło, kawałki lamp, strzępy zderzaków, elementy, które w normalnym samochodzie mają swoje miejsce i sens, a tu zostały wyrzucone z niego jak słowa z krzyku.

    Drzwi kierowcy były wygięte.

    Przez nie wystawała dłoń.

    To jeden z tych obrazów, które zostają w człowieku na zawsze. Nie całe zdarzenie, nie suma faktów, nie późniejszy komunikat policyjny, nie numer drogi, nie godzina, nie marka samochodu, ale właśnie taki szczegół. Dłoń. Ludzka dłoń wystająca z rozbitego auta. Bezradna, nieruchoma, obnażona w swojej zwyczajności. Dłoń, która może jeszcze godzinę wcześniej trzymała kierownicę, podała komuś pieniądze, poprawiła kołnierzyk koszuli, dotknęła klamki, pomachała komuś na pożegnanie. Teraz była znakiem człowieka uwięzionego między życiem a tym, co nadchodziło już bez pytania.

    Mężczyzna miał na sobie kraciastą koszulę.

    Nie wiem, dlaczego pamięć przechowuje takie rzeczy z uporem archiwisty. Kraciasta koszula. Kolory zatarły się przez lata, ale wzór został. Może dlatego, że był tak ludzki. Zwyczajny. Nie reporterski, nie sensacyjny, nie „wypadkowy”. To mogła być koszula do pracy, do drogi, na piątkowy wieczór, do sklepu, do rodziny, do kogoś, kto czekał. Nagle ta koszula stała się ostatnim ubraniem człowieka, którego śmierć widziałem z odległości kilku kroków.

    To był czas jego odchodzenia.

    Strażacy pracowali przy wraku. Ich ruchy były szybkie, konkretne, pozbawione teatralności. Ktoś, kto nigdy nie widział służb w takiej sytuacji, mógłby oczekiwać krzyku, chaosu, dramatycznych gestów. W rzeczywistości najcięższe akcje często mają w sobie przejmujący porządek. Komendy, narzędzia, metal poddający się z oporem, ręce w rękawicach, twarze skupione na jednym celu. Wydobyć człowieka. Dostać się do niego. Dać ratownikom szansę. A jeśli tej szansy już nie ma, wykonać swoją pracę do końca, z szacunkiem dla tego, który został zamknięty w resztkach samochodu.

    I wtedy, znienacka, podszedł ksiądz.

    Nie wyszedł z radiowozu, nie przyjechał karetką, nie został wezwany oficjalnie. Jechał w stronę Wrocławia i kilka samochodów od miejsca wypadku utknął w korku. Po prostu był jednym z kierowców zatrzymanych przez śmierć na autostradzie. Wysiadł, przeszedł między samochodami i znalazł się przy nas. Przy strażakach. Przy rozbitym seacie. Przy człowieku, który odchodził.

    Ten obraz też pamiętam. Ksiądz na autostradzie, przy wraku, wśród paliwa, szkła i betonu. Nie w kościele, nie przy łóżku chorego, nie w miejscu przygotowanym do modlitwy, ale na drodze, gdzie życie zostało przerwane tak gwałtownie, że nawet czas wydawał się mieć problem, żeby nadążyć za tym, co się wydarzyło. Było w tym coś porażająco prostego. Jakby wszystkie role społeczne nagle się spotkały w jednym punkcie. Strażacy walczyli z blachą, ratownicy z czasem, policjanci z chaosem, ja z przekazem do radia, a ksiądz z ostatnią granicą człowieka.

    Kilka metrów dalej, wyrzucony siłą uderzenia, stał drugi samochód. Czerwony osobowy. Również rozbity. To było auto sprawcy, choć wtedy jeszcze tego słowa używało się ostrożnie. Na miejscu wypadku pierwsze minuty nie są od wyroków. Są od zabezpieczenia, ratowania, sprawdzania, oddychania, działania. Jednak układ zdarzenia mówił wiele. Z wówczas niewyjaśnionych dla nas przyczyn czerwony samochód przejechał przez pas zieleni z przeciwnego kierunku i uderzył czołowo w prawidłowo jadącego niebieskiego seata.

    Łączna prędkość musiała być ogromna. Bliska, a może przekraczająca dwieście kilometrów na godzinę. Nie trzeba było być biegłym, żeby to czuć. Wystarczyło spojrzeć na samochody, a właściwie na to, co z nich zostało. Przody pojazdów były zmasakrowane. Nie było zwykłej geometrii aut, tej codziennej pewności, że pojazd ma przód, bok, tył, kabinę, maskę i reflektory. Wszystko zostało skrócone, zgniecione, otwarte. Energia zderzenia zamieniła maszyny w metalowe szczątki, a ludzką podróż w punkt na mapie tragedii.

    Dla służb, policji, ratowników i strażaków moje pojawianie się w takich miejscach nie było niczym niezwykłym. Znaliśmy się z nocy, z tras, z wypadków, z akcji, z komunikatów, z krótkich rozmów prowadzonych między jednym wezwaniem a drugim. W tamtym świecie reporter drogowy nie był celebrytą mikrofonu. Był częścią obiegu informacji. Czasem przeszkadzał, jeśli nie wiedział, gdzie stanąć. Czasem pomagał, jeśli umiał powiedzieć kierowcom, co się dzieje, gdzie nie jechać, czego unikać i dlaczego za chwilę korek może mieć kilka kilometrów. Ja starałem się należeć do tej drugiej kategorii.

    Dlatego nikogo specjalnie nie dziwiło, że przez telefon komórkowy zdawałem relację na żywo do radia.

    Trzeba pamiętać, jaki to był czas. To nie był świat smartfonów, transmisji wideo, internetu w kieszeni i natychmiastowych powiadomień. Mój telefon działał jeszcze w sieci Centertel. To nie był GSM, nie było tej lekkości dzisiejszej komunikacji. Aparat był narzędziem, ciężkim, zawodowym, niemal reporterskim rekwizytem epoki przejściowej. Dawał jednak coś niezwykłego. Tą możliwość mówienia z miejsca zdarzenia wtedy, kiedy ono jeszcze trwało. Nie po godzinie. Nie w porannym serwisie. Nie po oficjalnym komunikacie. Teraz. Z autostrady. Z betonu. Z miejsca, gdzie ktoś właśnie umierał, a tysiące ludzi przy odbiornikach radiowych mogły usłyszeć, że droga do Wrocławia jest zablokowana, że doszło do czołowego zderzenia, że służby pracują, że trzeba zachować ostrożność.

    I tu zaczyna się pytanie, które wraca do mnie po latach coraz mocniej.

    Co właściwie robi dziennikarz, kiedy relacjonuje cudzą śmierć?

    Wtedy miałem gotową odpowiedź zawodową. Informuje. Ostrzega. Wykonuje pracę. Jest na miejscu po to, żeby inni wiedzieli, co się dzieje. Żeby kolejni kierowcy nie dojeżdżali bezmyślnie do korka. Żeby rodziny, które czekają, zrozumiały, dlaczego ktoś nie wraca. Żeby radio było naprawdę radiem drogowym, a nie tylko muzycznym tłem do jazdy. I to wszystko jest prawdą.

    Ale to nie jest cała prawda.

    Bo człowiek, który stoi kilka kroków od rozbitego auta i mówi do mikrofonu o śmierci, nie jest tylko przekaźnikiem informacji. Jest świadkiem. A świadek, nawet jeśli bardzo chce być profesjonalny, zabiera coś ze sobą. Spojrzenie. Dłoń. Kraciastą koszulę. Księdza, który pojawił się z korka. Strażaków przy wraku. Zapach paliwa. Beton pod butami. Ten moment, w którym świat jeszcze wygląda normalnie, ale już wiadomo, że dla kogoś właśnie przestał być światem.

    Nie znałem wtedy tego mężczyzny.

    Nie wiedziałem, kim był. Skąd jechał. Do kogo. Czy ktoś czekał na niego z kolacją. Czy miał dzieci. Czy miał żonę. Czy rano śmiał się z kimś przez telefon. Czy zdążył się z kimś pokłócić i już nie zdążył przeprosić. W reportażu drogowym takich pytań zwykle się nie wypowiada. Są zbyt osobiste, zbyt wielkie, zbyt bolesne jak na komunikat z autostrady. Ale one i tak przychodzą. Stoją gdzieś obok, tak jak stali ludzie przy samochodach w korku. Niby w oddali, a jednak obecne.

    Relacjonowałem więc.

    Mówiłem do radia o zablokowanej autostradzie, o zderzeniu, o służbach, o utrudnieniach, o tym, że kierowcy jadący w stronę Wrocławia muszą liczyć się z długim postojem. Mówiłem językiem, który miał być rzeczowy, możliwie opanowany, użyteczny. Takim, jakiego wymagała antena. A jednocześnie czułem, że uczestniczę w czymś, czego nie da się zamknąć w zdaniu „Na autostradzie A4 doszło do tragicznego wypadku”.

    Bo tam nie było „tragicznego wypadku”.

    Tam był człowiek.

    Była jego dłoń.

    Była koszula w kratę.

    Był ksiądz, który przeszedł przez korek, żeby stanąć przy umierającym.

    Była stara betonowa A4, która pod wieczornym światłem wyglądała przez chwilę jak scena, na której nikt nie chciał zagrać swojej roli, ale wszyscy musieli.

    I byłem ja.

    Młodszy o prawie trzydzieści lat. Z telefonem Centertela przy uchu. Z głosem w radiu. Z poczuciem, że robię to, co powinienem. Z przekonaniem, że jestem świadkiem jednego z wielu dramatów, które Nocny Patrol zobaczy, opisze, przekaże i zostawi za sobą, jadąc dalej przez noc.

    Nie wiedziałem wtedy, że ta historia nie skończy się na autostradzie.

    Nie wiedziałem, że po latach wróci do mnie w zdaniu, którego nie da się spokojnie zapisać.

    „Byłeś przy mojej śmierci”.

    Po pierwszej relacji wróciłem jeszcze raz w stronę niebieskiego wraku.

    Wiedziałem już, jak zacznę kolejne wejście antenowe. Takie zdania w radiu układają się w głowie same, chociaż człowiek wcale nie chce, żeby przychodziły z taką łatwością. „Jedna osoba nie żyje, a trzy zostały ciężko ranne w wypadku, do którego doszło…” Dalej miały być fakty. Miejsce. Kierunek. Blokada. Zalecenia dla kierowców. Objazdy. Informacja o pracy służb. Wszystko to, czego oczekiwali słuchacze, którzy w piątkowy, ciepły, późnowiosenny albo letni wieczór chcieli po prostu wrócić do domu, dojechać na działkę, odwiedzić rodzinę, ominąć korek, nie utknąć na starej betonowej A4.

    Mało kogo interesowały wtedy moje przemyślenia o odchodzeniu, o nagłości śmierci, o tym dziwnym momencie, w którym człowiek jest jeszcze obecny ciałem, a już jakby wymyka się z opowieści świata. Radio drogowe miało inne zadanie. Nie było konfesjonałem reportera. Było praktycznym narzędziem dla kierowców. Służyło temu, żeby powiedzieć nie jedź tędy, zjedź wcześniej, wybierz inną drogę, uważaj, tam przed tobą wydarzyło się coś, czego nie widzisz, ale co może zatrzymać cię na wiele godzin.

    A jednak podszedłem do niebieskiego seata.

    Strażacy zrobili już wszystko, co w tych warunkach było możliwe. Policja porządkowała ruch i miejsce zdarzenia. Ratownicy zajmowali się rannymi. Cała ta wielka, dramatyczna maszyna interwencji zaczęła powoli przechodzić z fazy walki o życie w fazę zabezpieczania skutków tragedii. W takich chwilach powietrze przy drodze staje się inne. Przed chwilą było napięcie, szarpnięcia, komendy, ruch. Potem przychodzi moment, w którym nikt nie mówi tego wprost, ale wszyscy już wiedzą, że jednego człowieka nie udało się zabrać z powrotem.

    Stanąłem przy wraku.

    Nie pamiętam, czy ktoś na mnie patrzył. Nie pamiętam, czy coś jeszcze powiedzieli strażacy. Pamiętam natomiast, że poczułem potrzebę, która nie była dziennikarska. Nie wynikała z obowiązku, z ciekawości ani z potrzeby relacji antenowej. Była ludzka, prosta, może naiwna, a może właśnie dlatego prawdziwa. Nachyliłem się w stronę zmarłego mężczyzny i powiedziałem do niego słowa, które po tylu latach nadal słyszę w sobie dokładniej niż niejeden oficjalny komunikat.

    „Teraz już bądź spokojny… wszystko dalej będzie już dobrze”.

    Nie wiem, dlaczego powiedziałem akurat tak. Nie wiem, skąd przyszło to zdanie. Może z bezradności. Może z potrzeby pożegnania człowieka, którego nie znałem, a przy którego ostatnich chwilach jednak byłem. Może z jakiejś reporterskiej winy, że za chwilę znów będę mówił o nim do tysięcy ludzi jako o „jednej osobie śmiertelnej”, „kierowcy niebieskiego auta”, „ofierze czołowego zderzenia”. Człowiek, który umarł, nie powinien zostać tylko elementem komunikatu. Chciałem, żeby choć przez chwilę był kimś, do kogo mówi się bez mikrofonu.

    Potem odszedłem.

    Wsiadłem do Jeepa. Po kilku minutach nadałem kolejną relację na żywo. Powiedziałem to, co trzeba było powiedzieć. Jedna osoba nie żyje, trzy zostały ciężko ranne, autostrada w kierunku Wrocławia jest zablokowana, służby pracują na miejscu, kierowcy muszą liczyć się z dużymi utrudnieniami. Starałem się mówić rzeczowo, ale nie bezdusznie. To była cienka granica. W radiu trzeba było utrzymać głos. Nie rozpaść się, nie robić teatru, nie używać cudzego dramatu do budowania własnego nastroju. A jednak nie wolno było też udawać, że chodzi tylko o korek.

    Odjechałem, żeby sprawdzić, jak długi jest zator w stronę Wrocławia. Ten odruch też był częścią tamtej pracy. Samo miejsce wypadku to dopiero pierwszy punkt informacji. Drugi zaczynał się kilka kilometrów dalej, tam gdzie stali kierowcy, którzy nie widzieli nic poza tylnymi światłami samochodów przed sobą. Dla nich najważniejsze było pytanie ile jeszcze, którędy objechać, czy zdążymy, co się stało?

    Policja opanowała już sytuację. Ruch od strony Legnicy był kierowany tak, aby samochody zjeżdżały z A4 na wysokości Kątów Wrocławskich. Ci, którzy znaleźli się bliżej wypadku i nie mieli już możliwości zawrócenia ani zjazdu, musieli czekać na odblokowanie drogi. Wielu z nich zapewne nie wiedziało, że kilkaset metrów dalej, za łukiem autostradowej perspektywy, czyjeś życie właśnie zakończyło się w niebieskim samochodzie bez przodu.

    Tej nocy wielokrotnie wracałem do tego zdarzenia na antenie.

    Najpierw były komunikaty najpilniejsze. Potem aktualizacje. Potem kolejne informacje o utrudnieniach, objazdach i stanie drogi. Później, już w nocnym rytmie programu, zdarzenie zaczęło powracać w moich słowach inaczej. Nie tylko jako informacja dla kierowców, ale jako ostrzeżenie. Jako przypomnienie, że autostrada nie wybacza. Że pas zieleni, betonowe płyty, szeroka droga i poczucie panowania nad kierownicą nie chronią człowieka przed jednym błędem, jednym zaśnięciem, jednym niepojętym ruchem, jedną sekundą, która przecina czyjś los.

    Swoje dziennikarskie działania skończyłem tradycyjnie około czwartej nad ranem.

    Tak wyglądały wtedy piątki. Nocny Patrol kończył się wtedy, kiedy miasto powoli zaczynało oddychać inaczej. Kiedy nocni kierowcy już dojeżdżali, a pierwsi ludzie dnia jeszcze nie wychodzili z domów. Wracałem do centrum Wrocławia, gdzie wtedy mieszkałem, zmęczony, przeładowany obrazami, dźwiękami, rozmowami, komunikatami. Po takich nocach człowiek nie zasypiał od razu. Ciało było zmęczone, ale głowa jeszcze długo jechała. Odtwarzała światła, miejsca, głosy, szczegóły. Czasem wystarczyło zamknąć oczy, żeby znów zobaczyć rozlaną na betonie plamę oleju albo rękę wystającą z wygiętych drzwi.

    Sobota przywitała mnie późną pobudką.

    A sobota w Radiu Klakson miała już zupełnie inny rytm. Tego dnia przygotowywałem się do prowadzonej przeze mnie listy przebojów, która występowała wówczas pod nazwą PLP. Co wierniejsi słuchacze i słuchaczki wiedzieli, że był to skrót od słów „Przebojowa Listwa Przebojów”. Była to pierwsza lista Radia Klakson i przez kilka lat traktowałem ją bardzo poważnie, na równi z Nocnym Patrolem. Nie był to jeszcze czas rozwijania tych pomysłów w Dzienny Patrol i Powietrzny Patrol. Był za to czas budowania radia z energii, wyobraźni i żywego kontaktu ze słuchaczem.

    Sobotnia lista przebojów była świętem dobrej zabawy.

    Gdy większość moich zacnych kolegów ze studia dorabiała grając wesela, eventy i imprezy, ja prowadziłem na żywo cotygodniowy, rozrywkowy show. Były nowe piosenki, głosy słuchaczy, pozdrowienia, konkursy, żarty, spontaniczne rozmowy, cały ten radosny radiowy gwar, który dzisiaj trudno odtworzyć komuś, kto zna radio głównie jako format, playlistę i algorytmicznie wygładzoną ramówkę. Wtedy radio miało nerw. Miało potknięcia, śmiech, improwizację, temperaturę chwili. Dla mnie PLP była czymś więcej niż audycją muzyczną. Była drugim biegunem mojego radiowego życia.

    I może właśnie dlatego tak ją ceniłem.

    Po piątkowej nocy, po relacjach z wypadków, po staniu przy wrakach, po rozmowach z policjantami i strażakami, sobotnia lista była jak przejście z ciemnej jezdni do studia pełnego światła, płyt i głosów. Jednego dnia mówiłem o śmierci na autostradzie, następnego prowadziłem bal nowej muzyki. Brzmi to dziś dziwnie, może nawet zbyt ostro kontrastowo, ale wtedy było częścią mojego rytmu. Może była w tym jakaś autoterapia. Może nieświadomie potrzebowałem sobotniego śmiechu, żeby piątkowe obrazy nie zostały ze mną na całą dobę. Może organizm sam szukał przeciwwagi, zanim jeszcze umiałem nazwać mechanizmy, które dziś jako psycholog rozumiem znacznie lepiej.

    Przygotowania do PLP trwały około dwóch godzin.

    Trzeba było sprawdzić notowania, przygotować płyty, uporządkować kolejność, pomyśleć o wejściach, telefonach, konkursach, energii programu. W pewnym momencie wyszedłem z redakcji. Spotkałem koleżankę, którą tutaj nazwę Olą. Zapaliliśmy po papierosie. Dzisiaj wspominam te niezdrowe, na szczęście epizodyczne i dawno zapomniane aktywności z dużym żalem wobec własnej lekkomyślności, ale wtedy papieros przed wejściem do studia był dla wielu ludzi czymś niemal naturalnym. Taki znak przerwy, chwili rozmowy, zawieszenia między jednym obowiązkiem a drugim.

    Ola była tego dnia niezwykle małomówna.

    Znałem ją na tyle, żeby zauważyć różnicę. Nie była po prostu zmęczona. Nie była też zwyczajnie zamyślona. Miała w sobie jakąś nieobecność, której nie umiałem wtedy nazwać. Stała obok mnie, trzymała papierosa, ale sprawiała wrażenie, jakby część jej uwagi była gdzieś indziej. Nie przy mnie. Nie przy radiu. Nie przy sobotniej liście przebojów. Jakby słuchała czegoś, czego ja nie słyszałem.

    W pewnej chwili spojrzała mi głęboko w oczy.

    I powiedziała:

    „Byłeś przy mojej śmierci”.

    Zamarłem.

    To nie było zdanie, które można potraktować jako żart. Nie w takim tonie. Nie w takim spojrzeniu. Nie po poprzedniej nocy. Nie po tym wszystkim, co widziałem na autostradzie. Nie zdarzało mi się trywializować nieszczęść, przy których bywałem w roli reportera. Nie opowiadałem o nich w redakcji jak anegdot z pracy. Nie robiłem z cudzej tragedii środowiskowej legendy. Owszem, byłem młody, działałem intensywnie, żyłem radiem i drogą, ale wiedziałem, że wypadek śmiertelny nie jest materiałem do popisów. To był zawsze czyjś koniec i czyjś początek żałoby.

    Dlatego nie odpowiedziałem od razu.

    Słuchałem.

    Ola patrzyła gdzieś ponad moją głową, jakby opowiadała nie mnie, ale komuś albo czemuś stojącemu dalej. Głos miała dziwnie nieswój. Powiedziała, że jechała niebieskim samochodem. Że nagle, na prostej drodze, z przeciwka wjechał w nią czerwony samochód. Że nie miała czasu na żadną reakcję. Że umarła.

    A potem powtórzyła:

    „Byłeś przy mojej śmierci. Mówiłeś do mnie i trzymałeś mnie za rękę”.

    Zamurowało mnie.

    Większość szczegółów tamtego zdarzenia można było oczywiście odtworzyć z moich relacji radiowych z poprzedniego dnia. Mówiłem o niebieskim samochodzie, o czerwonym samochodzie, o czołowym zderzeniu, o zablokowanej autostradzie, o jednej ofierze śmiertelnej i rannych. Tego nie da się pominąć. Jako dziennikarz muszę być uczciwy również wobec własnej pamięci. Jeśli ktoś słuchał programu, mógł złożyć sobie pewien obraz. Mógł nawet przejąć emocję zdarzenia, bo radio ma taką siłę, zwłaszcza nocą. Głos potrafi wejść człowiekowi głęboko pod skórę.

    Zapytałem więc Olę, czy słuchała programu.

    Nie odpowiedziała normalnie. Była nadal jakby poza rozmową. Pokręciła tylko głową. Oboje staliśmy przez chwilę bez słowa i zaciągnęliśmy się papierosami. Było w tym coś nierzeczywistego. Zwykłe podwórko przy radiu, zwykła sobota, zwykły papieros, za chwilę lista przebojów, żarty, muzyka, telefony od słuchaczy. A pomiędzy tym wszystkim zdanie, które nie pasowało do żadnej znanej mi kategorii.

    „Byłeś przy mojej śmierci” powtórzyła jeszcze raz.

    Tym samym dziwnym, nieswoim głosem.

    Potem zgasiła papierosa i odeszła.

    Zostałem z tym zdaniem sam.

    Przez lata wielokrotnie wracałem do tego wydarzenia. Próbowałem je sobie wytłumaczyć na różne sposoby. Być może Ola jednak słuchała mojej relacji i z jakiegoś powodu później weszła w rolę zmarłego kierowcy. Być może jej wyobraźnia, nastrój, sugestia i atmosfera radia stworzyły coś w rodzaju przejętego obrazu. Być może ja sam, po ciężkiej nocy, zapamiętałem to zdarzenie mocniej, niż powinienem. Pamięć nie jest kamerą. Pamięć jest żywym organizmem. Przetwarza, dopowiada, podświetla szczegóły, a inne zostawia w cieniu. Jako psycholog wiem to doskonale.

    Ale jako człowiek, który tam stał, nie umiem zbyć tej historii prostym wyjaśnieniem.

    Bo w tej krótkiej rozmowie było coś, czego nie potrafię do dziś spokojnie odłożyć na półkę z napisem przypadek. Szczególnie jedno zdanie „Mówiłeś do mnie”. Tego nie powiedziałem na antenie. Nie relacjonowałem słuchaczom, że podszedłem do zmarłego i powiedziałem mu, żeby był spokojny. Nie było to częścią komunikatu drogowego. Nie opowiadałem o tym publicznie. To był gest osobisty, intymny, wypowiedziany przy wraku, bez mikrofonu, bez intencji tworzenia z tego radiowej sceny.

    A jednak następnego dnia usłyszałem od Oli, „Mówiłeś do mnie”.

    Być może da się to jakoś wyjaśnić. Być może kiedyś znajdzie się mechanizm psychologiczny, neurologiczny, społeczny albo przypadkowy, który pozwoli tę historię oswoić. Być może było to niezwykłe złożenie informacji, intuicji, sugestii i emocji. Nie chcę nadawać temu tekstowi brzmienia opowieści o duchach, siłach nadprzyrodzonych czy sensacyjnych kontaktach z zaświatami. Nie po to piszę na tej stronie. Nie chcę też udawać, że mam dowód na życie po życiu, bo uczciwość wymaga ostrożności tam, gdzie zaczyna się tajemnica.

    Ale czas biegnie, a ja wciąż nie umiem wytłumaczyć tego fenomenu.

    Co wydarzyło się tamtego sobotniego popołudnia z moją koleżanką? Dlaczego wypowiedziała do mnie zdanie, które tak precyzyjnie dotknęło poprzedniej nocy? Kto albo co przemówiło przez jej obraz, jej głos, jej dziwną nieobecność? Czy był to tylko psychologiczny rezonans po wysłuchanej relacji, której ona jednak nie chciała lub nie mogła sobie przypisać? Czy może przez chwilę rzeczywistość uchyliła drzwi do miejsca, o którym na co dzień wolimy nie myśleć, bo zbyt łatwo narusza nasze przekonanie, że świat jest prosty, mierzalny i do końca wyjaśniony?

    Nie wiem.

    I właśnie to „nie wiem” jest w tej historii najuczciwsze.

    Prawda jest również taka, że w tamtych latach miałem coś, co sam przez długi czas traktowałem półżartem, choć bywało zbyt skuteczne, żeby łatwo je wyśmiać. Miałem niezwykle mocną intuicję dotyczącą wypadków. Czasem po prostu czułem, że powinienem pojechać w określonym kierunku. Bez zgłoszenia, bez informacji od policji, bez telefonu od słuchacza. Jechałem i po kilku albo kilkunastu minutach dojeżdżałem do kolizji, wypadku, blokady, zdarzenia, które dopiero zaczynało się rozwijać. Nie zawsze były to tragedie. Czasem zwykłe stłuczki, czasem samochód w rowie, czasem utrudnienie, które dla radia drogowego miało znaczenie, bo pozwalało ostrzec innych.

    Ale przy wypadkach śmiertelnych ten radar, bo inaczej nie umiem tego nazwać, miał jeszcze większą siłę.

    Może była to mieszanka doświadczenia, czujności, podświadomego odczytywania zachowań drogi. Może zauważałem rzeczy, których inni nie zauważali. Nietypowe hamowania, światła w oddali, napięcie w ruchu, dziwne zatrzymania pojazdów, sygnały, które nie docierały jeszcze do rozumu, ale ciało już je rozpoznawało. Dziennikarz pracujący przez lata w terenie uczy się czytać przestrzeń. Policjant, strażak, ratownik też widzą więcej niż przypadkowy obserwator. Droga mówi do człowieka wieloma znakami.

    A może było w tym coś więcej.

    Nie chcę tego rozstrzygać. Nie mam takiej pewności. Wiem natomiast, że słuchacze Radia Klakson korzystali z tej mojej obecności na drogach. Mogli ominąć korki, uniknąć niebezpiecznych odcinków, zmienić trasę, kontynuować podróż mimo utrudnień. Dla nich Nocny Patrol był praktycznym głosem w radiu. Głosem, który mówił uważaj, tam coś się stało, jedź inaczej, nie pędź, nie dokładaj tej drodze kolejnego dramatu.

    Dla mnie Nocny Patrol był czymś więcej.

    Był spotkaniem z granicą. Z ludźmi w ich najbardziej nagłych sekundach. Z bezradnością i profesjonalizmem służb. Z adrenaliną i samotnością reportera. Z absurdalnym kontrastem między muzyką w studiu a krwią na betonie. Z pytaniem, czy człowiek kończy się naprawdę w chwili, w której lekarz albo ratownik stwierdza zgon, czy może przez jakiś czas jego obecność jeszcze krąży obok nas, szukając słowa, gestu, świadka, pożegnania.

    Jeśli ta historia cokolwiek udowadnia, to nie w sensie laboratoryjnym. Nie jest eksperymentem, protokołem ani dowodem przedstawionym przed chłodnym trybunałem rozumu. Jest wspomnieniem. Moim wspomnieniem. Jednym z tych, które przez prawie trzydzieści lat nie wyblakło, lecz przeciwnie, nabrało ciężaru. Im więcej czasu minęło, tym mocniej rozumiem, że niektóre wydarzenia nie proszą nas o szybkie wyjaśnienie. Proszą jedynie, żebyśmy ich nie zakłamali.

    Dlatego dzielę się tą opowieścią dopiero teraz.

    Nie po to, żeby kogokolwiek przekonać do wiary w zjawiska niewytłumaczalne. Nie po to, żeby budować wokół Nocnego Patrolu mroczną legendę. Nie po to, żeby z cudzej śmierci robić sensację. Piszę to, bo tamta noc i następne popołudnie zostawiły we mnie pytanie, które nie straciło ważności. Czy są takie chwile, kiedy ludzkie życie, śmierć, pamięć i obecność innych osób przecinają się inaczej, niż potrafimy to opisać? Czy reporter, który przyjeżdża na miejsce tragedii, jest tylko świadkiem dla żywych, czy czasem również ostatnim świadkiem dla tych, którzy właśnie odchodzą?

    Tamten mężczyzna z niebieskiego auta nie znał mnie.

    Ja nie znałem jego.

    Przez kilka minut nasze losy spotkały się na starej betonowej A4, niedaleko za zjazdem na Szczytkowice, daleko przed Kątami Wrocławskimi, w miejscu, gdzie czerwony samochód przeciął pas zieleni i uderzył w jego życie z prędkością, której ciało nie mogło przyjąć. Ja miałem telefon Centertela, Jeepa, radiowy obowiązek i głos, który miał informować innych. On miał kraciastą koszulę, dłoń wystającą przez wygięte drzwi i ostatni moment obecności na tej drodze.

    Powiedziałem mu wtedy, żeby był spokojny.

    Następnego dnia usłyszałem od żywej kobiety słowa, które do dziś brzmią we mnie jak echo spoza zwykłego porządku rzeczy:

    „Byłeś przy mojej śmierci”.

    Nie wiem, skąd przyszły.

    Nie wiem, kto naprawdę je wypowiedział.

    Wiem tylko, że od tamtej pory inaczej myślę o reportażu, drodze i obecności przy drugim człowieku. Bo czasem świadek nie jest tylko kimś, kto patrzy. Czasem świadek staje się ostatnim punktem, do którego czyjeś istnienie może jeszcze dotrzeć, zanim zniknie z naszego świata albo przejdzie w taki jego wymiar, dla którego nie mamy jeszcze dobrych słów.

    A może właśnie dlatego, po tylu latach, wciąż pamiętam tę dłoń, tę koszulę, ten wrak i głos mojej koleżanki.

    Bo są zdania, które nie kończą się wtedy, gdy zostaną wypowiedziane.

    Są zdania, które przez całe życie jadą za człowiekiem starą autostradą.

    I choć droga dawno została przebudowana, betonowe płyty zniknęły pod nową nawierzchnią, Radio Klakson stało się częścią historii, a Nocny Patrol należy już do innej epoki, tamten głos nadal czasem wraca.

    Byłeś przy mojej śmierci.

    Byłem.

    I do dziś nie wiem, co naprawdę wydarzyło się później.